Artur Szatkowski: „Nie sugerujcie się modą, zaufajcie samym sobie” [wywiad]

Fot. We Call It Voight-Kampff / Facebook
Wywiad
Artur Szatkowski, Essence, We Call It Voight-Kampff, wywiad

„Wiem, że w moim życiu zmieniło się praktycznie wszystko i z całą pewnością jestem zupełnie innym człowiekiem niż kiedyś” – opowiada nam Artur Szatkowski, niegdyś znany jako DJ Essence, od pewnego czasu producent We Call It Voight-Kampff. O czasie dla siebie, nowej drodze życiowej, nałogach i szukaniu pomocy, procesie twórczym, a także pierwszych i kolejnych wydawnictwach.

Chwilę go nie było i teraz wiemy dlaczego. Cztery lata od zawieszenia kariery mogą się wydawać, jakby minęła cała wieczność. Artur Szatkowski, niegdyś znany i ceniony w całej Polsce DJ, założyciel zasłużonego dla sceny projektu Technosoul, obecnie pisze nową historię jako We Call It Voight-Kampff. Zrażony wcześniej do produkcji, obecnie nie wyobraża siebie w nowej odsłonie aniżeli podążającego ścieżką producenta. Bez zbędnego przedłużania, bo treści jest dość sporo. Zapraszamy.

Artur Szatkowski, Essence, We Call It Voight-Kampff, wywiad
Fot. Artur AEN Nowicki

Artur Szatkowski. Spowiedź człowieka, wyznania artysty – wywiad

Damian Badziąg: Przed naszą rozmową wyjawiłeś, że swojego ostatniego wywiadu udzieliłeś 4 lata temu, a dotyczył on końca Technosoul. Zdążyłeś również napomknąć coś na zasadzie: „ogólnie trochę mnie nie było. Zatem gdzie pojawiałeś się przez ten cały okres?

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

Artur Szatkowski: Co tu dużo mówić, pochłonęła mnie tzw. proza życia – takiego oderwanego od klubowej rzeczywistości. Przede wszystkim jestem ojcem 5-letniego Julka. To najwspanialsza i zarazem najtrudniejsza misja w moim życiu. Jest też kwestia regularnej pracy, która do niedawna bardzo mnie angażowała. Za bardzo. Te plus-minus 4 lata temu musiałem podjąć trudny wybór i odpuścić relację ze sceną klubową. Próby pogodzenia wszystkich tych obszarów po prostu nie miałyby szansy powodzenia.

Zrezygnowałem z imprez, ale nie z muzyki, która cały czas była obecna w moim życiu. Każdego dnia słuchałem jej choćby w autobusie czy zasypiając. Cały „czas dla siebie” starałem się przeznaczyć zaś na próby stworzenia czegoś samemu. To akurat coś, na co przez poprzednie 20 lat nie miałem nigdy ani czasu, ani odwagi. Szczerze mówiąc, nie miałem pojęcia, że odejście od imprez będzie dla mnie aż tak trudne. Poczułem olbrzymią pustkę w miejscu czegoś, co przecież przez całe moje życie w jakiś sposób mnie napędzało. Niemniej jednak na tamten czas był to dla mnie jedyny możliwy wybór.

Co takiego zatem się wydarzyło, że zdecydowałeś się aktywnie wrócić na scenę?

Artur Szatkowski: To nie do końca tak, że aktywnie wracam. Jakiś czas temu zacząłem wychodzić szerzej ze swoją muzyką, a przy okazji zrodziła się we mnie chęć dzielenia się nią poprzez występy w klubach, ale w ograniczonym zakresie. Nie ma szans na powrót do dawnego trybu życia z dwiema imprezami co tydzień. Jestem świadom swoich ograniczeń. 

Tęsknisz za „dawnym trybem życia z dwiema imprezami co tydzień”?

Artur Szatkowski: Bardzo dobre pytanie. Sam je sobie często zadaję i nie potrafię znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Hmmm… na pewno są aspekty, za którymi tęsknię, ale na dłuższą metę nie chciałbym już żyć w ten sposób. Jak wspomniałem, kluczowe znaczenie ma dla mnie czas spędzany z rodziną – to raz. Dwa – to również wspomniana przeze mnie świadomość własnych ograniczeń. Mam na karku prawie 40 lat, a w związku z tym więcej szacunku do potrzeb mojego organizmu. Poza tym pamiętam uczucie, gdy imprezy przestawały być dla mnie pasją, a zaczynały być drugą pracą na full time. I to nie było nic przyjemnego.

W jakich kategoriach traktujesz obecny powrót do grania w klubach po tylu latach? 

Artur Szatkowski: Kryzysu wieku średniego! A poważniej, widzę ją jako element komplementarny do mojej działalności producenta muzycznego. To przede wszystkim.

Swój pierwszy występ jako We Call It Voight-Kampff (nie jako Essence na imprezie 999 w 2020), który zagrałeś w sopockim Sfinie, składał się z samych Twoich (niektórych w kolaboracji ze Szmerem) utworów. Oryginalny pomysł na powrót. Ale właśnie… Bardziej powrót czy zupełnie nowe rozdanie? Jak do tego podchodzisz?

Artur Szatkowski: Zacznę może od tego, skąd się wzięła taka formuła występu. Otóż zupełnie szczerze, kompletnie nie widzę siebie w wydaniu live PA. W wersji hardware byłoby to cholernie niewygodne (za dużo sprzętu, za łatwo o pogubienie się), a granie z komputera nigdy mnie nie pociągało. Stąd wziął się pomysł DJ seta złożonego w całości z własnego materiału. Spodobało mi się to. To jednak nie oznacza, że będę tak grał za każdym razem. Czasem jest to granie własnych produkcji z CDJ i wspieranie się 12″. Natomiast co do drugiej części pytania – w mojej głowie alias producencki to nowa „tożsamość muzyczna”. Choć bardzo spójna z tym, co robiłem do tej pory. Nazwa projektu zainspirowana jest kultowym filmem Blade Runner. Dla tych, którzy go nie widzieli: Voight-Kampff to test pozwalający na odróżnienie androidów od ludzi. Czyli innymi słowy, test na człowieczeństwo. Acz dla znajomych i tak pozostanę zawsze Esiem.

Wake & Rave / Special Guest | Podcast #50 | Essence pres. We Call It Voight-Kampff

Artur Szatkowski. Być jak podatki

Twojego wkładu w rozwój sceny nie ma co w ogóle kwestionować. Swoje zrobiłeś, dałeś się zapamiętać z wielu momentów. Jak jednak Ty uważasz, że zostałeś zapamiętany? Jako Essence właśnie? Tudzież Esio?

Artur Szatkowski: Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, czy ktokolwiek mnie pamięta (poza tymi, z którymi współpracowałem, ale tych bałbym się zapytać), a jeśli nawet, to w jaki sposób? Wiem zaś, że w moim życiu zmieniło się praktycznie wszystko i z całą pewnością jestem zupełnie innym człowiekiem niż kiedyś.

Nie bądź taki skromny. Na pewno ktoś by się znalazł.

Artur Szatkowski: Na pewno jest parę osób, z którymi na przestrzeni lat działałem. Z mniejszą czy większą intensywnością. Przez lata współtworzyłem dość charakterystyczny boysband Technosoul – najpierw z Dtekkiem, Gemem i Piotrem Klejmentem, a potem także z Michałem Wolskim i Błażejem Malinowskim. To zdecydowanie oni mieli ze mną najwięcej do czynienia. Wspierałem też okazjonalnie mojego przyjaciela Hadriana w prowadzeniu Głębokiego Pasma. No i gdzieś tam działałem z wieloma klubami i promotorami, a pewnie najwięcej o mnie powiedzieć mogliby klubowi barmani… Tylko błagam, nie każ mi się ich pytać, jakim mnie pamiętają (śmiech)!

„Zawsze mi się wydawało, że Technosoul na polskiej scenie jest pewne jak podatki. Tylko bardziej lubiane – pisze Dorota Smyk z Lost In Ether pod Waszym pożegnalnym postem z 3 stycznia 2018. Podzielasz jej zdanie?

Artur Szatkowski: Pozdrawiam serdecznie Dorotę! Jak widać, podatki z nami wygrały. Inna rzecz, że nietrudno jest być bardziej od nich lubianym (śmiech). Technosoul było bardzo ważną częścią mojego życia, trwającą niemal dekadę. Z perspektywy czasu widzę, że na tamten moment musieliśmy zamknąć projekt, ale na pewno wtedy obudziło to we mnie poczucie straty i pustki. Z drugiej strony – to właśnie wtedy pojawił się we mnie silny zew tworzenia muzyki.

Dlaczego musieliście?

Artur Szatkowski: To dość niełatwe dla mnie pytanie, ale nie chcę wpisywać się w trend promowany przez polityków partii rządzącej, zamykających posiedzenie przy trudnych kwestiach. W którymś momencie zaczęło między nami zgrzytać. Pojawiły się różnice zdań, co do sposobu prowadzenia projektu. Ja sam widziałem, że zaczynam pewne rzeczy traktować jako pracę, a nie pasję – i pewnie ilość przesłaniała mi jakość.

Przede wszystkim jednak byłem w tamtym czasie w dość mrocznym miejscu. Mierzyłem się z własnymi problemami psychicznymi, a także z pogłębiającym się nałogiem (obecnie jestem trzeźwiejącą osobą uzależnioną). Ludziom wokół mnie nie było ze mną łatwo, a zwłaszcza tym najbliższym. Finalnie, zgrzytało między nami na tyle mocno, że zdecydowaliśmy o zamknięciu projektu.

Essence b2b Dtekk Boiler Room Poland DJ Set

Artur Szatkowski. Szczere wyznanie

Jak długo musiałeś zmagać się z nałogiem, o którym mówisz i jak bardzo doskwierał on Tobie w trakcie kariery DJ-a?

Artur Szatkowski: Bardzo trudno jest powiedzieć, kiedy okazjonalne picie przerodziło się w nałóg. Ja przygodę z używkami zacząłem w tym samym okresie, co z klubami, czyli prawie 25 lat temu. Oczywiście przez wiele lat nie widziałem w tym problemu. Imprezowałem z różną częstotliwością, były też dłuższe okresy abstynencji. Tak naprawdę podręcznikowy przykład cyklu uzależnienia.

Pytasz, czy doskwierał mi w trakcie kariery DJ-a. Tak naprawdę ten problem doskwierał mi w każdej sferze mojego życia. Oczywiście, imprezy często łączyły się z używkami. Jak często grałem w stanie mniej czy bardziej wskazującym – ciężko zliczyć. Kiedyś wydawało mi się to śmieszne. Mówiłem, że mam 3 etapy pijaństwa: nie pamiętałem, co grałem, nie pamiętałem, jak grałem i nie pamiętałem, czy w ogóle grałem. O morderczych kacach, budzeniu się na drugim końcu miasta, czy wielu innych tego typu historiach nawet szkoda mówić. Dawno temu wydawało mi się to „fajnymi historiami”. Dziś patrzę na to – i na dawnego siebie – z obrzydzeniem.

Oczywiście nie chcę, żeby to brzmiało, jakbym winił muzykę czy imprezy za swój nałóg. Nie znoszę stereotypu o tym, że techno równa się używki. Znam wielu ludzi, którzy aktywnie działają na scenie w ten czy inny sposób, a jednocześnie trzymają się z daleka od używek i bardzo to szanuję. Jestem dumny, że mogę teraz tak powiedzieć również o sobie, choć ja w klubach pojawiam się dość rzadko. Staram się trzymać z daleka od sytuacji ryzykownych dla mojej trzeźwości, dlatego też zazwyczaj ograniczam pobyt w klubie do własnego występu. Nie z braku szacunku do innych artystów, ale ze świadomości, że jest to dla mnie zwyczajnie ryzykowne.

W którym momencie doszedłeś do wniosku, że pora jednak wziąć się w garść?

Artur Szatkowski: O tym, że muszę wziąć się w garść wiedziałem przez bardzo wiele lat. Podejmowałem się różnych prób. Najczęściej z marnym skutkiem. Miałem wielu terapeutów, psychiatrów, ale zbyt długo wierzyłem, że mogę sobie dać radę w oparciu o półśrodki. Mierzę się nie tylko z nałogiem, ale i innymi zaburzeniami psychicznymi (co często idzie w parze). W moim wypadku jest to – w zależności od diagnozy – depresja lub choroba afektywna dwubiegunowa, która potrafi zwalić mnie z nóg na długie dni. Moment krytyczny przyszedł już po wycofaniu się ze sceny. Zdecydowałem się na intensywną terapię, która – jak dziś sądzę – uratowała mi życie.

Rozmawiałeś o swoich problemach z innymi czy traktowałeś to bardziej jako temat tabu. Jak coś, czego nie ma? Że problemu nie ma…

Artur Szatkowski: Było na pewno parę osób, które o tym wiedziały – wśród bliskich – przed którymi naprawdę nie dało się tego ukryć. Ale dużo zajęło zanim udało się trafić na specjalistów, którzy byli w stanie skierować na właściwe tory terapeutyczne.

Dlaczego właściwie o tym wszystkim mówisz?

Artur Szatkowski: Dobrze jest móc to z siebie wyrzucić, ale przede wszystkim, wierzę, że mówienie o tym głośno może komuś pomóc. Przez ponad 20 lat byłem częścią sceny. Najpierw jako klubowicz, potem jako DJ i promotor. I wiem, jak wiele osób z tych kręgów ma problemy natury psychicznej. Często, ale nie zawsze, w związku z używkami. Jednocześnie z jakiegoś powodu prawie nikt o tym nie mówi (acz zdarzają się perełki – jakiś czas temu czytałem niesamowitą spowiedź w tym temacie od Rebekah). A jeśli nawet, to mało kto mówi o tym, że można inaczej, że czasem warto poszukać pomocy. Nie zrozum mnie źle. Jestem ostatnią osobą, która zamierza kogokolwiek nawracać czy umoralniać. Po prostu zwracam uwagę na to, że zwłaszcza w tych dziwacznych, około pandemicznych czasach jesteśmy narażeni na olbrzymie obciążenia psychiczne, z którymi często próbujemy sobie poradzić w nieodpowiedni sposób.

Jak w takim razie radzić sobie z tymi „olbrzymimi obciążeniami psychicznymi zwłaszcza w tych kręgach?

Artur Szatkowski: Nie ma jednej, uniwersalnej odpowiedzi dla wszystkich. Nie każdy odczuwa to obciążenie, a wśród tych, którzy je odczuwają jednym pomoże joga czy medytacja, innym dobrze zrobi sport. A ci, którzy czują się szczególnie obciążeni powinni poszukać pomocy terapeutycznej czy psychiatrycznej. Natomiast zdecydowanie odradzam bagatelizowanie problemów czy uciekanie w używki.

Jeśli to te ostatnie stanowią źródło problemu, można zastanowić się nad ośrodkiem terapeutycznym. Te są dostępne w różnych formach – od indywidualnych spotkań i terapii grupowej w trybie ambulatoryjnym, przez oddziały dzienne, aż do ośrodków stacjonarnych. Świetną robotę robią grupy wsparcia i społeczności AA czy NA, których to spotkania odbywają się codziennie w niemal każdym mieście (jak również online). Nie trzeźwieje się samemu.

IDO 016 – We Call It Voight-Kampff – Tannhauser Gate

Artur Szatkowski. Zmienność trendów

Wspomniałeś, że z całą pewnością jesteś zupełnie innym człowiekiem niż kiedyś. Również jeśli chodzi o aspekt czysto sceniczny, wiele się u Ciebie zmieniło. Po dłuższym czasie wróciłeś do klubów. Dostrzegasz jakieś zmiany na scenie od czasu Twojego chwilowego „zniknięcia”? 

Artur Szatkowski: Na razie jeszcze ciężko mówić o powrocie. Przez cały 2021 rok w klubach byłem całe 4 razy! Na pewno, choć przez lata byłem świadkiem wielu zmian, nic tak nie wpłynęło na kształt sceny jak pandemia. Ta nowa rzeczywistość jest nieco przerażająca. Mam wrażenie, że wszystko podszyte jest duchem niepewności, tymczasowości. Gdybym nadal był zależny finansowo od imprez, pewnie załamałbym się nerwowo. Rozmawiam trochę z promotorami, właścicielami klubów i wiem, jak jest im ciężko. Ludzie zwyczajnie boją się też chodzić na imprezy. I wcale im się nie dziwię. Sam jestem po trzech dawkach szczepionki. W klubie, przebywając wśród ludzi, zasłaniam twarz, a mimo to czuję się trochę niepewnie.

Jeśli chodzi o zmiany, które nie są bezpośrednim efektem pandemii, to z perspektywy outsidera/obserwatora widzę dwie główne. Pierwszą jest duża popularność eventów w zewnętrznych lokalizacjach, a nie w działających regularnie klubach. I choć sam na żadnym z nich nie byłem, dostrzegam jak znacząca stała się ich rola. Drugą zmianą, którą oceniam jednoznacznie pozytywnie, to naprawdę znaczący wzrost standardów w klubach. Sprzęt, odsłuch, warunki. Niektóre kluby dbały o to od zawsze, ale mam wrażenie, że ogólne podejście do tego tematu weszło o poziom wyżej. I to się bardzo chwali. Oczywiście, niezmienną pozostaje zmienność trendów muzycznych… ale na to jestem już chyba uodporniony.

To znaczy?

Artur Szatkowski: Nie odkryję Ameryki, mówiąc o cyklach trendów w muzyce. Przyzwyczaiłem się do nieustannej zmiany tego, co „modne”. Jestem i tak zaskoczony tym, że popularność techno utrzymuje się tak długo. Prawdę mówiąc, nie czułem się z nią nigdy komfortowo. Gdzieś tam widzę powtórkę sytuacji sprzed dwóch dekad, gdy to „ciężkie i mocne techno” osiągnęło szczyt swojej popularności, a w efekcie przesytu parę lat później zniknęło niemal całkowicie z klubów. Mam wrażenie, że zbyt duża popularność zazwyczaj szkodzi muzyce. Nieprzypadkowo termin „business techno” pojawił się właśnie teraz. Ruch w stronę trance/rave’owego grania przyjmuję więc nieco z ulgą. Osobiście nie lubię tej muzyki, ale myślę, że ucieszy mnie zejście techno ze świecznika.

Powtórki z rozrywki nie ma się chyba co spodziewać, skoro jak wspomniałeś wcześniej, nawet w czasach pandemii, gdzie wszystko było pozamykane (hehe), z każdej strony mieliśmy wybór „eventów w zewnętrznych lokalizacjach” na których królowało techno. Zazwyczaj właśnie to „ciężkie i mocne”. Z czego Twoim zdaniem wynika jego aż tak wielka popularność? Jest tyle innych fascynujących podgatunków tej muzyki. Młodzi ludzie mają się od kogo uczyć. Jak nigdy wcześniej mają nieograniczony dostęp do muzyki. Mają kogo podpatrywać.Starszyzna, której utwory lubisz Ty czy Twoi rówieśnicy, nie zniknęła, a wręcz przeciwnie – dalej robi swoje, dalej może służyć za przykład. Patrz – Freddy K, James Ruskin, Luke Slater, DVS1.

Artur Szatkowski: Bardzo trafiła do mnie swego czasu teoria spopularyzowana przez Malcolma Gladwella w książce Punkt przełomowy, która obrazowo opisuje cykl życia trendu. To, że jestem w stanie zrozumieć zjawisko trendu nie zmienia faktu, że nie jestem w stanie go przewidzieć, a w przypadku muzyki jest to dla mnie podwójnie trudne. Na pewno czynnik środowiskowo-technologiczny, o którym sam wspomniałeś jest tu bardzo ważny, ale czemu trafiło akurat na techno… To chyba wina Blawana, zrobił w swoim czasie za dużo techno hitów. Zajebistych zresztą! (śmiech). Luke, James, Zak – ci ludzie byli od zawsze i od zawsze kierowali się żelazną konsekwencją, produkując i grając muzykę bez oglądania się na trendy. To dość śmieszne, ale mój panteon ulubionych techno-muzyków pozostaje niemal niezmienny już od ponad 20 lat. Są tam wspomniani przez Ciebie James i Luke, jak również Surgeon, Regis, Robert Henke czy Steve Bicknell.

Czym z kolei Ty kierujesz w swoich produkcjach? Co jest dla Ciebie najważniejsze, bez czego nie wyobrażasz swojej obecnej drogi muzycznej? Myślisz, że już ją znalazłeś, jesteś na dobrej drodze, by takową znaleźć czy wręcz przeciwnie?

Artur Szatkowski: Mam wrażenie, że jestem na samym początku swojej drogi. To jest nieustanny proces uczenia się. Fascynujący, a jednocześnie frustrujący, dający na przemian poczucie satysfakcji i zrezygnowania. Świetnie opisuje go krążący gdzieś po świecie wykres określający stan wiedzy: rzeczy, które wiesz – 1 procent, rzeczy, o których wiesz, że ich nie wiesz – 2 procent, rzeczy, o których nie wiesz, że ich nie wiesz – 97 procent. I myślę sobie, że gdybym 5 lat temu wiedział, jak wiele nauki przede mną, pewnie nigdy bym się jej nie podjął.

Najważniejsze w procesie twórczym jest dla mnie ograniczanie się. Co jakiś czas wypracowuję sobie określony workflow i staram się go trzymać. Potem przychodzi nowe podejście i stopniowo wypiera stare. Mam stosunkowo sporo gratów. Tak naprawdę 99,5 procenta moich brzmień pochodzi z maszyn (bardzo okazjonalnie zdarza mi się dodać jakiś drobny element z maszyny wirtualnej), ale mixdown i processing dzieją się już przede wszystkim w DAW. To podejście pozwala mi uniknąć zjawiska zmęczenia procesem decyzyjnym, ale niewykluczone, że za parę tygodni czy miesięcy znów zmodyfikuję swoje podejście. Ta droga, o którą pytasz… jej poszukiwanie nie ma końca, i to jest w tym wszystkim tak piękne i tak przerażające zarazem.

Artur Szatkowski, Essence, We Call It Voight-Kampff, wywiad
Fot. Krzysztof Karpiński

Artur Szatkowski. Kluczowy jest kontekst

Yanamaste w wywiadzie ze mną stwierdził, że dosłownie wszystkie czynniki wpływają na jego muzykę. Z kolei Chris Liebing nie krył się z tym, że do stworzenia jednego ze swoich ostatnich albumów kierował się „życiem chwilą i tworzeniem z chwili”. Do której grupy zaliczyłbyś samego siebie? Należysz bardziej do grona artystów, którzy za sprawą swoich doświadczeń i przeżyć próbują przełożyć je na swoją twórczość czy nie przykładasz do tego zbyt dużej uwagi i idziesz po prostu za flow? Ma to dla Ciebie jakiekolwiek znaczenie?

Artur Szatkowski: Zdecydowanie idę za flow. Polegam na instynkcie i chwili. Zarówno tworzenie, jak i słuchanie muzyki to dla mnie zajęcia bardzo sprowadzające mnie do „tu i teraz”. Mój własny sposób na niejako medytację (a medytować w klasyczny sposób niestety nie umiem). Kontekst i sytuacja mają dla mnie znaczenie w kwestii motywacji do pracy, ale nie przekładają się na jej efekty.

Zawsze tak było? 

Artur Szatkowski: To jest dla mnie najpiękniejsze w pasji – że jest niezależna od kontekstu. Niezależnie od tego, co się dzieje: muzyka pozwala mi na całkowite odłączenie się od tego, co dzieje się wokół. Jeśli udawało mi się znaleźć motywację, żeby włączyć sprzęt – w 80 procentach sytuacji odpływałem. Tak działa na mnie tylko muzyka. W każdej innej sferze życia kontekst jest dla mnie kluczowy.

Twoja debiutancka EP-ka Tannhauser Gate na International Day Off już jest. Gratulacje tak świetnego wydawnictwa w jednej z ciekawszych polskich wytwórni. Jak jednak mają się Twoje założenia z początku produkcji do realnych jej efektów? Ile udało się Tobie zdziałać, ile numerów zostanie na zawsze un-released i czym nas jeszcze zaskoczysz?

Artur Szatkowski: Dzięki Damian! Na samym początku nie stawiałem sobie żadnych założeń. Jeśli już to takie, że chciałbym zrobić coś, co sam mógłbym grać. To podejście utrzymało się mniej lub bardziej do dziś. Zauważyłem, że każdy moment, w którym pojawiało się jakiekolwiek parcie, odbijało się czkawką.

Na ten moment myślę, że mam jakieś 150-200 tracków, które zacząłem na przestrzeni ostatnich 4 lat. Niektóre z nich nadają się wyłącznie do spuszczenia z wodą. I te pozostaną na zawsze na moim dysku. Myślę, że dobre 50 utworów kwalifikuje się – po odpowiednim dopracowaniu – do pokazania innym. No właśnie, dopracowanie to kluczowe słowo. Bo mam nawyk stałego wracania do projektów, zwłaszcza, gdy nauczę się czegoś nowego w kwestii mixdownu. Tym sposobem często bywa tak, że numery powstają przez parę lat. Materiał z Tannhauser Gate powstał w 2019 roku, a 2 utwory z mojego drugiego wydawnictwa, które pojawi się lada dzień za sprawą Unknown Timeline, powstały jeszcze wcześniej, bo w 2018. Od tamtej pory były kilkakrotnie przerabiane i poprawiane pod kątem mixu.

To będzie już Twoja druga obecność na Unknown Timeline.

Artur Szatkowski: Zgadza się. Jest z tym dość śmieszna sprawa. Gdy w ramach Waszej rewelacyjnej inicjatywy charytatywnej dla WOŚP odezwał się do mnie Michał „Szmer”, bez wahania wszedłem w temat. W efekcie związanej z tym dyskusji poznałem Marcina (Internal Observera). Zaczęliśmy rozmawiać, wysyłać sobie muzykę, po czym Marcin uwierzył we mnie na tyle, że zdecydował się wydać moją solową płytę. Mogę zdradzić, że oprócz moich autorskich trzech produkcji znajdzie się na niej remiks od Inigo Kennedy’ego, który odwalił kawał dobrej roboty. Tak więc, gdyby nie Wasza inicjatywa dla WOŚP, nie byłoby tego wydawnictwa.

Szmer ft We Call It Voight Kampff Darkness Falls EP 

Artur Szatkowski. Historia wyjątkowej współpracy

Osoba Szmera to kolejny ciekawy wątek w kontekście Twojej działalności. Dosyć dużo wspólnie tworzycie. Widać, że nadajecie na tych samych falach. Jak, gdzie i kiedy pojawił się on na Twojej drodze?

Artur Szatkowski: Michała poznałem parę lat temu za sprawą zbiegu okoliczności. Otóż, zaczął on pracę w firmie, w której pracowałem. Siedzieliśmy dosłownie kilka biurek od siebie. Zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, Michał podsyłał mi swoje rzeczy, a później to ja zacząłem podsyłać mu swoje. Michał był jedną z pierwszych osób, które mi doradzały, dawał mi też niekończące się feedbacki (najlepszy oprawię sobie kiedyś w ramkę, brzmiał „chujowe imo”), a poza tym to mistrz mixdownu i brzmienia. Naprawdę dużo się od niego nauczyłem.

To w sumie nie do końca tak, że dużo pracujemy razem. Nasza pierwsza wspólna sesja z maszynami była zaskakująco owocna i powstał w jej trakcie zarówno Light to the Sky na WOŚP, jak i wydany przez Bena Simsa Darkness Falls. Od tamtej sesji nie skończyliśmy nic więcej, ale parę numerów jest „w procesie”. Pracujemy w zupełnie inny sposób. Szmer używa przede wszystkim Abletona, ja hardware’u, więc nie zawsze jest łatwo coś razem osiągnąć.

To, że doceniasz warsztat i samego Michała jako artystę, to już wiemy. Jestem ciekaw jak ogólnie oceniasz poziom i jakość muzyki polskich producentów na bazie wspomnianej wcześniej popularności tego gatunku. Również w odniesieniu do Twoich wieloletnich obserwacji nawet wtedy, kiedy stałeś bardziej z boku. Aksamit kiedyś powiedziała, że w porównaniu do innych krajów mamy mało klubów, a sporo DJ-ów. Jednak czy przekłada się to na ogólną jakość? Nie brakuje głosów mówiących, że jako scena trzymamy poziom, że nie mamy się czego wstydzić, ale… czy aby na pewno?

Artur Szatkowski: To trochę tak, że staram się postrzegać muzyków w oderwaniu od kontekstu i nie lubię zestawiać „polskich producentów” z „resztą świata” bo zawsze gdzieś tam czuję, że buduje to poczucie turnieju sportowego czy konkursu piękności. To pytanie jest jak wspomniane przez Dorotę podatki (śmiech).

Na pewno jest wśród Polaków wiele zdolnych osób, ja śledzę garstkę tych, którzy poruszają się w interesującym mnie obszarze muzycznym. Od razu na myśl przychodzą mi choćby Private Press, Michał Wolski, Kuba Sojka, Piotrek Figiel, Prizm (gdy tylko kończy numery hehe), Deas, Milena Głowacka, Vertical Spectrum, Błażej Malinowski, Michał Jabłoński, Gary Holldmann, Internal Observer, Bartek Begu. Na pewno kogoś jeszcze pominąłem. Myślę, że wszyscy wymienieni nie mają powodu do kompleksów względem zachodnich kolegów. Na pewno jednak brakuje mi na naszej scenie kogoś, kto reprezentowałby najbliższe memu sercu brzmienie. Sam zaś jeszcze mam przed sobą cholernie dużo nauki, żeby swoje zamiary przekuć na faktyczne wyniki.

To może We Call It Voight-Kampff będzie tym pierwszym?

Artur Szatkowski: Mam nadzieję, że moja praca doprowadzi mnie w miejsce, w które chciałbym dotrzeć. Nie ukrywam swojej fascynacji tzw. brzmieniem Birmingham, zwłaszcza tym z przełomu millenniów. Ale producencko jest jeszcze przede mną długa droga. Na razie ciągle skupiam się na tym, by opanować proces tworzenia „klasycznego” techno, mocno zakorzenionego w moich wpływach z lat 90. Ciągle szlifuję zarówno dobór brzmień, jak i – przede wszystkim – processing i mixdown, starając się usprawnić swój warsztat. Ale znowu, jest jeszcze tak wiele rzeczy, których nie potrafię i o których nawet jeszcze nie wiem…

Jak obecny proces tworzenia będzie się miał do Twoich przyszłych wydawnictw?

Artur Szatkowski: Mam nadzieję, że będą coraz lepszej jakości! Na razie w planach są jeszcze dwa wydawnictwa, wspomniany Unknown Timeline i druga rzecz na International Day Off (tym razem będzie także winyl). Jest jeszcze co najmniej jedna, którą planuję zrobić – wydać jedną płytę „na własną rękę”, ale to jeszcze musi poczekać. Czasami zdarza mi się wysyłać demo, ale ostatnio niewiele robię w tym kierunku.

Czym takie wydanie „na własną rękę” będzie się różniło od reszty?

Artur Szatkowski: Nie cierpię tego robić, ale muszę – nie mogę jeszcze opowiedzieć nic o szczegółach. Wybacz!

To w takim razie co chciałbyś powiedzieć na koniec? Bo tak się akurat złożyło, że dobiliśmy do brzegu.

Artur Szatkowski: Przede wszystkim podziękować: Tobie za przeprowadzenie tej rozmowy, a wszystkim, którzy dobrnęli do końca za jej przeczytanie. I na koniec dwie rzeczy. Pierwsza skierowana jest do osób cierpiących na problemy psychiczne, żyjących w uzależnieniu – z całego serca zachęcam do szukania pomocy. Można zacząć choćby od odnalezienia stron organizacji Anonimowych Narkomanów lub Anonimowych Alkoholików. Druga rzecz skierowana jest do wszystkich – zapomnijcie o trendach w muzyce, nie sugerujcie się modą, zaufajcie samym sobie. I tu i tu – naprawdę warto.

Wiemy, gdzie są najlepsze imprezy. Sprawdź!

Biletomat.pl
20 PLN

Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.

Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →