The Cinematic Orchestra – Motion

2 662
Recenzje

Info

Data wydania:
1999/09/14
Ocena:
Wytwórnia:
Artysta:
Niezmiernie trudno jest mierzyć się z dziełem, które urosło do rangi dobra popkultury na poziomie zdjęcia Marylin Monroe od Andy Warhola. Ale chwila, może być przecież tak, że to nie ja muszę się mierzyć z tym dziełem, tylko ono mierzy się ze mną. Przenika do cna, umyka odpowiedziom, unika strywializowanych stwierdzeń, by oddychać pełną piersią jak najpełniej i z taką samą siłą, jak za pierwszym razem. A ten przywilej, o czym wiadomo doskonale, jest własnością tylko dzieł wielkich.
Wydałem taki sąd, nie bacząc na konsekwencje, już na wstępie, bo obaw „Motion” od The Cinematic Orchestra już nie pozostawia. Płyta kompletna i basta. Ale wstyd nie pozwala na tak rychłe zakończenie. Nie siląc się na zbawczą moc niedopowiedzeń, mogę jedynie rozjaśnić sprawę niedowiarkom, albo osobom, które dopiero zapoznają się z twórczością ansamblu wykreowanego na potrzeby J Swinscoe, didżeja, turntablisty, a przede wszystkim brytyjskiego artysty jazzowego, który na początku lat dziewięćdziesiątych zwołał co zdolniejszych kumpli w celu utworzenia kapel, jakich, wydawałoby się, jest wiele. Długo się mierząc z etykietą typowego bandu jazzowego, wynalazł on swój prywatny kamień filozoficzny, który go wyniósł na piedestał, rangi artysty spełnionego i nieśmiertelnego. 
Środkiem do celu okazało się sprytne wykorzystanie oraz połączenie samplingu wraz z żywymi improwizacjami, tworząc nową jakość mariażu jazzowej ekwilibrystyki z pozornie nie pasującą do smokingu umiejętnością zapętlania przykrytych patyną czasu epokowych motywów. Efekt poraził rzesze ludzi, sprawiając, że jazz nie był już tylko muzyką dla wykrochmalonych ważnych osób, nie sposobiących się do wyczucia rytmu w gwarnej i dusznej atmosferze śródmiejskich barów, klubów i kawiarni. Z kolei przywrócił też do łask sztukę zmyślnego obracania winylami na turntablu, czyniąc z niej ważny element muzycznego rzemiosła. A wszystko zostało zręcznie przykryte fascynacją sztuką filmową i, tak jak w filmie, można się przyglądnąć elementom składowym frapującej całości. 
Uwertura jeszcze nie zapowiada trzęsienia ziemi, nadejdzie ono wraz z „Ode To The Big Sea” i, zdaje się, nie odpuści już do końca. Raz jest to film o dusznej, klaustrofobicznej atmosferze („Night Of The Iguana”), innym razem klasyczny film drogi, w którym elementy transowe zmysłowo przeplatają się z wątkami wzruszającymi, nie wskazując jeszcze na happy end („Channel 1 Suite”). Można też przyjrzeć się artystycznej etiudzie, w której treść zostaje zepchnięta na dalszy plan na rzecz uroku czysto percepcyjnego wrażenia („Bluebirds”). I tu nie kończy się lista podniet, choć nie mam zamiaru odsłaniać całego piękna i piętna jakie wywiera album na słuchaczu.
Już tylko gwoli ścisłości napomknę, że powodem omawiania jest reedycja „Motion” oraz „Live at Royal Albert Hall” z okazji występu sekstetu na Warsaw Summer Jazz Days. Płyty są dostępne w polskiej (niższej) cenie, a do właśnie tu omawianej został dodany utwór „Kalima”. Wspomnieć też powinienem o wybitnie analogowym brzmieniu, nagrywaniu za pomocą lampowych pieców, dźwiękach perkusjonaliów zbieranych przez mikrofon, dodających szlachetności staromodnych klikach i trzaskach. Tak, to wszystko tu słychać. Właściwie tylko tutaj ciągle słychać ducha budzącego się do nocnego życia miasta. 
Tekst: Piotr Hamedinger

Tracklista

01. Durian
02. Ode to the Big Sun
03. Night of the Iguana
04. Channel 1 Suite
05. Bluebirds
06. And Relax
07. Diabolus
08. Kalima