Hercules & Love Affair

4 659
Recenzje
Hercules & Love Affair

Info

Data wydania:
2008/03/03
Ocena:
Wytwórnia:
DFA
Artysta:

Fanatykom mody proponuję wiosenne porządki AD 2008 zacząć od przeglądania najciemniejszych zakamarków szafy rodziców. Jeżeli dopisze wam szczęście to znajdziecie stylowe dzwony, kwieciste koszule z ogromnymi żabotami albo morderczo ostrymi kołnierzykami, wcięte marynarki, obcisłe spodnie z bistoru i inne dodatki charakterystyczne dla epoki średniego Gierka. Kiedy już skompletujecie strój pozostanie wam tylko czekać na nieuchronnie nadchodzący powrót ery disco lat 70-tych. A wszystko przez tajemniczy projekt, o którym usłyszeliśmy zaledwie kilka miesięcy temu – Hercules & Love Affair.

Sądząc po niezwykłej ilości komentarzy i zachwytach powszechnych jak świat długi i szeroki, można przypuszczać, że zbliżająca się premiera ich (jego?) debiutanckiego materiału będzie wydarzeniem porównywalnym z lądowaniem człowieka na Księżycu. Uwielbiam takie przejawy zbiorowej histerii, zwłaszcza, jeżeli jej powodem jest coś czego tak naprawdę jeszcze nie ma, więc mimo, że muzyka prezentowana przez Hercules & Love Affair ma niewiele wspólnego z współczesną muzyką elektroniczną, pozwoliłem sobie osobiście sprawdzić co jest na rzeczy.

Zacznijmy od kilku istotnych faktów, które wprowadzą nas w temat. Hercules & Love Affair to projekt firmowany przez nowojorska wytwórnię DFA, a jego mózgiem, sercem i jedynym stałym członkiem jest Andrew Butler (przynajmniej tak podają oficjalne źródła), zaś producentem materiału jest współwłaściciel DFA Tim Goldsworthy.

Jakim cudem zupełnie nieznany Butler nagle znalazł się na ustach sporej części świata? Otóż Andrew Butler jakiś czas temu znalazł się w gronie współpracowników Antonego Hegarty’ego – dla niezorientowanych – lidera ostatnio niezwykle popularnego zespołu Antony & The Johnsons. I tu dochodzimy do sedna sprawy – wydany we wrześniu ubiegłego roku pierwszy singiel Hercules & Love Affair spotkał się z bardzo umiarkowanym zainteresowaniem słuchaczy mimo dość przychylnej reakcji krytyków. Dopiero zapowiedź drugiego singla, który oficjalnie wyjdzie w pierwszych dniach marca, zelektryzowała tłumy – utwór „Blind” nie różni się jakoś szczególnie od swojego poprzednika, ale tym razem w rolę wokalisty wcielił się wspomniany wcześniej Hegarty, i to jego głos stał się niemal stuprocentową gwarancją sukcesu Hercules & Love Affair.

Nie ukrywam, że krótkiej, bo trwającej nieco ponad trzy kwadranse, płyty słucham przez ostatnie kilka dni na okrągło. Żeby była jasność – nie robię tego z poczucia obowiązku, a dla czystej przyjemności słuchania, niepostrzeżenie dałem się uwieść muzyce Hercules & Love Affair. Trudno to jakoś logicznie wytłumaczyć, bo na pierwszy rzut oka to płyta zupełnie nie w moim stylu. Nie przepadam za klasycznym disco, a tym bardziej nie jestem fanem stylizowanych flashbacków, lata 70-te znam z telewizji i książek, zupełnie obca jest mi dekadencka atmosfera legendarnych nowojorskich klubów ze Studio 54 na czele, nie jestem nawet fanem specyficznego głosu Antonego. Czy istnieje chociaż jeden powód dla którego powinna mi się podobać ta płyta? Nie. Czy podoba mi się Hercules & Love Affair? Tak!

Dawno nie słyszałem tak bezpretensjonalnej, szczerej i naturalnie brzmiącej muzyki. Już pierwsze takty otwierającego płytę „Time Will” przynoszą to „coś”, dostajemy niespełna pięć minut by oswoić się z tym niezwykłym klimatem zanim wraz z kolejną piosenką porwie nas klasyczny disco groove. Spodziewałem się mniej lub bardziej udanej imitacji, prób naśladowania niepowtarzalnego charakteru, brzmienia, feelingu nagrań sprzed 30 lat, a usłyszałem po prostu muzykę, która przez trzy dekady czekała na premierę gdzieś w czeluściach magazynów dawno zapomnianego studia. Nie wiem i nie chcę wiedzieć w jaki sposób Butler i Goldsworthy osiągnęli taki efekt, ale podziwiam i gratuluję, bo nawet produkcja i mastering są autentycznie vintage bez cienia typowych dzisiejszych rozwiązań!

W świecie zdominowanym przez rozmaitych hochsztaplerów Hercules & Love Affair są do bólu prawdziwi – tu nie ma mowy o jakimkolwiek udawaniu, puszczaniu oka do słuchacza – każdy dźwięk, słowo wyśpiewane przez wokalistów (oprócz Antonego na płycie pojawiają się również Kim Ann Foxman i Nomi) czy melodia są dokładnie takie jakie powinny, pełne zaangażowania ale na luzie, z niesamowitą energią.

Kolejny atut albumu – uśmiech i bardzo pozytywny vibe, jaki prowadzi nas przez kolejne nagrania niesamowicie poprawiają nastrój. W swojej muzyce Butler i ekipa przekazują ten specyficzny rodzaj radości daleki od szyderczego chichotu – to raczej dojrzały, krzepiący optymizm, siła jaką daje nam słońce w pogodny wiosenny ranek, no dobra, starczy poetyckich uniesień.

Czy w tym wyidealizowanym świecie płyty Hercules & Love Affair można znaleźć jakiekolwiek słabsze elementy? Oczywiście – chociaż jest ich naprawdę niewiele. Przede wszystkim jakoś nie pasuje mi do całości „Iris”, która pojawia się na półmetku w kulminacyjnym punkcie euforii, w jaką wprawia nas singlowy „Blind”. Nie wiem dlaczego, ale to jedyna piosenka, która brzmi jakoś fałszywie, za nowocześnie, obco. Innych grzechów nie pamiętam, bo nie chcę…

Zachwyciła mnie ta płytowa miniaturka (jak na dzisiejsze 80-minutowe standardy) i wcale się tego nie wstydzę. Hercules & Love Affair sprezentowali nam świetny lek na chandrę, antidotum na monotonię, niewyczerpane źródło energii. Mówi się, że dzięki nim Nowy York znów tańczy, a wraz z nim prawdopodobnie bujać się będzie cały świat. Może jest w tym odrobina racji, choć ja akurat nie potrafię tego w pełni docenić, bo mam dwie lewe (a do tego drewniane) nogi. Mimo to jestem namacalnym przykładem, że jest coś szczególnego w tych kilku piosenkach.

Chciałbym zagwarantować każdemu, kto sięgnie po tę płytę bez uprzedzeń i da jej szansę, że znajdzie w niej coś dla siebie – ale wiem, że to niemożliwe. To nie kwestia wieku czy upodobań muzycznych – do takiej płyty nie sposób „dojrzeć”, po prostu trzeba na nią trafić w odpowiednim miejscu i czasie.

Kiedy już minie euforia i kiedyś wrócę do Herculesa – sam być może skrzywię się z niesmakiem nad jej niefrasobliwą naiwnością, banalną melodyką czy śmieszną egzaltacją. Ale póki co to jest mój moment i chcę się nim nacieszyć zanim zwabiony głosem Antonego tłum rzuci się na nią w owczym pędzie i wyniesie ją na szczyty list przebojów tylko po to, by równie szybko o niej zapomnieć.