Tych płyt i artystów słuchaliśmy. Flashback: październik 2019

Artykuł
Amon Tobin

Przed Wami kolejne miesięczne podsumowanie tego, co najczęściej grało nam w słuchawkach. Czy tegoroczny październik był łaskawy?

Wraz z rozpoczęciem jesieni na półkach płytowych aż roi się od nowych wydawnictw. W październiku swoje nowe krążki wydała Kasia Kowalska, Muniek Staszczyk, James Arthur czy Natalia Przybysz, ale my – jak na Muno przystało – sięgnęliśmy po elektroniczną selekcję. W zestawie czeka na Was solidna dawka japońskiego ambientu, muzyka prosto z bazaru na Stadionie Dziesięciolecia czy abstrakcyjne techno od moskiewskiego producenta. Sprawdzajcie, słuchajcie, dodawajcie do playlist! 

Carla dal Forno – Look Up Sharp 

wyd. Kallista

Zestawienie rozpoczynamy od czegoś nieco spokojniejszego. Po świetnej, choć zdecydowanie zbyt krótkiej EP-ce The Garden o swoim nieprzeciętnym talencie przypomina australijska multiinstrumentalistka Carla dal Forno. Długogrająca płyta Look Sharp umacnia artystkę na czele peletonu wokalistek, którym nieobcy jest eteryczny, spowity mgłą elektronicznych teł singer-songwriting. Piosenkarka idzie w ślad swoich kolegów po fachu: Grouper, HTRK czy Laurel Halo i z powodzeniem snuje łagodne, leniwie sączące się kompozycje. W jej premierowych utworach ambient i dream pop przeplata się z shoegaze’owymi wtrętami gitarowymi. To wszystko tworzy senny, wciągający słuchacza od pierwszych minut mikroklimat.

Styl Carli zdecydowanie nie nadaje się na klubowy parkiet. Jako idealny podkład sobotniego wypoczynku po całonocnej imprezie sprawdzi się w stu procentach. Dodatkowa wskazówka: zwróćcie uwagę na nietuzinkową warstwę liryczną! 

Amon Tobin – Long Stories 

wyd. Nomark 

Amon Tobin - Long Stories

Amon Tobin – Long Stories

Do stonowanych należy też najnowsza propozycja jednej z niekwestionowanych legend IDMu, Amona Tobina. Zdaje się, że mieszkający teraz w Wielkiej Brytanii Brazylijczyk zrobił już swoje, jeśli chodzi o eksperymentowanie, kombinowanie i przekraczanie gatunkowych granic. Tak jak jego płyty z początku dekady: Out From Out Where, Supermodified czy Permutation stały pod znakiem poskręcanych, eklektycznych dźwięków, tak całość Long Stories broni się spójnością i jednolitością. Nie znaczy to bynajmniej, że producent stał się nudziarzem zdolnym do grania tylko na klubowych sanatoriach.

Kompozycje zawarte na nowym krążku to wizytówka dojrzałego, przemyślanego ambientu zabarwionego garstką innych elektronicznych stylów. Muzyka, która w całości została stworzona na jednym, wpół zniszczonym syntezatorze Suzuki Omnichord, brzmi jak przykurzony soundtrack z filmu SF. Jest w niej coś futurystycznego (Brushed Aluminium Reeds), ale też tajemniczego (Red Moon). Polecamy włączyć przy zgaszonym świetle, kontemplować i powoli czekać na kolejne nowości ze strony Tobina – tym bardziej, że po siedmiu latach wydawniczej nieobecności Long Stories jawi się jako triumfalny powrót do gry. 

Lanark Artefax – Corra Linn

wyd. Numbers

Lanark Artefax - Corra Linn

Lanark Artefax – Corra Linn

Naszą uwagę szkocki producent zwrócił dwiema rzeczami: EP-ką z 2017 roku przygotowaną dla cenionego labelu Whities oraz remiksem utworu Arisen My Senses przygotowanym dla Björk. Lanark Artefax, bo to o nim mowa, oszczędnie dawkuje fanom nowe wydawnictwa. Artysta skupia się przede wszystkim na dopieszczaniu swoich eksperymentalnych, poskręcanych setów. Tym bardziej cieszy nas premiera Corra Linn.

Każdy z utworów zawartych na materiale jest utrzymany w nieco innej tonacji. Tytułowy numer już od pierwszych sekund atakuje kanonadą abstrakcyjnych, jungle’owych beatów, których nie powstydziłby się Aphex Twin albo inny wyjadacz IDM-u. Nieco oszczędniejsze w środkach, ale wciąż charakterne Moo Orphaned Drift intryguje syntezatorową rytmiką współgrającą z ambientowym tłem. Ferthenheap stanowi zaś zaskakujące, łagodne zwieńczenie tego krótkiego, choć intensywnego maratonu. Zapętlamy i czekamy na powrót Lanark Artefax do Polski. Przypomnijmy, że ostatnim razem gościł u nas na zeszłorocznym Up To Date Festival

Joy Orbison – Slipping 

wyd. Hinge Finger

Joy Orbison - Slipping 

Joy Orbison – Slipping

Joy Orbison, a tak naprawdę Peter O’Grady, w ciągu niespełna kilku lat stał się jednym z najgłośniejszych producentów współczesnej sceny klubowej. Jako siostrzeniec legendy jungle, Raya Keitha, szybko złapał bakcyla i nieustannie zaskakuje coraz to ciekawszymi wieściami ze swojego obozu. Tym razem artysta postanowił pójść w nieco bardziej intymne i osobiste rewiry.

Na okładce EP-ki Slipping widnieje zdjęcie niani muzyka, głos ojca usłyszymy na początku ambientowego interludium w Dad, a wszyscy zaproszeni goście to jego bliscy przyjaciele. Brzmi jak opis ckliwego albumu, który powinien wieńczyć karierę świetnie zapowiadającego się DJ-a, a nie być jej motorem napędowym? Nic bardziej mylnego. Emocjonalne zaangażowanie się Brytyjczyka w prace nad płytą wyeksponowały tylko szeroki wachlarz jego umiejętności. Styl materiału najłatwiej byłoby określić jako post-dubstep w stylu starego Jamesa Blake’a albo Pearson Sound, ale do nieco przebrzmiałej już konwencji autor dokłada znacznie więcej. Basowe momenty (Breathe In) spotykają tu łagodniejsze, breakbeatowe pasaże (YI She’s Away), składając się na eklektyczny, upstrzony samplami i smacznymi nierównościami album. Zazdrościmy tym, którzy usłyszeli Joya na żywo podczas drugich urodzin klubu Jasna 1

Susumu Yokota – Cloud Hidden

wyd. Lo Recordings 

Susumu Yokota - Cloud Hidden

Susumu Yokota – Cloud Hidden

I znów przechodzimy do czegoś łagodniejszego. Tym razem w poszukiwaniu muzycznego spokoju udajemy się do Japonii, gdzie przez lata tworzył nieżyjący już Susumu Yokota.

W obszarze zainteresowań kompozytora leżał eksperymentalny ambient. Jednak artysta zdecydowanie nie bał się łączyć go z innymi gatunkami: psychodelicznym rockiem, house’em czy nawet techno. Dziś, dzięki znalezisku muzyków z awangardowej grupy Rothko, możemy odsłuchać jego niepublikowanych wcześniej utwory. Oferta nie do odrzucenia, tym bardziej, że na albumie-memoriale dzieje się bardzo wiele. Otwierający płytę Spectrum of Love magnetyzuje etnicznymi dźwiękami, Implications of Karma brzmi jak dalekowschodnia wariacja na temat trip-hopu, a Ama and the Mountain ekscytuje new-age’owym klimatem. Yokota sprawnie roztacza dźwiękowe pejzaże, zachowując balans pomiędzy swoim kulturowym dziedzictwem a czerpaniem inspiracji z otaczających go nowości. Szkoda, że nie będziemy już mieli okazji zobaczyć jego koncertu. 

Jacques Greene – Dawn Chorus 

wyd. LuckyMe 

Jacques Greene - Dawn Chorus

Jacques Greene – Dawn Chorus

Poprzeczkę, jaką Jacques Greene zawiesił sam sobie debiutem Feel Infinite, trudno było strącić. Charyzmatyczny Kanadyjczyk przedstawił się światu jako świadomy, żonglujący różnymi stylistykami DJ, który bez cienia skrępowania może stanąć na czele nowej fali future garage’u. Następca albumu, Dawn Chorus, nie jest co prawda aż tak spektakularny, ale potwierdza, że warto mieć oko na poczynania producenta.

Kanadyjczyk tym razem nie poszedł w stronę wolt stylistycznych i amplitudowych niespodzianek. Zamiast tego otrzymaliśmy porządnie nagrany, oscylujący wokół różnych stron house’u, pulsujących basów i garage’u materiał. Cieszą w nim umiejętnie wplecione sample, rytm automatu perkusyjnego (singlowe Do it Without You) czy wtręty elektronicznego R&B (Night Service), do pląsów na parkiecie zaprasza breakbeatowe Let Go nagrane z kolegą po fachu, Machinedrumem. Całość być może nie zatrzęsie grudniowymi podsumowaniami płyt, jednak wciąż z przyjemnością usłyszelibyśmy jej fragmenty podczas zadymionego, immersyjnego DJ setu. 

DJ Duch – Labirynt Śmierci 

wyd. The Very Polish Cut-Outs 

DJ Duch - Labirynt Śmierci

DJ Duch – Labirynt Śmierci

Sięgania do bogatego dziedzictwa rodzimej muzyki rozrywkowej ciąg dalszy. Artyści skupieni wokół wytwórni The Very Polish Cut-Outs: Old Spice, Karol Aleksander czy Holiday 80 niestrudzenie zajmują się odgrzebywaniem zapomnianych piosenek nestorów popu. W ich house’owych, dyskotekowych aranżacjach klasyki sprzed lat zyskują nowy blask. Teraz, za sprawą nowego wydawnictwa Labirynt Śmierci, oficyna otwiera całkiem nowe pola brzmieniowych eksploracji. W rolę nieustraszonego poszukiwacza wcielił się DJ Duch, artefaktami stały się utwory powstałe w latach 1989-1999. Dość powiedzieć, że był to specyficzny okres na polskim rynku.

Posttransformacyjną rzeczywistość zalały rozmaite style z Zachodu. Eurodance, italo disco czy trip-hop można było usłyszeć na niekoniecznie legalnie rozprowadzanych kasetach i płytach. Na specjalnym, opatrzonym grafiką Kornela Nurzyńskiego mixtape (wybór nośnika nieprzypadkowy!) to osobliwe dźwiękowe eldorado ukazuje się nam w pełnej rozciągłości. Młodsi słuchacze będą nim zaskoczeni, starsi spojrzą na nie z nostalgią. Uwaga: do kompletu warto przeczytać Polski Bajer Moniki Borys albo Duchologię polską Olgi Drendy. 

Steve Hauschildt – Nonlin

wyd. Ghostly International 

Steve Hauschildt - Nonlin

Steve Hauschildt – Nonlin

Wcześniej jedna trzecia ambientowego tria Emeralds, od dobrych kilkunastu lat autonomiczny i zataczający coraz szersze kręgi popularności producent. Tak w skrócie można opisać pochodzącego ze Stanów Zjednoczonych Steve’a Hauschildta. Nonlin to jego drugi krążek wydany w oficynie Ghostly International: tej samej, w której swoje płyty wydaje Gold Panda, Tycho czy Matthew Dear. Miło się słucha takich albumów: jest dobrze wyprodukowany, płynnie przechodzi z jednego stylu w drugi (jak z ambientowego Cloudloss do dynamicznego Subtractive Skies), raz za razem zaskakuje eksperymentalnymi wstawkami (Attractor B, American Spiral).

Połączenie mistycznego new age’u, zabaw z syntezatorami modularnymi i IDM-owych wstawek żywcem wyjętych z katalogu wytwórni Warp Records. To nie mogłoby się udać każdemu. Hauschildt wychodzi z tego niełatwego zadania zwycięsko, udowadniając, że nadal można zaliczać go do czołówki awangardowej elektroniki.

Moa Pillar – Well-Balanced Rollback

wyd. ПИР

Moa Pillar - Well-Balanced Rollback

Moa Pillar – Well-Balanced Rollback

Na sam koniec selekcji zostawiliśmy prawdziwą gratkę dla tych, którym niestraszne jest przyfasolenie beatami prosto w uszy. Dla Moa Pillar, gwiazdy moskiewskiego środowiska, nie może być innego lekarstwa na słotną jesień niż intensywna, pełna podbitych basów elektronika. Utwory z Well-Balanced Rollback sytuują się gdzieś pomiędzy połamanymi aranżacjami Arki a post-internetowymi wariacjami z wytwórni PC Music. Fedor Pereverzev, bo tak nazywa się artysta, w tak rozumianej dekonstrukcji klubowych brzmień krystalizuje mnóstwo organicznej, plemiennej energii. Są tu ściany dźwięku, wielominutowe, rozciągające się krajobrazy (Rollback), a wreszcie niepojęte, futurystyczne arpeggia.

Słuchajcie w jak najlepszych warunkach i wyobraźcie sobie scenę z jakiegoś awangardowego filmu, w której ludzie owładnięci jakimś atawistycznym szałem zatracają się w dźwiękach Gate albo Primitive. 

Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →