Carbon Silesia Festival po raz pierwszy! — relacja

Fot. Mateusz Czech
Relacja
Carbon Silesia Festival

Sztolnię Królowa Luiza w Zabrzu założono w 1791 roku. W jej podziemiach drzemie duch maszyn, utopców, heks i skarbników. Ceglane mury sztolni nakarmiły się ludzkim potem, krwią i łzami. Ta potęga została przekuta przez sztab Carbon Silesia Festival w energię muzyki elektronicznej. Stworzyli oni estetycznie zróżnicowaną imprezę na wysokim poziomie organizacyjnym.

Gooral otwiera Festival

Po zameldowaniu się w punkcie akredytacyjnym, poszliśmy z towarzyszącym mi fotografem przed siebie, w głąb festiwalu. Nie znałam jeszcze jego logistyki, rozkładu scen, a time-table musiałam co jakiś czas odświeżać. Miałam jednak szczęście. Pierwsza zapytana przeze mnie osoba o pokój dla dziennikarzy, okazała się głównodowodzącą całego tego majdanu. Szybko się zaaklimatyzowaliśmy. Zbliżała się 20:00. Wiedziałam, że event otwiera występ Goorala. Czułam się jednak jeszcze onieśmielona wielkością Sztolni, nie wiedziałam, czego spodziewać się po wydarzeniu. Po organizmie zaczęła rozchodzić się adrenalina. Gdzieś z głębi Sztolni popłynęły pierwsze dźwięki. Pojawiły się czerwone światła. Nagle usłyszałam folkowe brzmienie. Festiwal oficjalnie się rozpoczął. Gooral grał.

Gooral

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

fot. Hubert Daniszewski

Nikt nie lubi grać na warm-upie. Gooral nie miał łatwego zadania. Tłumów nie było. Basowe brzmienie syntezatorów przerywane sporadycznie czystym, przeszywającym wokalem oraz bujająca się postać artysty, zadziałały na mnie hipnotycznie. Ucieszyłam się, że już zaczynam się fizycznie męczyć, a przecież to zaledwie początek. W tym miejscu powinnam wspomnieć starszego mężczyznę, którego widziałam tylko na tym występie. Tańczył w uptempo, miał 100% więcej energii od nastolatków, poruszających się na jego tle, jak bezbarwne mimozy. Do tej pory zastanawiamy się z Hubertem (fotografem), czy ktoś czasem po prostu nie zamówił maski z Aliexpress, i nie zabrał jej ze sobą na Carbon. Who knows?

Trzy sceny: Main, Carnall, Jungle

Z miejsca przepraszam wszystkich artystów i artystki, których pominę, nie poświęcę im nadto miejsca i uwagi. Staraliśmy się dokumentować na bieżąco wszystkie trzy sceny, ale nawet teraz, spisując te słowa, wrażenia nieco się zacierają. Carbon Silesia Festival dzielił się na Main Stage, który miał za zadanie serwować muzykę, która teoretycznie „podejdzie” większej ilości ludzi niż na przykład drum & bass. Następnie szło się na Carnall, głównie zorientowane na house’owe brzmienie. A na końcu wkraczało się na teren mojego ulubionego Jungle Stage, zdecydowanie najmocniejszego, najbardziej undergroundowego. To miejsce naprawdę spruło mnie energetycznie. Po prostu nie byłam w stanie nie młócić powietrza rękami w rytm syntezatorów perkusyjnych Rolanda, czy amen breaków, jak przy secie LTJ Bukema. Wyszalałam się pod tym namiotem za całe pandemiczne miesiące. Miało to jednak swoją cenę… i moje biedne łydki musiały się potem regenerować. Ale wróćmy teraz do Maina.

Carbon Silesia Festiva

fot. Hubert Daniszewski

Eklektyczny Kamp!

Przyznam się szczerze i bez bicia, kompletnie nie kojarzyłam zespołu Kamp! Była kiedyś taka scena w Świecie według Bundych. Kelly ostatecznie okazała się mieć genialną pamięć, ojciec zaczął ją więc przygotowywać do teleturnieju wiedzy. Niestety, choć jeden zbyt gwałtownie przyswojony fakt, powodował u niej zaburzenie systemu, i istotne informacje znikały z jej głowy. W ten sposób, spytana o ważne wydarzenie z życia ojca, w kulminacyjnym punkcie teleturnieju, nie była w stanie niczego sobie przypomnieć. Czasami mam wrażenie, że mam podobnie. Ogarniam jakieś duperele, np. datę wydania pierwszego kawałka hip-hopowego w historii, tytuły ikonicznych albumów, nazwiska zapomnianych pionierów elektroniki, a tego, co teraz, tego, co na czasie, o kim się gada — nie. No i tak też było z Kamp! Spodziewałam się czegoś aesthetic, może queer, hipsterozy. Jakiegoś faceta w stroju, jak Freddie Mercury.

Kamp!
fot. Hubert Daniszewski

Stylówka trzech artystów okazała się nieznośnie przeciętna, jak na moje oczekiwania. Słuchałam ich, słuchałam i pomyślałam: oni są naprawdę dobrzy! Wybrnęli też z pokerową twarzą z dwóch shut downów soundsystemu. Po polsku gadali! Nieźle. Kamp! zaprezentował bardzo eklektyczną wizję elektroniki. Grali progressive house, kusili się o trance’ową melodykę, ewidentnie nawiązywali do kanonicznego repertuaru. „Ty, przecież to Jean-Michelle Jarre teraz. Jakie #pdk!” – mówi Hubert. Niczego tak nie lubię, jak eklektycznej budowy tracków. Ukrytych symboli dźwiękowych. Mistrzem tego typu konstruowania brzmienia jest wciąż dla mnie Yellow Claw. Track wydaje się u nich trapstepowy, żeby zaraz na dropie zamienił się w hardstyle. Carbon, koniecznie zaproście kiedyś YELLOW CLAW! Może mnie i poniosło, ale co zrobić. Kamp! będę w każdym razie śledzić. Wróżę im długą karierę i niejedno ciekawe jam session.

Catz n Dogz, Gorgon City — house’owy akcent na Carbon Festival

Następnie przenieśliśmy się na Catz n Dogz. Zapodali mocną techniczną selekcję. Bardziej to był TECH niż HOUSE. Przyznam się – odbiło mi. Szalałam na parkiecie. Tech house to muzyka, na której nauczyłam się miksować. Miałam próby z klasycznym housem, intuicyjnie wychodził mi nawet UK Hardcore, ale przy nauce beatmatchingu ciągle coś mi się sypało. Dopóki nie odkryłam techów. Można mnie obudzić w środku nocy, a ja będę wybijać półprzytomna house’owy beat o cokolwiek mam pod ręką.

Catz n Dogz

fot. Hubert Daniszewski

Jeśli do tego dochodzi detroitowski high hat, po prostu nie jestem w stanie bezczynie stać przy głośnikach. Była moc u Catzów. I elektro też było! Przypomniałam sobie. Na pierwszej części seta był tłum. Potem niestety tech house przegrał z najbardziej komercyjnym artystą festiwalu, Gorgon City. Co prawda, kiedy poleciało u niego Moving Blind, to moje serduszko zalało ciepełko. Ale to było zdecydowanie za mało. No nie lubię zbytnio komercyjnych projektów, aczkolwiek rozumiem mechanizmy za nimi stojące i też jako DJ nie stronię od bardziej przystępnych dla ludzi setów. Trochę się jednak nudziłam na Gorgon City (tbh). Ale tłum szalał.

Gorgon City

fot. Hubert Daniszewski

LTJ BUKEM czyli oldschoolowy dźwięk prosto z Londynu

Doczekałam się jednak LTJ BUKEM!!! Czekałam na jego występ cały wieczór. Cały. Jungle/Drum & bass są tak niezwykle bogatymi intelektualnie gatunkami. Ich rodowód w hardcorze, wzruszająca walka o godność czarnoskórych artystów krzyczących „Jungle Is Massive!” na parkietach z betonu. Tempo, podziały, breaky, aranżacje, odłamy. Jamajka wypełniła mi duszę od kiedy skończyłam 12 lat i pierwszy raz usłyszałam Seana Paula w radio RMF FM. To Sean Paul zaprowadził mnie właśnie na oldschoolowego seta LTJ-a i liquidowego nawijania MC Ruthlessa. LTJ grał 90’s! LTJ grał 180-190 BPM. LTJ grał tak, jak kocham najbardziej. Pamiętam, tylko że Siasia tańczył obok, a ja musiałam wyładować emocje i tylko wrzeszczałam: jak on szybko gra!!! LTJ is the MAN!

LTJ Bukem

fot. Hubert Daniszewski

Śladami Sztolni Królowa Luiza

W sobotę Carbon Silesia Festival zaczął się od wywiadu z Rysami. Zapis naszych rozważań nad historią elektroniki, happy hardcorem czy FastTrackerami możecie znaleźć tutaj. Powiem tak, goście są wkręceni mocno w temat i wiedzą, o czym mówią. Lajkujcie im profile, ale już! Bo to są spoko ludzie bardzo i nie grają shitu. Kiedy pożegnaliśmy się z Rysami, wybraliśmy się na 2-godzinną wycieczkę do podziemia Sztolni Królowa Luiza. Fenomenalna sprawa, choć historia nieprzyzwoicie smutna. Jeśli ktoś czytał w dzieciństwie Łyska z pokładu Idy, to wie o czym mówię. Nie mniej mchy i paprocie kilkanaście metrów pod ziemią to cudo estetyczne. Po powrocie z wycieczki trochę nam zajęło zanim znowu się zaangażowaliśmy w festiwalowe życie. Nieco występów przegapiliśmy. Trafiłam na disco/elektro house grany przez Tiger & Woods, a następnie na progresywne techno do Siasi.

Carbon Silesia Festival Siasia

fot. Hubert Daniszewski

An On Bast podbija publikę Carbon Silesia Festival

Wciąż jednak byłam jakaś taka rozbita. Muzyka mi się podobała, ale mentalnie byłam gdzieś indziej. Myślami utknęłam przy ślepych kopalnianych koniach, zdychających od metanu kanarkach i ludziach zalanych przez wodę płynącą z pękniętych ociosów. Łaziłam tu i tam, trochę bezwiednie i bez sensu. Obserwowałam występ Kraak & Smaak na głównej scenie, ale nie była to moja muza. Trzeba jednak przyznać, że mieli najlepszy kontakt z publicznością ze wszystkich artystów na Carbon Silesia Festival. Tłum reagował na każdą ich zachętę skakania, tańczenia, krzyczenia. Rzucili na ludzi urok. Odnieśli sukces.

Kraak & Smaak

fot. Hubert Daniszewski

Jakoś tak w końcu, kręcąc się bez sensu, znowu trafiłam na Jungle Stage. Namiot był wypełniony po brzegi. Ludzie bardzo intensywnie reagowali na muzę. To był live act An On Bast. Pozamiatała. Naprawdę mi się podobało. Przywróciła we mnie tancerkę. Zaczęłam się rozglądać za kimś, z kim mogę porozmawiać o festiwalu i o samej An On Bast. Wypatrzyłam jedną Rudą, która fajnie się bawiła. Powiedziała, że nie znała artystki wcześniej, ale naprawdę porusza ją jej muzyka. Na Carbon Silesia Festival poznała wielu artystów i chce wrócić tu za rok. Pomyślałam, że pierwszy strzał był całkiem niezły. Drugi okazał się nieco gorszy, zapytana o opinię pani, strasznie się pospinała. Ale nie w sposób nieśmiały, tylko arogancki. Zdecydowanie była to najmniej sympatyczna osoba, jaką spotkałam na Carbonie, ale Szczęść Jej Boże i daj jej więcej pogody ducha. Na szczęście Ruda wybawiła mnie momentalnie z niezręcznej sytuacji i zapoznała mnie z festiwalowiczem Błażejem. Błażej okazał się festiwalowiczem idealnym. Przyjechał przygotowany, znał artystów, był bardzo elokwentny i wciąż czekał jeszcze na parę występów. Oto zapis naszej krótkiej rozmowy.

Carbon Silesia Festival An On Bast

fot. Hubert Daniszewski

Carbon Silesia Festival oczami Błażeja

Olga Rembielińska, Muno.pl: Błażej, który to twój dzień festiwalu?

Błażej: Drugi.

Przyjechałeś na konkretnych artystów?

Błażej: Można tak powiedzieć. Na Alexa Niggemanna i tak naprawdę na Agents Of Time.

I byłeś na ich występach?

Błażej: Tak! Na obu. Było fantastycznie. Strasznie mi się podoba cała forma festiwalu, jest to taki troszczekę mniejszy Tauron, ale jest bardziej przyjemny klimat, jest bardziej przytulnie.

Wyłapałam cię na występie An On Bast. Znałeś tę artystkę wcześniej?

Błażej: Tak, ale nie wiedziałem, że ona jest z Polski. Słyszałem parę jej setów i jak się dowiedziałem, że jest Polką to byłem zdziwiony. Strasznie mi się podoba, że im jest więcej dziewczyn, didżejek na festiwalach, tym poziom grania jest wyższy. Zauważyłam to przez ostatni rok. Naprawdę damska reprezentacja jest ostatnio fantastyczna na scenie klubowej i oby więcej, nie?

A co w jej występie jest takiego, że cię przyciągnęło?

Błażej: Jest energetyczny, jest hipnotyczny bo na Carnallu grają bardziej disco dzisiaj niż taką deepową muzę, lekko wpadającą w techno. Co jest bardzo fajne! Czujesz różnicę pomiędzy scenami. Wczoraj były tu drum & bassy, które nie są już moim klimatem do końca. Ale fajnie, że jest podział pomiędzy tą główną sceną, która jest bardziej komercyjna, a tym undergroundem, który jest na tych mniejszych scenach i to się gdzieś skleja.

Kogo chcesz jeszcze dzisiaj usłyszeć?

Błażej: Na pewno Third Sona, Demuję jeżeli się uda no i na pewno pójdziemy na Booka Shade.

To już niedługo!

Błażej: Tak, chyba za 5 minut?

Dziękuję Ci bardzo!

Carbon Silesia Festival

fot. Hubert Daniszewski

Mocne uderzenie z Kubą Sojką

Po rozmowie z Błażejem zawinęliśmy się na Bookę Shade, którzy dali mocne show, nie zawiedli, zagrzali mnie do tańca i doładowali. Najlepsze jednak czekało jeszcze przed nami. Bo… zakończyliśmy festiwal setem Kuby Sojki! Jednym słowem – przypierdolił. Grał Detroit, mocno, uderzeniowo i ninetisowo. Muzyka miała klimat i kompletnie okradła mnie z resztek energii. Po prostu było zajebiście. Zmieniał go Agim, muzyka zelżała, fajnie wkręcała. Ale sił już najzwyczajniej w świecie z Hubertem nie mieliśmy. Powoli, snując się, pożegnaliśmy się z kim się da i powolnym krokiem opuściliśmy pierwszy w historii Carbon Silesia Festival. Mam nadzieję jednak, że nie ostatni.

Polub muno.pl na Facebooku:

Bilety na wydarzenia elektroniczne

Biletomat.pl
20 PLN

Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →