Audioriver Festival 2011 – RELACJA MUNO.PL

Relacja

Po szalonej zabawie na niemieckim Melt! oraz hiszpańskim Monegros, czas na relację z naszego rodzimego festiwalu - płockiego Audioriver!

Powrót na Płocką ziemię każdego lata wywołuje u mnie salwy podekscytowania, szczęścia i w ogóle wszystkiego, co najlepsze. Nie oszukujmy się – drugiego takiego wydarzenia w Polsce po prostu nie ma. Na Audioriver czeka się cały rok, to już obowiązkowa stacja spośród letnich festiwali, tutaj zwyczajnie trzeba być. Grzechem byłoby nie uczestniczyć w wydarzeniu odbijającym się szerokim echem w Europie, zwłaszcza, że takich w Polsce mamy jak na lekarstwo. Wsparcie tej najciekawszej inicjatywy w naszym kraju to w moim wypadku naturalna kolej rzeczy, nie wyobrażam sobie, aby mogło mnie tam zabraknąć. Powodów jest kilka.

Przede wszystkim lokalizacja. Naturalna scenografia Audioriver to rzecz wychwalana przez wszystkich, głównie przez artystów, którzy wspólnym głosem twierdzą, że w tak niesamowitej scenerii przychodzi im grać bardzo rzadko. Nie ma co się dziwić, krajobraz musi się podobać – piaszczyste podłoże, wśród drzew z widokiem na Wisłę, no i ta niezwykła skarpa. Ciężko o lepsze miejsce dla festiwalu. Na samym jego terenie wszystko wygląda perfekcyjnie, problemy jednak zaczynają się poza nim. Płock to małe miasto, które zwyczajnie nie jest przygotowane na przyjęcie wszystkich uczestników. Ciężko mieć jednak o to pretensje, rozbudowana sieć hotelowa po prostu nigdy tam nie była potrzebna – Audioriver to największe wydarzenie w tym mieście skupiające tak dużą ludność. Niezłym rozwiązaniem staje się jednak ofertowane pole namiotowe, którego jakość i komfort co roku jest lepsza. To tutaj tak naprawdę startuje impreza, już w czwartkową noc można było bawić się na plaży przy postawionej, amatorskiej scenie.

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

Organizacyjnie Audioriver wypada bardzo korzystnie, zauważalny progres daje mieć nadzieję, że festiwal nadal będzie się rozwijał. Teren imprezy w stosunku do zeszłego roku zmienił się kosmetycznie. Scena główna taka sama, z charakterystycznymi, dwoma wielkimi ekranami po boku. Circus i Hybrid Tent na swoich miejscach, z odkrytymi wejściami, ułatwiającymi pomieszczenie się większej ilości ludzi. Slow More, czyli namiot z Polskim, technicznym graniem robił za „chillout room”, to tutaj można było złapać drugi oddech przed głównymi aktorami nocy. O kolejkach i cenach się nie wypowiadam, te zawsze przy tego typu kalibru imprezach nie wszystkim muszą odpowiadać. Ze szczegółów technicznych wielki ukłon w stronę Fotis Sound, firmie odpowiadającej za potęgę brzmienia, które słyszeliśmy na wszystkich scenach. Na wyróżnienie zasługuje to z niebieskiego namiotu, gdzie dźwięk był perfekcyjny, poziomem przewyższający wszystko, co możemy usłyszeć w Polsce. Z optycznych podmiotów nie można pominąć wizualizacji, które na Audioriver są najwyższych lotów – zauważalne głównie na Main Stage, które dostosowywały się do klimatu granej muzyki.

Audioriver to jednak nie tylko muzyka – nad wyraz dobrze wypadła Akademia Red Bulla, która miała na celu przybliżyć nam fenomen muzyki elektronicznej. Rewelacyjnym rozwiązaniem okazała się scena na Rynku, gdzie mogli zaprezentować się większej publice młodzi i ambitni producenci naszego kraju. Nie można zapomnieć o całodziennych targach muzycznych – kilkanaście firm z kręgu muzyki alternatywnej to świetne miejsce dla każdego, dla kogo muzyka ta nie kończy się na występie swojego ulubionego artysty. Organizatorzy wiedzą, jak ważna jest edukacja – na każdym kroku dają nam znać, że ich projekt to coś więcej niż standardowy festiwal z muzyka elektroniczną. Wisienką na torcie było kino festiwalowe, zwłaszcza obraz „Speaking In Code” z występującymi na Audioriver gwiazdami.

Przejdźmy jednak do sedna całego zamieszania – muzyki. A ta w tym roku błyszczała wyjątkowo jasno. Skompletowany skład to mieszanka mistrzów w swoim fachu, artystów będących za chwilę pierwszoplanowymi postaciami reprezentujących dany gatunek muzyczny oraz innowacyjne nazwiska, przyciągające prawdziwych smakoszy muzyki do Płocka. Eklektyzm gatunkowy to już domena Audioriver, raj dla niezaszufladkowanych fanów całego gatunku. To najlepsza muzyczna edycja Audioriver, na jakiej byłem – słabych występów po prostu brak, a tych wybitnych ciężko zliczyć.

Robag Wrumhe jak wino, z wiekiem coraz lepiej radzący sobie za deckami, na Audioriver zachwycił wszystkich swoją techniką i selekcją. Disco, house, techno – mieszanka wybuchowa, która eksplodowała razem z nami w Circus Tent. Główna gwiazda festiwalu, Trentemoller w wersji koncertowej to wydarzenie, na które czekała cała rzesza fanów muzyki wykraczającej poza ramy elektroniki. Ciepłe, organiczne dźwięki Trentemollera w zaciszu domowym potrafią dosłownie zahipnotyzować, jednak na tym niesamowitym nagłośnieniu zyskiwały zupełnie innego wymiaru. Koncert absolutnie magiczny, było mocno i refleksyjnie, tak jak cała muzyka geniusza z Danii.

Po kilku latach absencji do Polski powrócił Chris Liebing, tym razem w innym wydaniu, zupełnie odmiennym od jego pamiętnych u nas występów. Zawsze twierdziłem, że moc muzyki nie musi mieć nic wspólnego z jej szybkością – o tym też doskonale wie Liebing, którego muzyka zwalniając przybrała na mocy. Ciężki bas, mroczny klimat i ta niesamowita umiejętność nadawania dźwiękom duszy – prawdziwy popis mistrza, który wie jak inteligentnie zdetonować nam głowy. Piątkowa odsłonę pożegnaliśmy duetem Supermayer, który stworzony jest do zamykania tego typu festiwali. Wyjątkowa selekcja numerów spowodowała, że na dwie godziny uśmiech nie schodził z każdego z nas – podejrzewam, że dzwoneczki z „Two of us” niektórym do dzisiaj nie chcą wyjść z głowy.

W sobotnią noc ponownie zostałem muzycznie obezwładniony – rzadko mi się zdarza, aby z takiego bogactwa artystów nie potrafiłbym wybrać tych najlepszych. Ernesto Ferreyra rozbujał całym namiotem, taneczno-latynoski klimat Cadenzy uaktywnił się chyba w każdym z nas. Wyjątkowo mocny repertuar Reboota zachwycił każdego, to na jego live przypadła największa festiwalowa euforia – to, co się działo przy „Caminando” rzadko się spotyka, nawet na zachodnich imprezach. Minimalowa burza w wykonaniu Gaisera dała jasno do zrozumienia, że w obecnej sytuacji Minusa to on wychodzi na jej główne ogniwo. Trzy godzinny set Svena Vatha, to najsilniejsze doznania podczas całego festiwalu. Już sama jego obecność za deckami przyprawia o gęsia skórkę, jak do tego dodać jego wyjątkową muzykę, można mówić o prawdziwej uczcie. To wolność i pozytywna energia bijąca z tech-housowej, ale jakże ciepłej muzyki sprawiła, że z namiotu podczas jego występu wyjść się po prostu nie dało. Sven niczym szaman odprawiał niedzielną już mszę spod znaku Techno – wszyscy dali się porwać, magii tego występu nie da się opisać. Jako ostatni zaprezentował się energetyczny duet z Berlina, Pan-Pot. Było mocno i przebojowo, podobało się każdemu, brakowało jednak jakiejś wyjątkowości, znanych z poprzednich setów kończących festiwal. Muzyczny gwałt za nami.

Światowy line-up i świadoma publika. Miażdżące nagłośnienie i niezwykła sceneria. Warsztaty za dnia i muzyka bez przerwy. Muzyczny raj i produkcyjny sztos.  Audioriver to festiwal kompletny, w moim odczuciu najlepszy w Polsce. Za rok również się wybieram, Was nie namawiam, bo i tak będziecie ;).

Foto główne: 01studio.eu

Foty: Lilith





Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →