Time Warp Mennheim – RELACJA MUNO.PL

Relacja

Tegoroczna edycja Time Warp Mennheim już za nami. Zapraszamy Was do przeczytania relacji Muno.pl z tego niezwykłego wydarzenia!

Elektroniczny radar każdego roku pod koniec marca wskazuje na miasto Mannheim, gdzie w tym czasie odbywa się prawdopodobnie najlepszy halowy festiwal z muzyka elektroniczną na świecie. Niemiecka edycja Time Warp to wydarzenie, na które czekają absolutnie wszyscy, to jeden z nielicznych momentów w ciągu roku, gdzie spotkać można w jednym miejscu największych artystów jak i znajomych z całego świata – nie mam wątpliwości, na Time Warp obecny jest dosłownie każdy, dla kogo ta muzyka coś znaczy. Utwierdzony po obcowaniu z tą imprezą podczas trzech poprzednich edycji, iż nie jest ona w stanie mnie niczym nowym zaskoczyć, musiałem bardzo szybko chylić czoła przed organizatorami całego przedsięwzięcia – tegoroczna odsłona Time Warp okazała się najlepsza, w jakiej uczestniczyłem, zaskakując praktycznie na każdym kroku. Nie od dziś wiadomo, że progres to domena tego festiwalu, jednak to, co zobaczyliśmy w tym roku przeszło nasze najśmielsze oczekiwania – ciężko to opisać słowami, nie mniej jednak postaramy się pokrótce nakreślić, co takiego sprawia o wyjątkowości niemieckiej edycji Time Warp.

Wybierając się na Time Warp, warto zaznajomić się z oferowanymi piątkowymi „rozgrzewaczami”, które tego dnia zadowolą fana muzyki elektronicznej każdej maści. Oddalony o niecałe 60 kilometrów Frankfurt to przecież drugie najważniejsze miasto w niemieckiej kulturze Techno, gdzie usytuowane są  jedne z najlepszych klubów na świecie. Fani Items & Things zgromadzili się w malutkim Robert Johnson – nie bez powodu jest on wymieniany jako najlepsze miejsce do grania przez artystów pokroju Villalobosa, o panującej tam atmosferze i wibracji krążą legendy. Intymna alternatywa dla pełnego przepychu Cocoona – rygorystyczna selekcja może odpychać, jeśli jednak już znajdziemy się w środku, o wyjściu przed 10 rano dnia następnego możemy zapomnieć. Piątkowa noc w Cocoon to tradycyjnie kilku-godzinny set Svena, któremu towarzyszyli Gaiser oraz Daniel Stefanik. Młodzi, modni i bogaci – tak wygląda klientela w świątyni Svena, w naszym odczuciu miejsce idealne do jednorazowej wizyty. Poza wszechobecnym plastikiem, w kilku kategoriach Cocoon nie ma sobie równych – nagłośnienie, tancerki oraz słynna schładzająca para – warto to zobaczyć i usłyszeć na żywo. Podziemia Frankfurtu, czyli jeden z najcięższych klubów świata U60311 oferował noc z bezkompromisową muzyka wytwórni USB wraz z after-party do późnego popołudnia ze Svenem Wittekindem – tylko dla twardzieli. Najlepszą ofertę złożył nam jednak coraz bardziej popularny CLR z kapitanem Liebingiem na czele. Ich showcase zobaczyć i usłyszeć mogliśmy w klubie należącym do Cosmopop, organizatorów Time Warp – Loft Club. Podobnie jak rok temu wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że słowo „before” to określenie nietaktowne w stosunku do tego, co działo się podczas tej nocy z tym kolektywem. Ciężko było się po czymś takim pozbierać, jednak najlepsze czekało za parę godzin…
fot. Moritz Vogt
Międzynarodowe oblicze Time Warp to fenomen na skale światową – obcując z festiwalami w różnych krajach, nie spotkaliśmy się nigdy wcześniej z taką skalą najazdu fanów z zagranicy, jesteśmy pewni, że pod tym względem niemiecka edycja Time Warp to absolutna czołówka na świecie. Mnogość flag, zwłaszcza tych włoskich i hiszpańskich dodatkowo akcentuje świadomość, iż uczestniczymy w wydarzeniu uniwersalnym, gdzie podziały językowe i rasowe schodzą na drugi plan – najważniejsza jest tutaj wspólna zabawa, hedonistyczne podejście do sprawy kilkunastu tysięcy ludzi z całego świata to widok, który ujrzeć możemy wyłącznie w Maimarkthalle.
Skompletowany skład to standardowa przesada ze strony Cosmopop, takiego przepychu wybitnych postaci sceny stricte technicznej nie ujrzymy prawdopodobnie nigdzie indziej w Europie. Średnio po siedmiu artystów na każdej z sześciu scen – szczere wyrazy współczucia dla eklektycznych fanów, którzy na dobrą sprawę musieli być zmuszeni do wyboru małego procentu spośród ogromnej całości.
Przemieszczanie się pomiędzy floorami wśród dzikiego, napierającego tłumu nie należy tam do najłatwiejszych – zwłaszcza, że sceny są od siebie znacząco oddalone. Nie ma rady – trzeba postawić na wysłuchanie pełnych setów, jeśli chce się usłyszeć cokolwiek. Zgodnie z tą myślą pierwsze siedem godzin spędziliśmy na pierwszym floorze, zdominowanej w głównej mierze przez dj’i związanych z muzyką Techno.
fot. Moritz Vogt
Zanim jednak o nich, grzechem byłoby nie wspomnienie o scenografii, dekoracjach i usytuowanej scenie – dwa pierwsze floory w tej kwestii to coś, czego jeszcze nasze oczy nie widziały. Pierwsze scena skonstruowana była z ogromnych, multimedialnych puzzli, której elementy obfitowały w bogaty wachlarz kolorów, co jakiś czas przeistaczając się w ekrany, które z bliska podglądały techniczne popisy grających artystów. Rzecz zapierająca dech w piersi, nie zdziwilibyśmy się, gdyby fascynacje ekipy odpowiedzialnej za konstrukcje scen na Time Warp sięgały filmów science-fiction lub książek Stanisława Lema. Poprzeczka postawiona przez Cosmopop jest w tej chwili nie osiągalna przez innych, to oni wyznaczają obecnie standardy, w końcu to ich rozwiązania technologiczne sprawiają, że obcujemy z czymś nie wyobrażalnym przez zwykłego człowieka. Ciężko nazwać to dodatkiem do muzyki, jednak to ona odgrywa na Time Warp pierwszorzędną rolę.
Wystartowaliśmy z live-actem Hobo, lansowany przez Richiego na nową gwiazdę Minusa wraz ze swoim najnowszym materiałem skutecznie rozruszał głodną na pierwsze muzyczne uniesienia publiką. Paul Ritch już w zeszłym roku, podczas holenderskiej edycji Time Warp udowodnił, że jego miejsce w szeregu najlepszych nie jest przypadkiem. House’owe wibracje z technicznym zacięciem to znak rozpoznawczy Francuza, który skutecznie rozgrzał do czerwoności zapełniający się parkiet. Oba występy można uznać za doskonałą introdukcją, przed ciężkostrawnymi dźwiękami rezydentów Berlińskiego klubu Berghain. Jako pierwszy zaprezentował nam się Marcel Dettmann, który w przeciwieństwie do poprzedników bardziej napawał trwogą niż zachętą do pląsów. Bardziej dźwięczny set, nieco mniej ponury niż ten Marcela przypadł kolejnemu graczowi Ostgut Ton. Ben Klock z każdym kolejnym setem, jaki słyszę z jego rąk udowadnia, że w dziedzinie selekcji nie ma sobie równych. Oba występy były przerażające, piękne, świetne – nie każdego ta muzyka porwie, jednak publika na tej scenie doskonale wiedziała, czego chce, i dostawała to z nawiązką.
fot. Moritz Vogt
Minimalistyczne intro przy stonowanym oświetleniu oraz odrębnych wizualizacjach mówiły wszystko – zaraz za sterami pokazać miała jedna z największych gwiazd dzisiejszego Techno, Chris Liebing. Po raz pierwszy na tak wielką skalę mogliśmy zobaczyć Liebinga z własnymi autonomicznymi wizualami – takim urozmaiceniem pochwalić się może kilku artystów na świecie, to namacalny dowód na to, że Chris jest obecnie w ścisłej czołówce największych postaci muzyki elektronicznej. Hipnotyzujące obrazki, światła podkręcone do maksimum, wypełniony po brzegi dziki tłum, bas przeszywający ciało, kobiety bez biustonoszy – to były najintensywniejsze dwie godziny na Time Warp, ciężko było uwierzyć w to, co się widzi i słyszy.
Po masakrze, jakiej dokonał Liebing udaliśmy się złapać oddech na Sven Vatha, którego nie można przegapić, zwłaszcza w Mannheim. Jego sety to obecnie wypadkowa muzyki House i Techno, tutaj króluje specyficzny, szalony i seksowny groove – nie było osoby, której Sven nie porwał, tańczyli dosłownie wszyscy. Słowa nie opiszą, co wydarzyło się podczas upamiętnienia śmierci Whitney Houston i zagranym przez niego „I wanna dance with somebody” – ludzie kompletnie oszaleli. Na pierwszą scenę wróciliśmy jeszcze na chwilę, aby zobaczyć w akcji Adama Beyera. Szwed od zawsze kojarzony z charakterystycznym dla Drumcode Techno, ostatnio romansujący z Cocoon, zjednał na parkiecie fanów obu wytwórni – ciężko znaleźć obecnie artystę z podobnymi upodobaniami, na Time Warp zachwycił, grając rzeczy niesłyszane przez nas nigdy wcześniej.
fot. Kidkutsmedia
Wraz ze wschodem słońca konieczna jest wizyta w szklanej kuli, od lat należąca do Karotte i Laurenta Garniera. To tutaj przeżyliśmy najpiękniejsze chwile podczas trwania całego festiwalu – atmosfera, jaka panowała w nasłonecznionym „akwarium” to coś, czego nie doświadczy się w żadnym innym miejscu na świecie. „It’s about love” – słowa wypowiadane przez monsieur Garniera mówią wszystko, uśmiech nie schodził z twarzy nikomu, a Karotte w stanie bardzo wątpliwym swoją zabawą prowokował nas o to samo – tak też się stało, ludzie robili dosłownie wszystko, na co mieli ochotę, z klęczącym Hiszpanem odmawiającym modły do niebios włącznie. Tak pozytywnych wibracji nie doświadczyłem nigdy wcześniej, każdy z nas przekonał się, o co w tym wszystkim chodzi – dla takich chwil warto żyć. Time Warp pożegnaliśmy z Richiem Hawtinem, grającym o wiele lżej niż nas ostatnimi czasy przyzwyczaił – nikt jednak nie narzekał, pełna hala ostatnimi siłami oddała mu się całkowicie. Na koniec jeszcze zaproszenie na after-party do klubu Zimmer (jeśli komuś było mało, czekał tam 8 godzinny back2back Marco Caroli z Sethem Troxlerem) oraz zapowiedź angielskiej odsłony Time Warp już w tym roku. Bajka się skończyła.
Uśmiechnięci, skrajnie zmęczeni, w uszach słysząc jeszcze narkotyczny „Who’s afraid of Detroit” opuściliśmy Maimarkthalle. Przetrwaliśmy, choć było ciężko. Muzyczny maraton w Mannheim to magnez dla każdego, kto choć raz postawił tam stopę. Niemiecka edycja uzależnia, z roku na rok stając się coraz lepsza. Nie mamy wyjścia – festiwalowy sezon 2013 ponownie zaczniemy w tym miejscu. Be there to feel it!
Tekst: Paweł 'Chałup’ Chałupa
Foto główne: Moritz Vogt








Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →