Muno.pl Podcast 55 – Eltron John

8 216
Podcast
Muno.pl Podcast 55 – Eltron John

Dwie piątki należą się djowi i producentowi ukrywającemu się pod pseudonimem Eltron John. Pierwsza piątka za umiejętności djskie, które pobrzmiewają w przygotowanym przez niego podcaście. Druga piątka za podejście do muzyki i tworzenia, o którym dowiecie się z wywiadu.

Tak się przyjęło, że na występy Eltrona Johna czeka się z wypiekami na twarzy. Obojętnie czy pojawia się na festiwalu czy gra w lokalnym klubie zawsze wzbudza ten sam entuzjazm wśród publiczności. Ponadprzeciętne umiejętności djskie oraz oryginalny dobór utworów pozwoliły mu zdobyć serca klubowiczów od morza do Tatr i pokazały, że wbrew powszechnej opinii nie każdy może zostać djem…
Oprócz działalności djskiej Eltron John prowadzi działalność producencką, która również zasługuje na uwagę. Jego produkcje ukazały się nakładem takich polskich wytwórni, jak Pets Recordings, U Know Me czy Koh-I-Noor Records. Potencjał w młodym producencie zauważyli organizatorzy Red Bull Music Acadamy zapraszając go do udziału w warsztatach w Barcelonie. Trzecia i ostatnia to rola prowadzącego audycji Ktoś Cię Kocha na falach Radiofonii.
Zachęcamy do przeczytania wywiadu z artystą oraz przesłuchania Muno.pl podcast mixed by Eltron John.


POSŁUCHAJ:


Muno Podcast 55 – Eltron John by muno.fm

WYWIAD: ELTRON JOHN (Kraków)

Przypuszczam, że jesteś jedynym polskim artystą, który zagrał chyba na wszystkich naszych letnich festiwalach. Jak oceniasz sezon 2012 i czy możesz opowiedzieć nam o najbardziej szczególnych dla ciebie momentach?
To niezupełnie tak – w rzeczywistości grałem jedynie na kilku festiwalach. Z najpopularniejszych opuściłem Off w Katowicach, nigdy nie byłem też na Przystanku Woodstock. A przecież oprócz tego w Polsce odbywa się bardzo wiele innych festiwali: reggae, folkowych, jazzowych etc. Do tego mamy festiwale filmowe, teatralne, festiwale tańca; wszędzie tam również obecna jest muzyka i dzieje się wiele ciekawego. Nie ulegam więc złudzeniu – i nie chciałbym, aby ktokolwiek inny ulegał – jakobym “był wszędzie, widział wszystko”.
Jeśli zaś chodzi o wydarzenia, w których rzeczywiście uczestniczyłem, to naprawdę dobrą atmosferę miała w tym roku Nowa Muzyka. Nowe, otoczone lasem miejsce – cóż, że tymczasowe,  licznie zgromadzeni przyjaciele i znajomi, smaczny lineup i – wszystko to razem złożyło się na udany wyjazd. Do tego mający grać po mnie XXYYXX… zaspał i w związku z tym musiałem zagrać dwa razy dłużej, niż było to przewidziane. Nie ubolewałem nad tym bynajmniej, bo przyjęcie miałem świetne, za co wszystkim licznie zgromadzonym w namiocie RBMA serdecznie dziękuję, a ponieważ pochodzę raczej ze starej szkoły grania, to godzinny set niekiedy nie wystarcza mi nawet na rozgrzewkę. Do tego trzeba wspomnieć nasz kochany krakowski Unsound, w tym roku jak zawsze rewelacyjny, choć raczej trudno go zaliczyć w poczet letnich festiwali. Zresztą – to temat na oddzielne wypracowanie.
Z pewnością byłeś również świadkiem wielu świetnych występów równie świetnych artystów. Jakiś szczególny set zapadł ci w pamięci? Niekoniecznie w Polsce…
Nie do pobicia był długo wyczekiwany set Theo Parrisha na Unsoundzie, prawdziwą klasę pokazali też Juju & Jordash, nie zawiedli Beautiful Swimmers i Hieroglyphic Being. Na Tauronie setnie wybawiłem się z Michelem Meyerem czy Matiasem Aguayo. Jednak największym objawieniem był dla mnie włoski zespół Esperanza, w przepiękny sposób łączący “żywe” granie gitary, perkusji  z elektroniką, jednak bez cienia nachalności brzmień z pogranicza indie, czy innych edbangerowych szarpidrutów. To subtelna i jednocześnie pełna mocy muzyka, tak śródziemnomorska, jak to tylko możliwe, przywołująca echa krautrocka, muzyki psychodelicznej, filmowej, czy nawet eksperymentalnego folku. A dzięki ogromnej sprawności instrumentalnej zespołu na żywo brzmi to wszystko po prostu porywająco. Od pierwszych minut koncertu wiedziałem, że koniecznie trzeba ich ściągnąć do Polski i wszystko wskazuje na to, że niebawem rzeczywiście nas odwiedzą. Miejcie oczy i uszy szeroko otwarte.
Możesz opowiedzieć nam o płytach, które nigdy nie opuszczają twojej djskiej torby?
Jest sporo nagrań, z którymi czuję się emocjonalnie związany, i które wyznaczają niejako trzon mojego stylu. Musi tu występować jednak pewna rotacja, bo jest tego tyle, że gdybym zawsze zabierał je ze sobą, to musiałbym grać cały czas to samo 🙂 Są jednak takie płyty, z którymi rzeczywiście rzadko się rozstaję, na przykład Gemini – Le Fusion; niezwykła płyta z połowy lat dziewięćdziesiątych, łącząca jazz i house w sposób jakiego ani wcześniej ani później chyba nie słyszałem. Muszę tu wymienić również K.I.D. – Hupendi Muziki Wangu?!/It’s Hot, płytę disco, która nigdy mnie nie zawiodła i która od ponad trzydziestu lat nie straciła nic ze swojej mocy i świeżości.
Kiedy postanowiłeś spróbować swoich sił w produkcji muzyki i po jakim czasie zdecydowałeś się publikować swoją muzykę?
Produkcją muzyki zainteresowałem się na początku studiów, kiedy ze względu na odległość zawiesiliśmy działalność naszego zespołu Act Of Intellect. Zacząłem się wtedy bardziej interesować automatami perkusyjnymi, samplerami, syntezatorami. Muzyką, która wtedy szczególnie mnie fascynowała był dub i w tym też kierunku podążały moje eksperymenty. Zresztą muzyka ta ma na mnie ogromny wpływ po dziś dzień. Jednak czas na podzielenie się moją radosną twórczością ze światem przyszedł znacznie później – pierwszą płytę na Koh-I-Noor  wydałem dopiero w 2010 roku, wcześniej jeden mój utwór znalazł się na składance Laif’u.
Jaka była najlepsza rada, jaką usłyszałeś będąc jeszcze młodym i początkującym producentem?
Nadal jestem młodym i początkującym producentem, a rada jaką dostałem – od Maxa Skiby – była taka, żeby nie przeładowywać produkcji zbyt dużą ilością elementów. Do tej pory chyba nie umiem się do niej zastosować 🙂
Twoim zdaniem zaczynając działalność producencką powinno się mieć w głowie jasną definicję siebie jako artysty?
Chyba niekoniecznie – początkowe wyobrażenia, jakie ma się o sobie i o muzycznej rzeczywistości, w której się egzystuje i tworzy, powinny jednak ulegać zmianie, dojrzewać. Natomiast dobrze jest mieć jakieś pojęcie o tym, co się na danym etapie robi. Nie mam tu ma myśli stylów, czy gatunków muzycznych, ale raczej uczucia, intuicje dotyczące tego, co i w jaki sposób chcielibyśmy przekazać.
Nie ukrywam, że uwielbiam kawałek „Not In Your Hand”. Czy możesz zdradzić nam historię tej produkcji oraz to w jaki sposób znalazła się na kompilacji Pets Recordings?
Numer ten, jak to często u mnie bywa, wyewoluował ze szkicu, który brzmiał zupełnie inaczej. Na pewnym etapie pracy uchwyciłem główny motyw ostatecznej wersji, któremu podporządkowałem całą resztę dużo przy tym usuwając. Chciałem, żeby był to utwór r’n’b “po mojemu”, jednocześnie “leśny”, odjechany i na swój sposób, jak to mówią, seksi… Numer był już właściwie gotowy, ale ja jeszcze dość długo szukałem czegoś, co da mu iskrę życia – tą iskrą okazało się pianino pojawiające się w breakdownach. Podobna sytuacja zdarza mi się bardzo często – w utworze brakuje mi czegoś, bez czego nie jestem w stanie uznać go za skończony, ale niełatwo mi to coś znaleźć. Na szczęście samo z czasem przychodzi.
Jeśli zaś chodzi o kompilację, to sprawa jest dość prosta. Chłopaki z Catz’n’Dogz od jakiegoś już czasu chcieli wydać coś mojego. Akurat w tamtym okresie przygotowywali kompilację, wysłałem im jeden utwór, który nie do końca ich przekonał, wysłałem więc inny, nad którym właśnie zakończyłem pracę – „Not In Your Hand” – spodobał im się, więc znalazł się na kompilacji. Ot, i cała historia.
Z kolei utwór „I knew” doczekał się klipu…
Tak, autorem filmu jest mój przyjaciel Iwo Swiłło. To była dość zabawna sytuacja, ponieważ plan znałem tylko w zarysie, nie uczestniczyłem też w zdjęciach ze względu na jakieś wyjazdy, także klip zobaczyłem dopiero, kiedy był już gotowy. Na szczęście bardzo mi się spodobał. Mam nadzieję, że innym również.
Do tej pory twoje produkcje ukazywały się głównie nakładem polskich labeli. Nie kusi cię aby wysyłać demówki do zagranicznych wytwórni, jak robi to większość polskich producentów?
Tu nie o pokusę chodzi, bo tak się składa, że miałem i mam kilka propozycji  – bardziej lub mniej interesujących – wydawania muzyki za granicą. Z jednej strony uważam jednak, że dobrze jest wspierać rodzime inicjatywy fonograficzne, zwłaszcza, że nie ma ich niestety zbyt wiele. Z drugiej zaś nie jestem ekspresowym producentem i wszystko, co robię, potrzebuje trochę czasu, aby wedle mojej własnej oceny “dojrzeć” na tyle, żebym mógł się pod tym podpisać. Wszystko to razem daje sytuację, w której mam więcej propozycji wydawniczych niż gotowego materiału. Czasem trochę mnie to denerwuje, ale przecież ostatecznie to nie jest wyścig, choć czasem pewnie można odnieść takie wrażenie. Powtarzalnej, skrojonej pod aktualne mody muzyki i tak jest bardzo dużo, wolę więc działać spokojniej, ale po swojemu. Ale na pewno przyjdzie jeszcze czas na wydanie czegoś za granicą.
Jakie masz plany na najbliższy czas?
Napisać w końcu pracę magisterską 🙂 Do tego w drodze jest ciekawie zapowiadająca się płyta dla nowej krajowej wytwórni – S1 Warsaw i kilka innych projektów, których póki co jeszcze nie zdradzę. No i oczywiście niezmiennie od lat cotygodniowe granie do tańca. Z winylu, w pocie czoła, z całego serca.
Czy możesz powiedzieć nam coś o nagranym przez ciebie miksie?
To kilka nieco bardziej surowych numerów spośród tych, które ostatnimi czasy najchętniej grywam.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magda Nowicka Chomsk