„I Wanna Go Bang” – RELACJA AUDIORIVER 2015

10 182
News
„I Wanna Go Bang” – RELACJA AUDIORIVER 2015

Na tegoroczną, 10tą edycję festiwalu Audioriver wysłaliśmy redaktorów, którzy specjalnie dla Was zbierali wrażenia z różnych scen jak i z płockiej ulicy. Na początek przedstawiamy relację najmłodszego odłamu Muno.pl, wiernych fanów undergroundowego techno, elektroniki i Domów Sakralnych.

Powoli dochodzimy do siebie po ostatnim weekendzie w Płocku. Zapraszamy na pierwszą relację Muno.pl z Audioriver Festival 2015.

Sandra „Vadi” i Mariusz „Zariush”, skupili się na muzycznych doznaniach z Wide Stage i Circus Tent, ale spodziewajcie się wkrótce reportaży z innych scen. Swoje spostrzeżenia spisują Paweł Chałupa, Piotr „Alegria” Hauser, a obszerną galerię zaprezentuje Piotr Terebiński.

 

DZIEŃ 1

To nasze piąte z rzędu Audioriver, i nigdy nie wylądowaliśmy wcześniej na terenie imprezy jak o północy. Postanowiliśmy to zmienić i rozpoczęliśmy festiwalowy weekend wraz z otwarciem bram. Znajome twarze na głównej scenie, karuzela, wata cukrowa i sielankowa atmosfera, która była zwyczajną ciszą przed burzą.

Conradq & Juniore

Sandra zarządziła, że wybieramy się na Hercules & Love Affair, bo zrobią na scenie show. Wiedziałem, że to będą „ciepłe hałsy” ale nie do końca zdawałem sobie sprawę na co się zgodziłem. Koncert brzmiał ciekawie, deepowe bassy w chicagowskim stylu schodziły naprawdę nisko, ale od razu było można poznać, że coś się święci – Rouge był ubrany zbyt skromnie jak na występ sceniczny.
Po kilkunastu minutach, ściągnął roboczy kombinezon, rozpuścił włosy i na scenie pojawił się jako kobieta w kwiecistej sukience, z pończochami opinającymi mimo wszystko, męskie nogi. Ludzie dobrze się bawili, atmosfera zrobiła się frywolna, kiczowaty nastrój rozbawił zebranych. Mój wzrok uciekł gdzieś na chwilę, a kiedy powrócił na muzyków, nie zauważyłem tęczowego wokalisty. Okazało się, że leży na scenie i rozdziera sobie pończochy na strzępy… wyciągnąłem telefon i napisałem krótko do Sandry, która robiła zdjęcia pod sceną: „litości, gdzie jesteś?”.

Rouge

Żeby znów poczuć się męsko udaliśmy się na Wide Stage, gdzie trwał live act Post Scriptum. Artysta pod protekcją samego Functiona, od początku kariery ukrywa swoją tożsamość. Byliśmy ciekawi jak będzie wyglądać ale okazało się, że występuje w kominiarce i kapturze. Przypomniało mi się kilka memów z serii „I Don’t Know What I Expected” i tanecznym krokiem ruszyłem w tłum.


Post Scriptum

Zamaskowany artysta mimo wczesnej godziny grał dosyć szybko i nie żałował pulsującego techno. Live act był ok, ale pod koniec występu pojawiły się problemy z dźwiękiem na Wide Stage. Mam wrażenie, że najbardziej niszowa scena festiwalu jest niestety traktowana trochę po macoszemu. Na breakdownach słychać dudnienie z Circus Tent, w pobliżu nie ma strefy gastronomicznej czy toalet. „Scena przy krzaku” po prostu nie dawała rady przy takich petardach jak Karenn czy ALSO, ale o ich występach za chwile. Oprócz drobnych niedociągnięć, dziwiły też dzieci pod sceną. Mroczny Post Scriptum pewnie będzie śnić im się po nocach. Dobrze, że nie były na Herculesie z zespołem.
Płonące na czerwono jelenie rogi wzywały nas niczym znak Batmana, więc przed długo oczekiwanym występem ALSO udaliśmy się na szybką regeneracje do strefy Jagermeister’a. Po powrocie Second Storey i Appleblim byli w trakcie tworzenia swojej magii na odpowiednio podkręconym nagłośnieniu. Czerwono-białe geometryczne wizualizacje idealnie zlały się w dźwiękiem w jedną całość. Absolutny highlight festiwalu, kto nie byl niech żałuje. Jeden z niewielu występów, na których było można usłyszeć innowacyjną muzykę elektroniczną. Wszystko co dobre kiedyś się kończy. Godzina z ALSO zleciała szybko i byliśmy pod tak dużym wrażeniem, że pierwsze bity Kalipo nie zdołały nas zatrzymać na Wide. Udaliśmy się więc do Circus Tent.


ALSO (Second Storey & Appleblim)
Trzeba przyznać, że tegoroczna oprawa wizualna Circusa wyglądała naprawdę imponująco. Ekrany rozstawione na całą szerokość sceny wypełniały pole widzenia. Audion zagrał kwaśnie i gryząco. Obraz znów zlewał się z dźwiękiem, za sprawą wizualizacji kolorowych plam, przypominających rozlaną benzynę. Tłum ludzi raczej falował w trybie „Plastikman„, zamiast „pompować„, jak to zazwyczaj odbywa się w cyrkowym namiocie.
Powoli zaczynało robić się tłoczno, ewidentnie za sprawą zbliżającego się, jak wtedy myśleliśmy, występu wieczoru – Dettmann & Klock. Nie ma nic gorszego na festiwalu, jak udeptanie swojego miejsca na skrzyżowaniu kilku szlaków towarzysko-handlowych. Wieczny tłok i przemieszczające się paczki znajomych potrafią wybić z rytmu.
Na scenie wreszcie pojawili się Dettmann i Klock, których facjaty stały się dla wielu osób synonimem techno, tak jak fasada Berghain, które reprezentują.

Marcel Dettmann & Ben Klock
Chciałem na chwilę odetchnąć, więc udałem się z Sandrą w kierunku wejścia na scenę Circus Tent. Wiedziałem, że moja akredytacja „PRESS” nie upoważnia mnie do wejścia na Backstage, tak jak plakieta „PHOTO” Sandry, ale warto było wypróbować czujność Audioriverowej ochrony, która swoją prezencją raczej nie budziła respektu. Machnąłem niedbale plakietką i ruszyłem krok w krok za Sandrą, ale niestety nie przedostałem się przez FOSĘ. Ochroniarz mimo polskich rys twarzy, był chyba obcokrajowcem ponieważ usłyszałem „Pressa nie wejdzie!”. Tekst zabrzmiał trochę jak „oddawaj fartucha!” i przeszedł do kanonu docinek tego wyjazdu.
Marcel i Ben nie pieścili się z publicznością, po dosłownie kilku sekundach ambientowego startu wystrzelili o kilka bpm szybciej niż poprzedzający ich Audion. Pierwsze 30 minut zapowiadało naprawdę interesującego seta, niestety jak się okazało, kolejne połówki godzin mijały Klockmannom identycznie i na stałym poziomie. Set nie rozwijał żadnej „historii” i można było mieć wrażenie, że zachowują się na scenie trochę nonszalancko i lekceważąco.
Na próżno było też szukać wspominek o występie w Polsce na fanpage’ach artystów, potraktowali chyba Płock jak piknik na skraju drogi. Nieco zawiedzeni udaliśmy się na spoczynek o 7 rano, do naszej przytulnej salki w Domu Parafialnym. W końcu o 10 czekał nas rejs „On Boat” po Wiśle z reprezentacją zaprzyjaźnionego poznańskiego klubu Projekt Lab.

DZIEŃ 2

Godzina snu, prysznic, kawałek kabanosa i łyk ciepłego piwa z wczoraj – w amoku ruszyliśmy na łódkę, słysząc w głowie ciągle nieco głupawy tekst z nowej produkcji Bjarki „I Wanna Go Bang„, którą uroczył nas Dettmann i Klock chwile przed wyjściem. Ten utwór był chyba najczęściej granym numerem podczas festiwalu. „Sometimes i feel like, I wanna go bang… up” mieszało nam się ze śpiewami dobiegającymi z kościoła w oczekiwaniu na taksówkę. Ten sakralny nocleg był nieco ironiczny, ale na warunki nie mogliśmy narzekać. O 10 byliśmy już na łajbie, gdzie panowała typowa ciężka atmosfera afteru. Szatt, Lux Famillar, Topcut, Flyver i Raq starali się ukoić zmelanżowane dusze w trybie „stand by” swoimi setami.
Po całkiem przyjemnym, słonecznym rejsie, udaliśmy się na chwilę na Audioriver Fashion Day by Mustache i piana party na rynku.
Nasz sobotni wieczór zaczynał się dopiero od występu Johna Talabota, bo nie byliśmy w stanie podnieść się z karimat wcześniej jak o 22. John rozkręcał się powoli, z każdym przejściem selekcjonując numery od tych pełnych żywej perkusji do czystej elektroniki.
Niestety znów pojawiły się problemy z dźwiękiem, do tego stopnia, że Talabot zszedł ze sceny na moment w poszukiwaniu kogoś z obsługi. Po około 10 minutach sytuacja została opanowana, niestety niesmak pozostał i większość naszych znajomych zapamiętała tylko, że „na Talabocie buczało„.
Zbliżała się godzina występu legendarnego Underworld. Muzycy zabronili fotografowania ze sceny, więc pozostało nam tylko strzelić kilka ujęć z tłumu.

Underworld

Underworld

Klasyczne kawałki, brzmienie początków muzyki elektronicznej, i aura świętości, która biła ze sceny podczas występu Underworld robiła wrażenie, ale musieliśmy podzielić czas ich koncertu z występem Rodhada.

Rodhad
Rudy z Dystopian zagrał mocno, repetytywnie i z pomysłem. Atmosfera  na jego secie kiedy grał nieśmiertelne „Knights of Jaguar” czy „The Bells” była równie wzniosła kiedy to Underworld wykonali „Two Months Off” czy „Born Slippy„. Naładowani klasykami, zapragnęliśmy czegoś świeżego i nowego, kierunek mógł być tylko jeden – Karenn i Zenker Brothers na Wide Stage.


Rodhad

Techno-hipsterka rozsiadła się wygodnie na karimatach na wzgórku naprzeciwko Wide Stage w oczekiwaniu na Karenn. Po małej przerwie technicznej między występami na scenie pojawił się Blawan w kaszkiecie podkreślającym jego wyspiarskie korzenie wraz z Pariahem.

Karenn
Karenn  zagrali mocno i wciągająco, brzmienie zrobiło się nagle ciepłe i pełne, za sprawą tony hardware’u, który ze sobą przywieźli. Panowie podeszli do tematu bardzo poważnie, ich atencja skupiała się tylko na sprzęcie i wymianie zdań nad następnymi krokami w ich występie. Szkoda, że nie mieli okazji zagrać na Circusie – zdmuchnęli by pewnością namiot z plaży. Wśród niezadowolonych z obrotu sprawy techno-wyjadaczy, którzy nie mogli się z tym pogodzić, popularne było hasło „Solomun w cyrku, Karenn obok krzaczka„.

Po swoim secie, Rodhad wpadł się przywitać

Po jednym z głośniejszych techno duetów ostatnich miesięcy, na scenie pojawił się drugi, niemniej znany. Bracia Zenker pełni wigoru i uśmiechu rozpoczęli swojego winylowego seta przy wschodzie słońca.

Ich oldschoolowe, rolandowe i brudne techno wywołało duchy lat 90-tych. Wymarzona atmosfera na zakończenie sobotniej nocy.

Końcówkę festiwalu na Wide Stage, można by określić cytatem z radiowej Czwórki: „techno, dropy i bolące stopy„. Zadowoleni udaliśmy się w stronę wyjścia, rzucając jeszcze okiem na Circusowe pobojowisko:

DZIEŃ 3

Ostatni dzień festiwalu był już dla nas nie lada wyzwaniem. Niewyspani, wypłukani z magnezu i innych ważnych składników z naszych organizmów wyruszyliśmy zobaczyć jak w tym roku miewa się Audiopole – jedna z najbardziej popularnych nieoficjalnych atrakcji festiwalu. Atmosfera podobna co naOn Boat„. Ludzie na „czuwaniu” regenerowali siły, inni z kolei aż od niej kipieli. Audiopole w tym roku wyniosło się na zupełnie inny poziom, zarówno jeśli chodzi o organizację jak i frekwencję.

Nasz czas w Płocku dobiegał powoli do końca, z żalem udaliśmy się na ostatnie miejsce na naszej liście – niedzielne Audioriver Sun & Day. Przestrzeń parku między ulicami Mostową a Rybaki została idealnie zagospodarowana, główna scena przypominająca amfiteatr oraz bassowa schowana między drzewami prezentowały się po prostu malowniczo.

Na Sun & Day brakowało tylko Black Coffe. Artysta nie zdołał dotrzeć na festiwal. Zadośćuczynieniem był jednak set Damiana Lazarusa, szamana, który potrafi wykrzesać z człowieka resztki sił i endorfin. Lazarus mógłby pokazać wielu gwiazdom festiwalu jak skupić się na miksie czy selekcji. Odpowiedni człowiek na zakończenie festiwalu

Audioriver jest na polskiej scenie już od dekady, realnie wpływając na jej kształt. Organizatorzy co roku proponują nam inne atrakcje, rozwijając idee festiwalu na bardziej przystępną słuchaczowi, który jest na początku swojej drogi do najdalszych zakątków muzyki elektronicznej. Miejmy nadzieje, że przyszłe edycje będą zorganizowane z równym rozmachem, i że włodarze imprezy pozwolą wyjść „światu niezależnemu” z najmniejszej sceny na te bardziej oblegane.

Z zakwasem w łydkach, uśmiechem na twarzy i głową pełną wspomnień, wypatrujemy wieści o kolejnej edycji Audioriver.



Tekst: Mariusz „Zariush” Zych (Muno.pl/TTK Collective)
Foto: Sandra „Vadi” Biegun (TTK Collective)