’What happens in Sziget stays in Sziget’ – RELACJA + AFTERMOVIE

Relacja

Organizatorzy niesamowitego węgierskiego festiwalu Sziget ogłosili pierwszych artystów przyszłorocznej edycji. To dobry moment, by przypomnieć sobie co działo się tam w tym roku.

Święta coraz bliżej. Ale że dzień w dzień budzi mnie deszcz za oknem, uciekam od tej szarości we wspomnienie lata. Chociaż akurat wtedy w Budapeszcie też padało. Ulewa na dzień dobry. Trzeba mieć pecha, żeby w sierpniu trafić na taką pogodę, do tej pory zawsze miałem słońce. Ale nie ma co marudzić, trzeba korzystać z tego co jest, bo wyspa pojawia się tylko raz w roku. Potem możesz zwiedzać to piękne, zaskakujące miasto, ale już jej nie zobaczysz. A właściwie zobaczysz – pustą, bezludną i będziesz zachodził w głowę, gdzie podziała się ta moc kolorów i dźwięków, które widziałeś na zdjęciach i filmikach. To była taka współczesna wersja mitycznej wyspy szczęścia. Sziget, Wyspa Wolności.

Very cheap festival, very cheap

Na co dzień to miejsce jest znane jako Obudai Sziget, czyli po prostu wyspa Obuda. W porównaniu z sąsiednią Wyspą Małgorzaty, nie tak interesująca. Zwykły park, jakieś drzewa i krzaki. Gniazduje tu kilka gatunków ptaków, a wśród owadów możemy spotkać szereg kózkowatych, między innymi wonnicę piżmówkę. Tak przynajmniej mówi Wikipedia. Ja nie spotkałem. Albo nie byłem tego świadom. Przez ten jeden tydzień w sierpniu wyspa zamienia się w małe miasto. Nieskończoność, która oddziela wtedy jego mieszkańców od rzeczywistości, w tej rzeczywistości liczy niecałe 100 metrów. Dokładnie 98, bo taka jest długość mostu łączącego wyspę z Budą, lewobrzeżną częścią Budapesztu. Chociaż w zasadzie Sziget nie kończy się na wyspie, bo nawet po przejściu na drugą stronę mostu, wciąż jesteśmy jakby na festiwalu. Trawniki wzdłuż drogi prowadzącej do pobliskiego hipermarketu są stale okupowane przez zmęczonych imprezą. Siedzą, leżą, piją, śmieją się. Im bliżej sklepu, tym gęściej, bo przez bramki na moście nie wolno wnosić alkoholu (tak przynajmniej stanowi regulamin), więc ci, którym nie chce się go szmuglować, alkoholizują się zawczasu.
Wspomniany market oddaje też inne nieocenione usługi. Niektórzy przyjeżdżają tu z parą gaci na zmianę i kupują wszystko na miejscu. W tym roku był nawet moment, że w magazynie zabrakło rzeczy podstawowej – namiotów. Na szczęście szybko rzucili je z powrotem i szybko rzucili się na nie ludzie, tak jak na śpiwory, namioty, karimaty, koce, hamaki, krzesła, stoliki, a nawet rośliny doniczkowe. W końcu każdy chce mieszkać w ładnej okolicy, nawet jeśli tylko przez tydzień na campingu. Być może uznacie takie krótkoterminowe inwestycje za bezsensowną rozrzutność. To oznacza, że jeszcze nie wiecie, jaka jest jedna z przyczyn  wielkiej popularności tego festiwalu. Otóż Węgry są dosyć tanie. Cena 7-dniowego karnetu z możliwością rozbicia się gdzie popadnie zaczyna się od ok. 240 euro, ale życie na festiwalu jest relatywnie niedrogie. Przybyszom z całego świata od razu świecą się oczy, kiedy widzą jakim to niskim kosztem można się nawalić. I najeść, bo food trucków czy innych punktów z żarciem jest kilkadziesiąt rozsianych po całej wyspie, więc czasem wyjdziesz z namiotu do kibla, a natknąwszy się na jeden z nich, wrócisz z hamburgerem. O ile będąc na zachodnich imprezach nieraz musiałem odmówić sobie frytek z majonezem, bo po powrocie chciałem sobie kupić za to nowe buty, o tyle z Węgier przywiozłem nadwagę. Polecam imprezy w państwach, gdzie średnia krajowa jest niższa niż u nas. A co dopiero mają powiedzieć Anglicy czy chyba najliczniej reprezentowani tu Holendrzy? Zwykle mówią: very cheap festival, very cheap.

Po czwarte… muzyka?

Podstawą tego festiwalu jest atmosfera totalnej wolności i nieskrępowania. Na pewno nie aż taka, jak np. na Burning Man, niemniej nigdzie nie doświadczyłem większego luzu. Atmosferę tworzą ludzie, ale żeby stawili się na miejscu w takiej liczbie, trzeba ich czymś zachęcić. Sposobów jest kilka. Po pierwsze niskie ceny, to już wiemy. Po drugie atrakcje podczas festiwalu. Organizatorzy robią co mogą, żeby jak najbardziej ułatwić swoim gościom bycie young, wild and free, jaki kiedyś śpiewał tu Snoop Dogg. Diabelski młyn, gabinet luster, pokazy trup cyrkowych i grup tanecznych, różnorakie warsztaty i panele dyskusyjne. Dosłownie cała wyspa jest udekorowana niczym fantastyczna kraina czarów. Dlatego niektórzy w ogóle się z niej nie ruszają, a przecież Budapeszt jest taki piękny (lokalizacja w samym sercu europejskiej stolicy to duża zachęta, to po trzecie). Po czwarte… muzyka?
Gdzieś usłyszałem stwierdzenie, że na festiwalach, bądź co bądź muzycznych, pojawia się coraz więcej osób niezainteresowanych muzyką. Tutaj ich odsetek zapewne będzie jeszcze większy, głównie przez wymienione przed chwilą atrakcje. Kiedyś jeszcze w tłumie kolorowej młodzieży wyróżniali się długowłosi faceci w skórach i glanach, ale od kiedy zlikwidowano scenę metalową, publiczność jest raczej jednolita, typowo wakacyjna. Rządzą luźne t-shirty i podkoszulki, szorty, kapelusiki i daszki, ciemne okulary. Taka publiczność wymaga gwiazd, bo duże nazwiska dobrze wyglądają wypisane dużą czcionką na plecach pamiątkowej koszulki. Nawet jeśli na żaden z tych koncertów ostatecznie nie poszedłeś. Na Szigecie gwiazd nie brakuje, chociaż zaskoczenia nigdy nie ma. Jeśli dany zespół jest akurat w trasie, to być może zobaczymy go i u nas w kraju, a bardzo prawdopodobne, że jeszcze tego samego miesiąca na belgijskim Pukkelpopie. Mimo wszystko lista headlinerów wyglądała imponująco – od Muse i Noela Gallaghera, poprzez Się i Rihannę, na takich gościach jak Hardwell kończąc (w mojej osobistej klasyfikacji zajmuje ostatnią pozycję, Holendrzy umieszczają go na czele).


Najgorszy koncert i najlepsze show

Skoro już jesteśmy przy tych słynnych wokalistkach, tego tematu nie mogę pominąć. Jeśli mierzyć ich klasę popularnością, czyli np. lajkami na Facebooku, Rihanna zostawia Się daleko w tle. Natomiast jeśli chcieć ocenić ich występy na żywo… cóż, jest dokładnie odwrotnie. Rihanna przebiła Kavinsky’ego jeśli chodzi o najgorszy występ, jaki widziałem w życiu – kto był na jego popisach na Audio parę lat temu, wie, że to duża sztuka. Na dowód miałem nawet nagrania, w moich oczach bardziej kompromitujące niż sex taśmy celebrytów, ale skasowałem, bo szkoda pamięci w telefonie na takie coś. Wokalistka zaczęła od półgodzinnego ostentacyjnego spóźnienia, co może jej fanom nie robiło różnicy, ale mnie jak najbardziej, bo przez to omijały mnie ciekawsze rzeczy na innych scenach. Na ten koncert przyszedłem jedynie pod wpływem swojej kobiety, tłumacząc się dodatkowo kronikarskim obowiązkiem. Jeśli coś zrobiło na mnie wrażenie, to nieprzebrany tłum. Do dziś żałuję, że nie widziałem Prodigy na Woodstocku, tamta publika musiała być jeszcze bardziej imponująca, ale i tu byłem przytłoczony. Już samo zdjęcie kaptura przez Rihannę wzbudziło euforię, po czym zaczął się pokaz taneczny przy akompaniamencie radiowych hitów z playbacku. Ja zacząłem się wiercić szukając drogi ucieczki, ale w tej ludzkiej masie było to niewykonalne.
Możliwe, że nasza gwiazda po jakimś kwadransie zaczęła śpiewać, ale już tak mnie do siebie zniechęciła, że niespecjalnie zwracałem uwagę. W zasadzie i tak bym nie zwracał. Najbardziej podobał mi się numer, w którym nie brała udziału, bo poszła na zaplecze żeby się napić i wrócić na kolejny przebój, przy którym nawet nie przyłożyła mikrofonu do ust. Pod koniec „koncertu” na scenę zaczęła lecieć piana (ciekawe kto ją toczył), jak gdyby miała zmazać plamę na honorze piosenkarki. Poświęcam temu miernemu show wyjątkowo dużo miejsca, bo wciąż jestem w szoku, że można coś takiego odstawić i jeszcze brać za to grubą kasę. Tym bardziej mnie dziwi, że publiczność bawiła się świetnie i śpiewała wszystkie utwory, w sumie więcej niż sama Rihanna. Ale zostawmy to, nie ma co jej dłużej kopać, zwłaszcza że królową wieczoru i tak był kto inny. MØ pobiła ją na głowę. Na występ duńskiej wokalistki, pomimo dosyć wczesnej pory, było tylu chętnych, że w pewnym momencie przestano ich wpuszczać do namiotu, żeby się nie potratowali. A finałowe Lean on w jej wykonaniu było 100x lepsze niż to, co prezentuje na swoich wixach Major Lazer.
Parę dni później wspomniana wcześniej Sia również została królową, ale nie tylko jednego wieczoru, a całego festiwalu. Przez cały czas trwania jej koncertu miałem potężny mindfuck (myślałem na jakimś ładnym tłumaczeniem, ale po polsku nie brzmi to dobrze). Na ekranie, właściwie na kilku, leciał teledysk na żywo. Przedstawienie o niesamowitej choreografii, które odbywało się na scenie, było w czasie rzeczywistym rzucane na ogromne telebimy. Przynajmniej tak mi się wydawało, bo potem okazało się, że na scenie jedynie odtwarzano to, co widać było na ekranach, a co zostało nagrane wcześniej studiu. No cóż, to było tak dobre, że aż nierealne, nawet trochę mi głupio, że dałem się wkręcić. Mimo wszystko, to było coś naprawdę wyjątkowego. Jedyna wada była taka, że kolejne kawałki wpadały mi jednym uchem i od razu wypadały drugim, bo cały czas patrzyłem w ekran z rozdziawionym otworem gębowym. No i na kolejnym identycznym koncercie mógłbym się nudzić, bo w tym starannie wyreżyserowanym spektaklu nie ma miejsca na spontan, nieprzewidywalność i improwizację. Wszystko jest wycyzelowane, dopracowane do najmniejszego szczegółu – ale dobre, bardzo dobre. Nic dziwnego, że show Australijki zrobił furorę, gdziekolwiek się nie pojawiła, czy wcześniej na Coachelli, czy parę dni później w Krakowie.

Co robi undergroundowiec na koncercie Rihanny?

Czytając opisy tych wielkich popowych spektakli, być może zadajesz sobie pytanie: czy zdeklarowany undergroundowiec ma tam czego szukać? Odpowiedź jest prosta: zdecydowanie tak. Nawet jeśli w poważaniu masz Rihannę, tak jak ja zresztą, wśród headlinerów zawsze jest co najmniej kilku ciekawych artystów, których na pewno nie zobaczysz w lokalnym klubie, a i nie wydasz kupy kasy za ich godzinny występ na miejskim stadionie. Tutaj w pakiecie z gigantami popkultury dostajesz szeroki zestaw interesujących wykonawców, od tych mniej rozpoznawalnych po zupełnie niszowych. Na scenach tematycznych właściwie co występ to nowe odkrycie. Ale nawet jeśli zależy ci li i jedynie na mocnym basie i elektronicznych brzmieniach, to proszę bardzo: Tale Of Us, Mind Against, John Digweed, Max Cooper, Sam Paganini, Butch, &Me, Mendo, Woo York, Jay Lumen, Boddika, Sasha, Sharam, Johannes Heil, Dorisburg, Martinez Brothers. To tegoroczny skład, który codziennie aż do świtu urzędował w zbudowanym z drewnianych palet koloseum. I gdyby cały Sziget miał ograniczyć się tylko do tego miejsca, to i tak byłoby pięknie. A przecież już pierwszego dnia zostałem powitany ze sceny głównej przez The Chemical Brothers, a kolejnego w namiocie czekał na mnie M83. Czego byś nie słuchał, znajdziesz cos dla siebie. Nic dziwnego, skoro lineup zżera połowę budżetu festiwalu.
Co ciekawe, najbardziej żywiołowa zabawa i tak odbywa się na najmniejszych scenach z anonimowymi, lokalnymi grajkami. W zasadzie określenie „scena” nie do końca tu pasuje. Bardziej przypominają beach bary, jest ich kilkanaście, może więcej. Casa Bacardi, Unicum, Zen, wszystkie na polskiej plaży byłyby hitem sezonu. Wypełnione po brzegi, tętniące życiem, z muzyką jako dodatkiem do sprzedawanego na wiadra alkoholu. Eye of the tiger, Sexbomb, nowy Calvin Harris, stary Pitbull, Bon Jovi. Ograne do nieskończoności mydło i powidło, znasz wszystkie numery, choć przecież nie słuchasz takiej muzyki. Ale jaki szał! Być może dlatego, że najlepiej się bawią najbardziej pijani, albo po prostu Macarena rusza każdego, a nowy Moderat już nie. Przemieszczanie się pomiędzy tymi barami przypomina spacer po Mielnie. Wszystko jest tak skondensowane, że trzeba mieć niezłą parę, by wytrzymać tu przez tydzień. Na Audioriver jestem w stanie spać łącznie parę godzin w ciągu weekendu, ale taki tryb życia na Szigecie zakończyłby się wyjazdem w czarnym worku. Muzyka co prawda jest wyłączana o 5 lub o 6 rano, co w teorii skłania do odpoczynku, ale nie zdarzyło się, żebym zasypiał w ciszy. Zawsze towarzyszyły temu śmiechy, krzyki i dudnienie z przenośnych głośników. I tak jak w Prima Aprilis, nie możesz się na to złościć. W końcu przyjechałeś tu na bauns, nie na wczasy. Festiwal totalny. Korzystasz z niego non stop. Jeśli tylko jesteś cyborgiem.

What happens in Sziget stays in Sziget

Ja wracam do namiotu, bo jestem wytrzymały, ale nie aż tak. Niska temperatura (organizatorzy poprzez aplikację rozesłali do wszystkich wiadomość, że noc będzie bardzo zimna) i głębokie kałuże po deszczu męczą dodatkowo. Wpada na mnie postać w stroju prosiaka. Być może pod tą świńską maską ukrywa się prezes twojej korpo, na którego widok od razu stajesz na baczność, albo jakiś nieśmiały student, który na odpięcie wrotek pozwala sobie tylko w przebraniu. Teraz krzyczy: fuck your rules, tak jak krzyczeli wcześniej z tym śmiesznym akcentem Die Antwoord. Ten krzyk odbija się każdemu echem w mniej lub bardziej pustej już teraz głowie. Fuck your rules, pierdolić zasady życia codziennego, tu żyjemy tak, jak chcemy. Możesz pomalować sobie gębę markerem, założyć kask i cieszyć się z tego, że wyglądasz jak górnik, przy okazji domalowując wąsy wszystkim dookoła. Możesz założyć elegancką koszulę, krawat, a za pas wsadzić spryskiwacz do kwiatów i po drodze częstować wszystkich szprycą wody (albo wódy). Przerabiałem jedno i drugie. Możesz pogować pod samą scena na mainie, możesz tańczyć na stole w jakimś barze na peryferiach wyspy, możesz leżeć przy ognisku, wsłuchany w dźwięki gitary. Whatever works. Kiedy akurat wcinasz kawałek pizzy i ktoś podchodzi z prośbą, żeby go poczęstować, nie zastanawiasz się ani chwili. Nawet się nie dziwisz, chociaż normalnie pewnie byś spojrzał jak na wariata. Tu nikt nie pyta po co i dlaczego. To jedna z niewielu okazji, żebyś nie musiał się z niczego tłumaczyć. What happens in Sziget stays in Sziget. Typ na środku parkietu zdejmuje spodnie i tańczy samych w majtkach. No i co z tego? Ekipa w identycznych nieprzemakalnych kombinezonach rozgrywa mecz kulą ze styropianu. Przy każdym uderzeniu odpada kawałek po kawałku, aż wreszcie z braku piłki wszyscy zaczynają tarzać się w błocie.
Tak, po takim tygodniu trudno się wdrożyć na powrót w standardowy tryb życia. Przez pewien czas po powrocie miałem ochotę przybijać przechodniom piątki, hi five, albo przytulać ich, free hugs. Już samo opuszczenie wyspy było dla mnie przykre, naprawdę nie chciałem stamtąd wyjeżdżać, tym bardziej że miał mnie ominąć ostatni dzień imprezy. O ile tzw. end show w wykonaniu Hardwella mógłby mi jedynie okaleczyć uszy i duszę, o tyle końcowe sety w wykonaniu Digweeda i Coopera byłyby pięknym podsumowaniem pięknego festiwalu. Zamiast tego spakowałem się i poszedłem złapać autobus na lotnisko. Było jeszcze wcześnie, ale muzyka dudniła już gdzie tylko się dało. Minąłem imprezę w pianie, która zapewne służyła uczestnikom za poranny prysznic, przyjemne z pożytecznym. Chętnie bym dołączył, ale dalej ciągnąłem swoją walizkę wśród pyłu i kurzu, obok innych zmuszonych do przedwczesnego powrotu, niczym tłum uchodźców (to właśnie uchodźcom zostaną przekazane bezpańskie namioty – ważny gest ze strony organizatorów). Wyspę zostawialiśmy w fatalnym stanie, zdeptaną przez łącznie pół miliona osób i pełną śmieci po nich, ale podobno po festiwalu bardzo szybko odżywa i wbrew pozorom z roku na rok wygląda coraz lepiej. Trudno mi to sobie wyobrazić, ale i samego festiwalu nie byłbym sobie w stanie wyobrazić, gdybym nie widział na własne oczy.
Coraz bliżej święta.  Prezenty jeszcze nie leżą pod choinką, ale wasi bliscy pewnie już kupili co trzeba. Jeśli nie, podpowiedzcie im, że karnet na taki węgierski festiwal byłby strzałem w dziesiątkę. A jeśli już za późno, to prostu sprzedajcie te wszystkie świąteczne krawaty i skarpetki i sami go sobie kupcie. Bilety już w sprzedaży, a Polaków jest tam stanowczo za mało, biorąc pod uwagę jak wielu deklaruje sympatię do bratniego narodu Madziarów. Do tego właśnie pojawiły się pierwsze nazwiska edycji 2017, wśród nich Gus Gus i DJ Shadow.
Sziget Festival 2017
9-16.08.2017, Budapeszt, Węgry
Line-up: Major Lazer, End Show with Dimitri Vegas & Like Mike, Two Door Cinema Club, Tom Odell, Bad Religion, DJ Shadow, Mac Demarco, Vince Staples, W&W, Oliver Heldens, GTA, Kensington, Oh Wonder, GusGus
Tekst: Andrzej Baranowski
Zdjęcia: Rockstar Photographers
Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →