Melt! Festival 2011 – RELACJA MUNO.PL

6 198
Relacja
Melt! Festival 2011 – RELACJA MUNO.PL

Jeden z naszych redaktorów wrócił właśnie z kilkutygodniowego tournee po najciekawszych letnich festiwalach, by podzielić się z Wam swoimi wrażeniami. Pierwsza odsłona relacji dotyczy niemieckiego Melt! Festival!

Nigdy w przeszłości nie przytrafiło mi się, aby wcześniejsze przemyślenia na temat danego festiwalu tak bardzo kontrastowały ze stanem rzeczywistym. Przyznaję się bez bicia, jest mi wstyd – spodziewałem się lekkiego festiwalu z kapelami wśród miłej, sielankowej atmosfery. Nic bardziej mylnego. Melt Festival to najintensywniejsze trzy dni mojego krótkiego życia – w najśmielszych snach nie przypuszczałbym, że cztery godziny od mojego domu odbywa się najlepszy festiwal na świecie. Każdy z nas, ma własny obraz festiwalu idealnego – w połowie lipca został on w moim wypadku zmaterializowany, kładąc na łopatki wszelaką konkurencję. Bardzo ciężko opisywać rzeczy nie do opisania – tak jest właśnie w tym wypadku, zwłaszcza, że Melt to przeżycie niemalże metafizyczne, powodujące trwałą zmianę w postrzeganiu festiwalowych aspektów jak muzyka i jej odbiorcy.

Na teren festiwalu przybyłem dzień wcześniej, aby znaleźć sobie logistycznie jak najlepszą miejscówkę. Czekały w końcu na mnie trzy dni muzyki bez przerwy. Ważne więc było, aby takie przyziemne sprawy jak higiena załatwiane były możliwie jak najszybciej, mogąc cieszyć się istotą sprawy (czyt. muzyką) jak najdłużej.

Niemiecka doskonałość po raz kolejny zrobiła na mnie wielkie wrażenie – schludne, wielkie prysznice, rozbudowana gastronomia w niezłych cenach (chińszczyzna, dania dla jaroszy, Fast Food, całodobowy sklep z alkoholem, o poranku sklepik ze świeżo wyciskanym sokiem i jajecznicą), czy miejsca dla gadzieciarzy. Na festiwal można było wybrać się z pustym plecakiem – na miejscu czekało na nas wszystko, co przydaje się podczas takich wydarzeń. Można było zakupić ciuchy, namioty, materace o krzesełkach nie wspominając.

Hasło ‚We are Melt’ już na pierwszy rzut oka miało swoje uzasadnienie – organizatorzy wyjątkowo zadbali o to, aby poczuć się komfortowo, aby jedynym naszym zmartwieniem było to, czy chcemy ruszyć w kierunku sceny głównej, czy może zostać tam gdzie jesteśmy. Czy biec zobaczyć kolejnego artystę, czy może zostać przy swoim namiocie ze swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Organizacyjna perfekcja. Trudno się jednak dziwić, czternasta edycja brylującego w najrozmaitszych zestawieniach (drugie miejsce wg Resident Advisor wśród lipcowych festiwali, ustępując tylko bezkonkurencyjnemu Burning Man) festiwalu zobowiązuje do takich standardów.

Wrażenia estetyczne na Melt Festival są wyjątkowo nasilone, odzwierciedlają się przede wszystkim w jego lokalizacji i uczestnikach. O tym pierwszym można by napisać książkę, gdyż przyszło mi bawić się w robiącym największe wrażenie miejscu, z jakim dotychczas obcowałem. Po raz pierwszy złapałem się na tym, że zamiast na artystów, bądź kobiety w pobliżu mój wzrok skierowany był… na koparki.

Opuszczona kopalnia odkrywkowa w akompaniamencie z niesamowitą naturą dookoła, nie pozostawiła żadnych wątpliwości – to najmagiczniejsze miejsce na ziemi, do ostatniej chwili na terenie festiwalu ciężko było przyzwyczaić wzrok do tego, co nas otacza. Prawdziwe atrakcje czekały jednak na nas dopiero po zachodzie słońca – kiedy obiekt się rozświetlał, neony i ognie dawały się we znaki każdy z uczestników czuł, że bierze udział w bezprecedensowym wydarzeniu w skali świata.

Wszystkie sceny zachwycały rozmachem i nagłośnieniem, jednak jedna z nich okazała się miejscem, która zrobiła na mnie największe wrażenie spośród wszystkich miejscówek, jakie miałem okazje zwiedzić w życiu. Sleepless floor – scena umiejscowiona poza terenem festiwalowym, aktywna przez całe 3 dni, nie znająca terminu przerwa.

Dla jednych wymarzona afterownia po całonocnych zmaganiach na festiwalu, dla innych główny cel, dla którego przybyli na Melt. Miejsce absolutnie szalone, przypominające opuszczone śmietnisko, z abstrakcyjną papierową scenografią i najdziwniejszą (pozytywnie) publiką, jaką dotąd widziałem. Narkotyczna, pokojowa atmosfera i coś wyjątkowego w powietrzu w fuzji z muzyką Bpitch Control i dźwiękami klubu Robert Johnson to najlepsze, co spotkało mnie podczas festiwalu.

To, co najbardziej wyróżnia Melt z całego groma letnich festiwali to jego uczestnicy. Na około 40.000 przybyłych ludzi, nie zauważyłem ani jednej przypadkowej – widok absolutnie bezcenny. Na nowo odkryłem definicje festiwalowej publiki, która w tym wypadku jest najlepsza na świecie. Każdy przyjaźnie nastawiony, wszyscy chętni do rozmowy i wspólnej celebracji, nie ma mowy o jakiejkolwiek agresji. Największe stężenie indywidualistów na metr kwadratowy jaki widziałem, pomimo muzycznej odrębności wszyscy tworzyli festiwalowy monolit. Obsługa gastronomiczna tańczyła razem z nami, ochroniarze przy wejściu życzyli każdemu udanej zabawy – niby drobnostka, ale to właśnie w szczegółach tkwi siła Melt Festival.

Mało kto w Europie ma podobnie wielkie wyczucie sceny i pojęcie o muzyce – doborem artystów na Melt organizatorzy udowodnili, że sztukę odpowiedniej selekcji opanowali do perfekcji. Połączenie elektronicznych kapel z ostrym electro, deep housowym sound’em i szorstkim techno rodem z Berghain/Panorama Bar – takie rzeczy tylko na Melt’cie. Mnogość wartościowych artystów na Melt mogłaby spokojnie zostać rozdzielona na kilka festiwali – dylematy były wyjątkowo bolesne a time-table wcale nie ułatwiał sprawy.

Na pierwszy ogień założyciel słynnego magazynu ‚Groove’, weteran niemieckiej sceny Dj T. porwał wszystkich przestrzennym brzmieniem znanym z produkcji Get Physical. Fritz Kalkbrenner udowodnił, że talentem w żadnym stopniu nie odbiega od swojego brata, dokładając swój ponadprzeciętny wokal zagrał perfekcyjnego live’a. 

Największa euforia na festiwalu to występ Loco Dice’a, który rozbujał nawet pilnujących bramek ochroniarzy. Robyn swoją energią obezwładniła Melt, ta malutka Szwedka jest po prostu stworzona do tego typu festiwali. Miss Kittin umiejętnie połączyła techno i electro, to jeden z ciekawszych muzycznych występów na Melt.

Paul Kalkbrenner zaczarował na głównej scenie, która idealnie nadaje się do jego muzyki. Carl Craig w duecie z Radio Slave wypadli bardzo słabo, brakowało energii, set jakby pozbawiony basu do nikogo nie przemówił. Gui Boratto i jego etniczne, przeszywające ciało dźwięki świetnie sprawdziły się przy wschodzie słońca, powodując uśmiech na każdym zebranym na jego występie.

Âme i Redshape (tym razem w czarnej masce) ze swoim nowym projektem przenieśli nas w klimat muzyki prosto z Detroit – najbardziej wymagające sety, było pełno dramaturgii i emocji.

Największa bomba czekała jednak w sobotnią noc na Sleepless floor, gdzie prym wiedli artyści spod szyldu Stroboscopic Artefacts. Głębokie, techniczne granie zaprezentował Lucy, znany z niekończących się setów w Berghain. Najlepsze jednak czekało na nas po nim, gdzie zainstalował się nieznany mi wcześniej duet Dadub, odpowiedzialny za mastering kawałków w ww. wytwórni.

Najlepszy live-act jaki słyszałem w życiu, to, co ci panowie robią z techno i dubem przechodzi ludzkie pojęcie. Mroczna atmosfera na tym wyjątkowym floorze, mała, lecz wiedząca po co przybyła publika i ten niesamowity bas – zdecydowany czarny koń festiwalu. Total Confusion przy wschodzie słońca, w aurze otaczającego jeziora i drzew to najmagiczniejsze chwile festiwalu – ludzie dosłownie rozpływali się pod falą uderzeń ciepłych dźwięków tych wyjątkowych artystów.

Ostatniego dnia czekała przysłowiowa wisienka na torcie, czyli główny muzyczny powód, dla którego pojawiłem się na Meltcie. Szlagierowe postaci Ostgut Ton na jednej scenie z Guy Gerberem i Richie Hawtinem – takie sytuacje nie zdarzają się za często. Wraz z pojawieniem się najbardziej betonowej, ponurej i monumentalnej muzyki na Melt Festival przyszła wielka ulewa, która o dziwo pasowało do prezentowanej muzyki.

Marcel Fengler zagrał klimatycznie, Barker&Baumecker eksperymentalnie, Marcel Dettmann acidowo, Ben Klock bardzo mocno – przerażająco piękne występy, tak jak samo Berghain. Guy Gerber i Richie Hawtin dodali do pieca po wybornych setach, oboje przystosowali się do głównych aktorów nocy stawiając na suche dźwięki, w których dominował potężny bas. Bajka się skończyła.

Melt Festival tworzy wokół siebie specyficzną społeczność, własne środowisko, tutaj chodzi głównie o pewna formę ekspresji i ucieczkę od rzeczywistości. Zupełnie nie dziwi mnie coroczny sold-out, drugiego takiego festiwalu po prostu nie ma. Odkryłem na nowo swoją tożsamość muzyczną, nic wcześniej nie zrobiło na mnie większego wrażenia. Kalendarzyk przyszłorocznych festiwali zaczynam od Melt Festival – Wam też polecam 😉


CLR Podcast 128 by Dadub