Friendly Fires wrócili z jedną z najlepszych płyt tego lata

230
Recenzje
Friendly Fires wrócili z jedną z najlepszych płyt tego lata

Osiem lat. Tyle czasu musieliśmy czekać na kolejny album brytyjskiego tria Friendly Fires. Krążek numer trzy w ich dorobku udowadnia, że było warto.

Mamy połowę sierpnia, tegoroczne lato powoli chyli się ku końcowi. Gdybym miał wszystkie jego superlatywy zdefiniować jednym słowem, byłoby to Inflorescent. Friendly Fires nagrali krążek, który jest najlepszą pocztówką z wakacji 2019. Ale od początku.

Muzyka w roku 2008. Indie rock na topie

2008 rok. Hiszpanie wygrywają Euro, Rockstar Games wydaje GTA IV, a w Płocku po raz trzeci odbywa się Audioriver. Trudno uwierzyć, iż od długogrającego debiutu Friendly Fires minęło już 11 lat. Krążek zatytułowany po prostu Friendly Fires szybko wywindował Eda Macfarlane’a, Jacka Savidge’a i Edda Gibsona na szczyty zestawień najbardziej obiecujących zespołów. Już w pierwszych latach od powstania, grupa była nominowana do takich nagród jak Mercury Prize czy Brit Awards.

Nic w tym dziwnego. Wystarczy posłuchać dziś Jump In The Pool czy Paris i pomyśleć, że te kawałki pochodzą sprzed dekady. W zachwytach słuchaczy i dziennikarzy nie było mowy o przypadku. W mgnieniu oka Friendly Fires z kompletnych debiutantów awansowali do tej samej ligi, w której grali już Junior Boys, Hot Chip, Digitalism, Klaxons czy Late of The Pier.

Glastonbury, Coachella i krakowski Selector

Choć korzenie formacji z niewielkiego St Albans leżą w indie rocku, co w Wielkiej Brytanii pierwszej dekady XXI wieku nie było żadnym zaskoczeniem, to Friendly Fires nigdy nie ukrywali swoich fascynacji muzyką disco, French housem czy szeroko pojętym, zazwyczaj skąpanym w słońcu elektropopem. Już na drugim, wydanym w 2011 krążku Pala, gitary niemal całkowicie ustąpiły miejsca syntezatorom.

Sam zespół od początku chętnie współpracował z uznanymi postaciami sceny klubowej. Oficjalne remiksy dla Friendly Fires tworzyli Carl Craig czy Tiga.

Druga płyta grupy spotkała się z dobrym przyjęciem, choć trudno mówić o takim sukcesie, jak w przypadku debiutu. Nie zmienia to faktu, iż zespół z powodzeniem kontynuował światową ekspansję. Brytyjczycy grali koncerty absolutnie wszędzie, od Los Angeles po Sydney. Po drodze wpadali także do Polski, choćby na Selector Festival. Tylko spójrzcie na ten line-up!

Selector Festival 2010

Selector Festival 2010

 

Wszyscy wolą syntezatory

Lata mijały, a indie rock i jego tuzy traciły blask coraz prędzej. Na NME czy Pitchforku częściej lądowały newsy o rozwiązaniu się zespołu, który 10 lat święcił triumfy, niż o jego nowej płycie. Wyblakły również takie nazwy jak Klaxons czy Late of The Pier. Indietronica, jak niezgrabnie nazywano nurt, w którym niektórym indie rockowym formacjom zdarzało się trochę częściej korzystać z elektroniki niż pozostałym, stawała się nieśmiesznym reliktem przeszłości niczym pierwsze, kieszonkowe odtwarzacze mp3 w czasach świetności Sony Ericssonów z serii Walkman. Friendly Fires postanowili ten czas „przezimować”, choć nie było to oczywistą decyzją. Zespół zahibernował się wydawniczo i koncertowo na parę lat z dość trudnych powodów.

Przerwa, czyli nabieranie apetytu

W wywiadzie dla DIYMAG Ed Macfarlane został zapytany o powód tak długiej przerwy. Muzyk odpowiedział, iż był to efekt świadomej decyzji podjętej przez cały zespół. Po początkowym sukcesie, członkowie tria poczuli, że idący za nim intensywny okres nagrywania i koncertowania, odbył się kosztem ich prywatnego życia.

W tym samym wywiadzie Macfarlane dodał, iż jako tekściarz, kompozytor i producent grupy, stracił apetyt do tworzenia nowych rzeczy. By znów go nabrać, potrzebna była przerwa.

2019, czyli Inflorescent

Powrót Friendly Fires, który stopniowo następował od kwietnia 2018 roku, pokazał, iż współcześni słuchacze są spragnieni tego, co chwilę temu odchodziło bez echa do lamusa. Spragnieni bezczelnie tanecznych, pozytywnie naładowanych piosenek opartych o chwytliwe melodie oraz niezobowiązujące teksty. Wszystko to Friendly Fires postanowili dać nam na Inflorescent, trzecim albumie długogrającym w swoim dorobku.

Najważniejsze? Nie przejmować się czasem

Każdy z singli, które pojawiły się przed premierą krążka, skutecznie podgrzewał atmosferę. Friendly Fires nie robią sobie zupełnie nic z tego, iż mamy rok 2019, a największym fontem w line-upach światowych festiwali wypisywani są Travis Scott czy Lil Uzi Vert, a nie Bloc Party. Inflorescent to płyta kompletnie wyrwana z ram czasu. Stare patenty spotykały się z niesamowicie świeżym w swojej chwytliwości brzmieniem. Trudno uwierzyć, iż niemal wszystkie piosenki na tym krążku to autorskie dzieła tria MacfarlaneSavidgeGibson, a nie covery przebojów sprzed lat (choć i takie się tu znalazły).

Odsłuch tylko w wygodnych butach

Do znanych już, doskonale wybranych singli w postaci Silhouettes, Love Like Waves, Heaven Let Me In czy Lack Of Love (cover hitu z 1988 roku autorstwa Charlesa B i Adonisa), Friendly Fires dorzucili nieustępujące im w niczym pozycje. Lekkie i urokliwe jak sobotni poranek bez kaca Kiss & Rewind idealnie wpasuje się w playlistę do wypadu za miasto. Nie mogło zabraknąć parkietowych killerów. Oldschoolowy, nieco surowy Sleeptalking brzmi jak rodem wyjęty z przełomu lat 80. i 90. Zaś naładowany UK garage’ową mocą Almost Midnight aż prosi się o remiks od Disclosure lub Lxury’ego. French house’owy Offline, gdzie gościnie udzielił się producent Friend Within, mógłby otworzyć letnią imprezę na niejednym tarasie. Zamykający album Run The Wild Flowers to najmocniejszy kandydat na koncertowego pewniaka, w którym muzycy będą mogli dać upust emocjom i pokusić się o rozbudowane aranże.

Wspominając m.in. o Disclosure, warto zwrócić uwagę na nazwiska producentów zaproszonych przez Friendly Fires do współpracy przy trzeciej płycie. Macfarlane i spółka zgromadzili tu prawdziwy dream team. Prócz braci Lawrence w nagraniach na Inflorescent wzięli udział m.in. znany z Simian Mobile Disco James Ford, współpracujący z takimi artystami jak Dua Lipa, Silk City czy Charli XCX Alex Metric oraz Mark Ralph, współautor sukcesów Digitalism, Hot Chip, AlunaGeorge, Years & Years, Clean Bandit czy Rudimental.

Inflorescent to kompilacja kawałków, które w wydaniu na żywo, mogą doprowadzić do szaleństwa. Na swoim najnowszym krążku Friendly Fires nie dali słuchaczom zbyt wiele chwil na wytchnienie. Pamiętajcie zatem, by wybierając się na koncert założyć możliwie najwygodniejsze buty. Zapowiada się sporo skakania.

Warto dodać, że nowy materiał Friendly Fires przypadł do gustów kolejnych producentów i didżejów. Kawałki z Inflorescent wzięli już na swoje warsztaty m.in. DJ Boring czy Jasper James.

Cierpliwość w pełni nagrodzona

Jeśli na taką płytę trzeba było czekać osiem lat, to nie mam nic przeciwko temu, by na kolejny krążek Brytyjczyków czekać kolejnych osiem. Jestem ciekaw, jakie nazwy będą wówczas wypisane największymi literami na festiwalowych plakatach. Dla świata muzyki osiem lat wydaje się być pstryknięciem palców, niewiele znaczącym momentem. Jak się jednak okazuje, przez tak krótki okres zmienić się może ogromnie dużo. Wystarczy porównać wspomniane plakaty z festiwali. Całe szczęście nie zmienia się to, co w muzyce elektropopowej porywa najbardziej – talent do pisania nieznośnie tanecznych melodii. Miejmy nadzieję, iż niezależnie od czasu, Friendly Fires będą nas o tym przekonywać wystarczająco często.