Coma – WYWIAD DLA MUNO.PL

Wywiad

Jedną z gwiazd tegorocznego festiwalu Tauron Nowa Muzyka był niemiecki duet Coma. Ich debiutancki album „In Technicolor” zbiera bardzo pozytywne recenzje, panowie zaś potwierdzają swoje talenty podczas elektryzujących występów na żywo. Udało nam się zamienić kilka słów z muzykami.

Zastanawiamy się, czy ma to coś wspólnego z waszym polskim zespołem o tej samej nazwie. Cały czas czekamy na telefon od kogoś, kto nam powie, że mamy zapłacić odszkodowanie za użycie nazwy „Coma”. Tak, Georg Conrad i Marius Bubat odpowiadają na swoją popularność w Polsce i zaskakują znajomością polskiej muzyki rozrywkowej. Na szczęście, te dwa projekty nie łączy nic oprócz nazwy, która w przypadku Kolończyków wzięła się od pierwszych sylab imion. To była robocza nazwa, ale w pewnym momencie było już za późno, aby ją zmienić – przyznają muzycy.
Rzeczywiście, Coma dość szybko została dostrzeżona na elektronicznej scenie, a ich debiutancka epka z 2008 roku zainteresowała takich artystów, jak Sascha Funke czy Superpitcher. Dostając się pod skrzydła kolońskiej wytwórni Kompakt, duet od czasu do czasu wypuszczał na świat kolejne udane produkcje, aż przyszedł czas na album długogrający. „In Technicolor” ukazał się w kwietniu tego roku i zaskoczył, zarówno wysoką jakością produkcji, jak i nowym, ciekawym brzmieniem.
Obecnie Coma skupia się na promocji krążka i podróżuje po świecie ze swoim livem. Duet wystąpił również na festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach zbierając spore owacje licznie zgromadzonej publiczności.

WYWIAD: COMA (Kolonia)

W zasadzie przełom w waszej karierze nastąpił dość szybko i niespodziewanie. Czy był taki moment w waszym życiu, iż musieliście podjąć decyzję: muzyka albo inna praca?
Georg Conrad: Nie była to w zasadzie decyzja. Po prostu się to stało.
Marius Bubat: Stało się to w zasadzie w tym samym czasie, gdy kończyliśmy uniwersytet. Studiowaliśmy inżynierię dźwięku, mieliśmy własne studio i zajmowaliśmy się muzyką. Był może taki moment, gdy zaczęliśmy nieco więcej koncertować i  oprócz tego wciąż mieliśmy inną pracę, ale z czasem staliśmy się pełnoetatowymi muzykami.
G.C.: Taki moment nastąpił wraz z wydaniem naszej pierwszej epki w 2008 roku. Stało się dla nas oczywiste, że chcemy iść dalej. Było dla nas niesamowitą frajdą to, że mogliśmy wydać coś co sami wyprodukowaliśmy. Ponadto, coraz bardziej zacieśniała się nasza współpraca z Kompaktem i zaczęliśmy wydawać kolejne produkcje. I tak krok po kroku…
Jesteście samoukami?
M.B.: Myślę, że ucząc się gry na instrumentach u nauczycieli, zdobywasz jedynie techniczne umiejętności. Gdy byliśmy młodzi próbowaliśmy gry na różnych instrumentach, gitarze, perkusji i zawsze kierowaliśmy się metodą prób i błędów. W istocie dzięki temu tak naprawdę nauczyliśmy się gry i poznaliśmy dany instrument. Jeśli natomiast chodzi o produkcję, to z pewnością w mieszance tej jest dużo umiejętności, które zdobyliśmy studiując inżynierię dźwięku. W studiu jednak jesteśmy przede wszystkimi muzykami. Posiadamy wprawdzie wiedzę z zakresu dźwięku, ale chodzi nam głównie o to aby tworzyć muzykę.
Jak bardzo wasze muzyczne odkrycia powiązane są z rozwojem brzmienia Comy?
G.C.: Bardzo mocno. Gdy przeprowadziliśmy się do Kolonii byliśmy początkowo bardzo zainspirowani brzmieniem techno tworzonym przez ludzi skupionych wokół Kompaktu oraz tamtejszymi imprezami. Było dla nas to totalnie nowe, ponieważ wywodziliśmy się z zupełnie innego środowiska.
M.B.: Dorastaliśmy w małym mieście i nie wiedzieliśmy, że techno oraz muzyka elektroniczna może być tak ekscytująca. Mieszkając tam znaliśmy jedynie trance oraz super hard techno i wiedzieliśmy, że ten rodzaj muzyki absolutnie nam nie odpowiada. Więc przeprowadzka do Kolonii była nowym doświadczeniem, podobnie jak nasza pierwsza wizyta w klubie.
G.C.: Potem rozwijając brzmienie Comy kierowaliśmy się głównie intuicją. Nie potrafimy powiedzieć co nas dokładnie zaprowadziło do miejsca, w którym się obecnie znajdujemy. Robiliśmy to całkowicie nieświadomie.
Spędzacie dużo czasu na dyskusjach na temat swojej muzyki?
G.C.: Bardziej na walkach…
M.B.: To jest tak. Po jednej stronie stoję ja, jako producent. Po drugiej stronie stoi on, jako muzyk. Georg w studiu skupia się głównie na graniu. Ja powiedzmy, że mam rolę dyrektora artystycznego, który mówi: „może wyrzućmy to”  albo „niech tego będzie mniej, trzymajmy się tego” itp. Oczywiście przy tym bardzo dużo rozmawiamy o tym jak daleko możemy posunąć się z danym brzmieniem czy melodią.
G.C.: Z reguły, choć nie zawsze, jest tak, że ja proponuje kilka rozwiązań, a Marius wybiera jedno z nich.
Jaki jest wasz ulubiony film w technice technikoloru?
M.B.: Haha, to jest bardzo trudne pytanie…
Ok, nie musicie odpowiadać. Domyślacie się jednak, że będziemy rozmawiać na temat waszego albumu. Pracowaliście nad nim aż trzy lata. Jaki był wasz cel i kiedy uznaliście, że go osiągnęliście, a prace nad krążkiem dobiegły końca?
M.B.: Było to bardzo trudne, ponieważ gdy masz własne studio, możesz w nim pracować cały czas, każdego dnia tworzyć nową muzykę i ostatecznie nigdy nie dotrzeć do momentu, w którym powiesz sobie „ok, starczy”.
G.C.: Wiedzieliśmy na pewno, że nie chcemy stworzyć kolejnego techno albumu.
M.B.: Był taki moment, w którym stwierdziliśmy, że brzmienie albumu dostatecznie różni się od brzmienia naszych wcześniejszych wydawnictw. Jest wystarczająco „popowe”. Zanim jednak dotarliśmy do tego punktu, próbowaliśmy wiele rzeczy, które niekoniecznie nam wychodziły zanim zaczęliśmy pracę nad albumem. Wiele wykorzystanych przez nas pomysłów jest naprawdę starych. Był taki moment mniej więcej rok temu, kiedy osiągnęliśmy nasz „cel” i wiedzieliśmy co chcemy zrobić. Było to jednak bardzo trudne. W międzyczasie wydaliśmy szereg epek z utworami, które mogłyby również znaleźć się na albumie, jednak nie chcieliśmy wydawać płyty ze starą muzyką. Chcieliśmy aby wszystko było nowe.
G.C.: Po dwóch latach pracy nad albumem musieliśmy na jakiś czas od niego odpocząć. Pracując nad czymś codziennie w pewnym momencie zaczynasz mieć trudności z oceną, co jest dobre, a co złe. Wtedy postanowiliśmy odejść od tego projektu na kilka miesięcy, odpocząć, nabrać dystansu i zacząć produkować całkiem nowe rzeczy.
Czy jest osoba, której szczególnie chcielibyście podziękować za pomoc przy tworzeniu albumu?
M.B.: Trudno nam wskazać takie osoby, ponieważ współpracowaliśmy z szeregiem artystów i przyjaciół, którym bardzo chcielibyśmy podziękować. Zawsze jednak twierdzimy, że niezwykle cenna była dla nas możliwość współpracy z Michaelem Mayerem. Około dwa lata temu myśleliśmy, że jesteśmy blisko ukończenia albumu i daliśmy go do przesłuchania Michaelowi. Stwierdził jedynie, że musimy więcej i ciężej pracować i oczywiście miał rację.
G.C.: Początkowo czuliśmy się nieco zdołowani, ale szybko zdaliśmy sobie sprawę, że miał on rację, co tylko zmotywowało nas do dalszego działania.
Wyobrażam sobie, że debiutancki album jest pewnego rodzaju punktem zwrotnym w artystycznej drodze. Wiecie już w jakim kierunku chcecie dalej podążać?
M.B.: To bardzo trudne pytanie, ponieważ od czasu wydania albumu nie wyprodukowaliśmy ani jednego nowego kawałka. Skupiamy się na trasie koncertowej. Nie sądzę jednak, aby naszym kolejnym wydawnictwem był znowu album. Być może w przyszłym roku wydamy jedynie epkę. Nie mamy obranego żadnego nowego kierunku, cieszymy się, że skończyliśmy ten projekt. W końcu, haha. We wrześniu wprawdzie wychodzi epka z naszymi remixami, ale nie jest to do końca nasza praca…
Wasze projekty wydają się bardzo kompletne, również od strony wizualnej. Jak bardzo ten aspekt jest dla was istotny?
M.B.: Jest bardzo istotny.
G.C.: W dzisiejszych czasach musisz o tym pamiętać, tak samo jak o mediach społeczniościowych.
M.B.: Wszystko jest bardzo ważne. Również to czy twoja identyfikacja wizualna czy profil pasuje do twojej muzyki. Jest wiele muzyków robiących świetne rzeczy, ale nie przywiązujących do tej kwestii wielkiej uwagi. Kończy się to tym, że są zdołowani, ponieważ nikt ich nie dostrzega… dlatego może czasem warto mieć menagera, który powie ci – musisz zrobić to i to a będziesz rozpoznawalny.
Trzeba przyznać, że wasza okładka robi wrażenie…
G.C.: To był pomysł Siggiego Eggertssona. Poprosiliśmy go o zrobienie okładki i byliśmy niesamowicie szczęśliwi, że się zgodził. Jest bardzo sławny w Islandii…
M.B.:… myślę, że nie tylko w Islandii. Jest on bardzo uznany grafikiem. Mieszka teraz w Berlinie, gdzie go poznaliśmy. Zajęło nam jednak dwa albo trzy tygodnie zanim zdobyliśmy się na to aby do niego zadzwonić.
G.C.: Zbliżała się już wtedy data wydania albumu i musieliśmy się bardzo spieszyć.
M.B.: Na szczęście się zgodził :). Miał katalog z przykładami różnego rodzaju papieru i bardzo chciał wykorzystać ten lśniący. Na początku przeraziły nas koszty produkcji, ale ostatecznie zgodziliśmy się na jego pomysł.
Jakie macie plany na najbliższy czas?
G.C.: We wrześniu i październiku zamierzamy dużo koncertować. Kiedy ukazał się nasz album, pomyśleliśmy, że warto byłoby mieć więcej występów, teraz jednak nasz kalendarz jest zupełnie zapełniony. Okazuje się, że ludzie orientują się dopiero po jakimś czasie, że wydałeś album.
M.B.: Dokładnie. Szczególnie, gdy jest to twój debiutancki album. Jeśli nie jesteś wielką gwiazdą, bardzo trudno zdobyć bookingi i na początku graliśmy kilka występów wiosną, potem przyszedł czas na festiwale. Teraz jednak jesteśmy dosyć zapracowani.
Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Magda Nowicka Chomsk

Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →