Quo vadis, clubbingu?

Felieton

Czy w kulturze klubowej zawsze chodziło po prostu o "najebę do muzy"? Może jednak o coś więcej, skoro zmiany w postrzeganiu clubbingu wzbudzają aż tyle emocji. Zapraszamy na drugą część felietonu "Clubbing, jaki znamy, skończył się".

Po ostatnim felietonie można mi zarzucić, że zbytnio romantyzuję pewne momenty w historii muzyki elektronicznej, szczególnie te których sam nie przeżyłem. W komentarzach pojawiły się głosy, że kultura klubowa od lat w ogóle się nie zmienia, choć niektórzy już dawno wieścili jej śmierć. Padły również stwierdzenia, że nie ma sensu doszukiwać się w życiu nocnym głębszych sensów, bo tu od zawsze chodziło po prostu o “najebę do muzy”. Z jednej strony zgoda, z drugiej jednak, coś musi być na rzeczy skoro clubbing wciąż wywołuje w ludziach tyle emocji, tęsknot, szczęścia i złości. Bo czy “najeba” i “muza” nie są jednymi z najlepszych rzeczy na świecie?

Banda nawciąganych zombie

Niestety, w Polsce muzyka elektroniczna wciąż często uznawana jest za coś prymitywnego, co służy jedynie frenetycznym podrygom. Świadczą o tym chociażby komentarze pod artykułami o wrocławskim festiwalu Wooded. Jedne wyrażały święte oburzenie, że Europejska Stolica Kultury patronuje imprezie z taką bezduszną młócką, inne komentowały stan uczestników nazywając ich “bandą nawciąganych zombie”. O ile internet nie zawsze jest miarodajnym medium opinii, to problemy wielu lokali z sąsiadami, którzy najchętniej komunikują się za pomocą policji, świadczy że “techno” wciąż nie wzbudza zaufania, a hasło impreza kojarzy się jedynie z chlaniem i ćpaniem.
Polska w ogóle ma problem z używkami. Na zagranicznych festiwalach od dawna można spotkać specjalne punkty, gdzie można zasięgnąć informacji na temat konkretnych substancji lub znaleźć pomoc gdy się z nimi przesadziło. Rodzime festiwale jakby nie chciały się przyznać, że ktoś bierze narkotyki. Zażywasz, przegrywasz, Twój problem, ale nie nasza głowa. To podobny schemat jak rządowa walka z dopalaczami, czegoś się zabrania, to ktoś wymyśli coś nowego. Narkotyki są dla ludzi, przemilczanie tych kwestii zamiast sensownej profilaktyki nie przyniesie nic dobrego, jedynie gorzkie poczucie hipokryzji. Nie da się konstruktywnie rozmawiać o klubach i używkach obstając jedynie przy ograniczających perspektywę stereotypach.
Pozostając w temacie letnich wydarzeń, w tym roku na Open’erze będzie można zwiedzić wystawę o techno zatytułowaną “140 uderzeń na minutę”. Została przygotowana przez warszawskie Muzuem Sztuki Nowoczesnej, a pośród wybranych artystów znajdą się między innymi Jacek Sienkiewicz, Jacek Staniszewski, Paweł Althamer czy Marcelo Zammenhoff. Na stronie muzeum czytamy: “Kultura rave/techno była następną po punku w latach 80. subkulturą muzyczną, w którą mocno zaangażowali się artyści wizualni zafascynowani sposobami formułowania się wspólnoty rave w reakcji na neoliberalną atomizację, prywatyzację i hierarchizację społeczeństwa. Ponadto, była to kolejna po hipisowskiej subkultura tak bardzo zainteresowana wizualnością. Obraz był w niej równie ważny, jak taniec i muzyka. Po raz pierwszy impreza taneczna stała się kolejnym równoprawnym medium artystów wizualnych. Galerie zamieniały się w kluby taneczne, a wystawy w imprezy rave.”

Imprezują mocniej, bo nie mają nic do stracenia

W tym kontekście bardzo ciekawe jest to co obecnie dzieje się w Kijowie. CXEMA to cykl imprez w opuszczonych halach i fabrykach. Ich pomysłodawca, Slava Lepsheev, stracił pracę w wyniku wojennego kryzysu i postanowił znaleźć nowy pomysł na swoje życie. Ciężka elektronika okazała się znakomitą odtrutką na marazm codziennego życia w pokaleczonej konfliktem Ukrainie. i-D zrobiło o tym krótki dokument, zatytułowany “Ukraińskie zagłębie rejwu”. Dowiadujemy się z niego, że młodzi ludzie nie mają nic do stracenia, niczego się już nie boją, więc tym chętniej i tym mocniej imprezują. Chcą być razem i tańczyć do samego rana, topiąc zmartwienia i niepokoje w głębokich basach i alkoholu. Tanie sportowe ciuchy z odzysku powodują, że całość wygląda trochę jak rekonstrukcja brytyjskiego “Summer Of Love”. I nawet jeśli lekko pachnie to kiczem czy pastiszem, to energia i entuzjazm są nie mniej prawdziwe i autentyczne jak kiedyś na Wyspach.

Życie nocne inkubatorem zła i przestępczości

Tymczasem w Wielkiej Brytanii nie najlepiej się dzieje. W ciągu ostatnich 10 lat liczba klubów spadła niemal o połowę, zamknięto tak legendarne miejsca jak londyńskie Plastic People czy The Arches w Glasgow. Przyczyn jest co najmniej kilka: skomplikowane regulacje prawne, galopująca gentryfikacja, twarda polityka narkotykowa czy problem z opinią publiczną. To dziwny rodzaj brytyjskiej schizofrenii, bo kraj, który tak wiele zrobił dla rozwoju globalnej kultury klubowej, teraz dusi ją na własnym podwórku. Konserwatywne władze traktują nocne życie jako inkubator zła i przestępczości, czas gdy w ludziach budzą się najgorsze demony. Za powielaniem potocznych opinii na temat klubów i klubowiczów nie stoją dobre intencje i troska o dobro czy zdrowie obywateli, a raczej chłodna kalkulacja ekonomiczna. Figura klubowicza narkomana i awanturnika pojawia się w zasadzie zawsze, gdy trzeba pozbyć się klubu z miejsca, którym zainteresowany jest deweloper. Przykre incydenty są nieuniknione, szczególnie śmierć młodych klubowiczów jest wstrząsającym zdarzeniem, jednak zabieranie klubom z tego powodu licencji jest jak zamykanie banków w obawie przed kradzieżą. Media lubią nagłaśniać tragiczne wypadki, zupełnie pomijając całą sensotwórczą wartość clubbingu, to że ludzie potrzebują spotykać się po zmroku przy głośnej muzyce, by odreagować, nawiązać nowe znajomości, nawet po to, by zrobić coś głupiego.
Opowiada o tym nowy dokument wideo brytyjskiego Vice pod tytułem “Locked Off”. Młode pokolenie promotorów wraca na nielegalne tory i włamuje się do hal, magazynów lub wyjeżdża daleko za miasto bo zrobić własną imprezę. I nie chodzi tu jedynie o smak tego co zakazane, lecz o autorską wizję, o sprzeciw wobec głupich praw, wysokich cen i marudnych sąsiadów. 22-letni Jimmy Whyte z Londynu, specjalista od scoutingu, który wyszukuje i zabezpiecza nowe miejscówki dla innych organizatorów, zwołał nawet specjalny protest w tunelu na Shoreditch. Jego celem było pokazanie ”tym na górze”, że młodym raverom nie chodzi o przemoc, lecz jedynie o przestrzeń dla nieskrępowanego wyrażania siebie.

Turyści oczekują rozrywki, ale nie takiej

Tymczasem jakiś czas temu policja zamknęła Boiler Room w Berlinie. Żeby było śmieszniej, jego patronem było Audi, a wszystko działo się w nowoczesnym showroomie firmy. Niemiecki koncern wie co robi, w dobie spadku zainteresowania motoryzacją trzeba zmienić filozofię promocji i wrzucić do reklamy numer Daniela Averego, a potem zaprosić do siebie BR. Tymczasem inny samochodowy gigant, Mercedes, planuje ogromną inwestycję na terenach bezpośrednio sąsiadujących z Berghain, które samo w sobie jest dzieckiem gentryfikacji. Poprzedzający je Ostgut ustąpił miejsca budowie O2 Arena, która teraz nazywa się Mercedes Benz Arena. News o nowym komercyjnym kompleksie z centrum handlowym, hotelem, kręgielnią i bóg wie czym jeszcze, najbardziej pewnie zjeżył włos na głowie turystom. Co zabawne, inwestycje nazywa się ”nową rozrywkową dzielnicą Berlina”. Chyba jednak nie po taką rozrywkę przyjeżdżają co weekend do stolicy Niemiec tysiące osób.

Quo vadis, clubbingu?

Czytając ostatnio o scenie “northern soul” w Anglii, która miała być prekursorem clubbingu jaki znamy dzisiaj, po raz kolejny natknąłem się na stwierdzenie, “że chodziło wyłącznie o muzykę”. Zawsze chodzi przecież o muzykę, ale jak pokazują powyższe przykłady, kontekst ekonomiczno-polityczny ma duże znaczenie. Trudno dzisiaj mówić, że “techno” jest kontrkulturą, ale samo uczestnictwo w imprezie może mieć charakter polityczny. Najbardziej widać to na przykładzie nowej kijowskiej sceny klubowej, ale wydaje się, że także kultowe berlińskie i londyńskie wciąż stać na mocny polityczny gest. A polskie imprezy? Tylko czekać, aż pojawią się eventy w hołdzie Żołnierzom Wyklętym. Dlatego trzeba nieustannie przypominać o korzeniach kultury klubowej tkwiących w środowiskach mniejszości seksualnych i etnicznych i o jej pluralistycznym i inkluzywny charakterze.
Oglądając ostatnio wideo z wyjazdu ekipy Ekwadoru na Love Parade w 2002 roku, zastanawiałem się, gdzie się podziały czasy, gdy te wielkie, umięśnione byki wesoło świrowały pośród miliona dziwnie poprzebieranych ludzi. I mimo że niektórzy wciąż uważają, że “techno” to “pogański hałas z buszu” lub “dźwiękowy bałagan dla odurzonych”, to jednocząca siła tej muzyki jest nie do przecenienia. W innym klipie portretującym nielegalne uczniowskie imprezy w Los Angeles, jedna z młodocianych osób mówi: “Dancepartners not schoolbooks are what’s important here”.
Tekst: Mateusz Kazula
Fot. główne: Sandra Biegun
Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →