Głośniej proszę, czyli prawo do basu

7 151
Lifestyle

"Problem" hałasu związany z nocnym życiem polskich miast prawdopodobnie powróci wraz z sezonem letnich imprez pod chmurką. O wrocławskim przypadku opowiada na łamach Muno.pl Mateusz Kazula, didżej, promotor i miejski aktywista.

Powoli wyrabiam sobie legitymację do mówienia o hałasie w mieście. Za zeszłoroczne imprezy na wrocławskiej “Barbarce” nałożono na mnie aż 3 grzywny. Nie będę tu wchodził w szczegóły sprawy, choć jej przebieg obfituje w dziwne zbiegi okoliczności i zagadkowe zwroty akcji. Dość powiedzieć, że prawdopodobnie sam się wkopałem przez szczere podejście do tematu i głośne szczekanie na facebooku.
Kary nie są poważne, a prawdziwy konflikt rozgrywa się na osi wyżej, między właścicielami pływającego lokalu a inwestorem z sąsiedztwa. Zaszkodziła mi chyba rozpoznawalność, bo oberwałem jako główny architekt letnich imprez i prowodyr całego zamieszania, podczas gdy za deckami stawałem tylko trzykrotnie. Więc to taki dialog siłowy, pokazowy straszak dla innych didżejów. Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło, bo znalazło się wiele osób które stanęły po mojej stronie i zechciały pomóc.
Parę miesięcy temu napisałem list do Gazety Wyborczej poruszający wątek walki o ciszę w mieście. Wtedy zainspirowała mnie sprawa strzelnicy Śląska Wrocław, której działanie paraliżuje jedna z okolicznych mieszkanek. Strzelnica powstała tam pierwsza, zgodnie z miejscowym planem zagospodarowania przestrzennego i korzystają z niej również zawodnicy kadry narodowej. Potem wydano pozwolenie na budowę domów i teraz kobieta uznała ośrodek sportowy za swój główny życiowy problem i chce im dyktować godziny i warunki treningów. Czy zatem zawiniło bezmyślne planowanie i urzędnicze łapówki, czy chodzi o nadgorliwość samej zainteresowanej?
W tekście odniosłem się też do sprawy Rap Szaletu. Pomysł na pikniki z rapowym graniem z piwem i przekąskami wcale nie upadł, wycofano jedynie pozwolenie na organizacją wydarzenia w doskonałej lokalizacji przy Wzgórzu Polskim. Impreza stała się poniekąd ofiarą własnego sukcesu. To co dla urzędników nie mieściło się w ramach prawnych porządków, było jednak zbudowane oddolnie na wzajemnym zaufaniu i sympatii. Przez parę lat pomimo stale rosnącej liczby uczestników i swobodnego zakrapiania nie doszło do żadnych nieprzyjemnych incydentów. Przeciwnego zdania byli okoliczni mieszkańcy, dla których każde młodzieżowe zbiorowisko, nieistotne że w niedzielne, wiosenno-letnie popołudnia, budziło niepokój i poczucie zagrożenia.
Ostatnio zaproszono mnie na debatę – “Wrocław miasto zabawy, miasto pracy i normalnego życia”. W wąskim gronie złożonym z przedstawicieli warszawskiej “Koalicji: Ciszej, proszę!”, strażników miejskich, inspektorów środowiska oraz mieszkańców przez ponad dwie godziny przerzucaliśmy się swoimi racjami. Goście z Warszawy byli merytorycznie bardzo dobrze przygotowani do rozmowy. Ogląd na sprawę mieli z wielu perspektyw o czym świadczyły przywiezione ulotki, streszczające regulacje prawne i kreatywne rozwiązania podobnych problemów z innych europejskich państwo czy wpływ hałasu na ludzkie zdrowie.
Funkcjonariusze i urzędnicy tryskali wręcz dobrym humorem i pomysłami. Najtrudniej dyskutować z tymi, którzy negatywny stosunek do klubów wynieśli z osobistych doświadczeń. Jedna z osiedlowych radnych podkreślała, że ta kultura ma swoje “drugie nielegalne dno”. Pojawiła się też dwójka osób mieszkających za miastem, dla których prawdziwym wrogiem stały się boiska szkolne.
W tym wszystkim nie chciałem pełnić roli orędownika hałasu. Reprezentowałem siebie, osobę o kilkuletnim didżejskim doświadczeniu z poczuciem obywatelskiego etosu. Z drugiej strony nie czuję jednak specjalnego związku z takimi miejscami jak wrocławski Pasaż Niepolda, który uważam za jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc nad Odrą. Niektórzy na prowadzeniu nocnych biznesów chcą zarobić jak najwięcej. Nie utożsamiam się z komercyjną ostentacją, mimo to uważam, że pieniądz nie śmierdzi. Pytanie na ile może ucierpieć na tym pokojowa koegzystencja z sąsiedztwem oraz ilu właścicieli i menadżerów taką intencję szczerze wyznaje.
Problem z hałasem wydaje się być w Polsce i systemowy i generacyjny. Systemowy bo jesteśmy wciąż krajem na dorobku i na rynku klubowym brakuje pieniędzy, chociażby na inwestycje w dobre nagłośnienie. Nie można się jednak łudzić, że sama jakość sprzętu zapewni od razu lepszą akustyczną izolację. Czasem wystarczy odpowiednio je nastroić, ustawić kierunek i przestrzegać niepisanych norm głośności by nie zatruwać życia innym.
Generacyjny, ponieważ życie nocne jest często traktowane jako rozrywka niska, dość prymitywna radość. “Technoimpreza” budzi raczej ambiwalentne skojarzenia z odreagowaniem i hedonizmem niż z kulturą i sensotwórstwem. Różne portale, cykliczne warsztaty i festiwale walczą z tym wizerunkiem, ale jak na 40 milionowy kraj wciąż jest tego mało. Do Niemców nie ma co się porównywać, ale niektórych może wciąż zaskoczyć, że w Berlinie rząd i senat chciały wspomóc dotacjami Berghain oraz małe i średnie kluby, we Frankfurcie planuje się otworzenie “Muzeum Techno”, a Sven Väth otrzymał od miasta prestiżową odznakę Goethego.
Musiałbym zaprzeczyć swoim własnym mieszczańskim ideałom, by uznawać ”Koalicję: Ciszej, proszę” za swoja nemezis. To bardzo dobrze, że się coraz lepiej organizujemy w różne struktury. W Warszawie powstała analogiczna “Komisja Klubowa”, która ma reprezentować interesy lokali. Stąd płynie też nauka dla innych miast, że należy się zrzeszać i zacząć rozgrywki na poziomie drużynowym.
Inna sprawa, że żyjemy w coraz bardziej zanieczyszczonym środowisku. Powietrze polskich miast jest coraz gorsze, a ogólny syf najlepiej widać na przykładzie chaosu reklamowego.
Z hałasem jest tak, że dość łatwo wskazać jego źródło, więc wojna podjazdowa z klubami jest o tyle łatwiejsza. Dopóki nie ogrodzą nas ekranami akustycznymi jest szansa na porozumienie. Jednak nie da się wykluczyć, że będziemy żyli w coraz większym cywilizacyjnym zgiełku. Trzeba to zrozumieć i zaakceptować.
Trzeba też pamiętać, że miasto to suma interesów, często przeciwstawnych. Tych antagonizmów się z mapy nie wymaże, pozostaje jedynie ufać, że kolejne pokolenia będą potrafiły się lepiej na tej płaszczyźnie dogadać. Mój epizod klubowy mnie wiele w życiu nauczył. Poza tym że się wyszalałem, potrafię współpracować i porozumiewać się w trudniejszych warunkach i bardziej wytężonych stanach. Mam nadzieję, że nie tylko ja wynoszę z tego taki pożytek. Za to może należy się prawo do głośności i basu.

tekst: Mateusz Kazula (Viadrina)