„Grałem, jak ty na chleb mówiłeś bep”. Okej, i co z tego?

3 489
Felieton
„Grałem, jak ty na chleb mówiłeś bep”. Okej, i co z tego?

Istnieje przekonanie, że staż didżejski ma wysoką wartość. Jeśli grasz długo, to możesz patrzeć na innych z góry. Jak to się ma do rzeczywistości?

Poniższy tekst dotyczy głównie polskiej sceny drum’n’bass. Nie znam się za bardzo na house’ach, techno czy innych gatunkach elektroniki. Zakładam, że pewnie wszędzie wygląda to w miarę podobnie. Dlatego, że wszędzie ludzie są podobni, targają nimi te same emocje, w każdym miejscu ktoś odnosi sukcesy, a kogoś innego te sukcesy wkurwiają, co rodzi frustrację, która później jest uwalniana przy różnych okazjach. Przeważnie w social mediach. Tam wszyscy frustraci czują się bezpiecznie. Ukryci za czarnymi lustrami nie muszą mierzyć się z niewygodnymi konsekwencjami rozmowy w realu. I ja robię to samo, publikując ten tekst.

„Szacunek” – tym terminem starzy, sfrustrowani artyści-dje próbują podpompować swoje ego

No bo przecież skoro jestem stary, to należy mi się szacunek. Zastanówmy się więc, co konkretnie ma oznaczać ten szacunek i dlaczego należy się starym djom. Zacznijmy od dobrych stron. Muzyka, szczególnie elektroniczna, to dziedzina sztuki, którą łatwiej się interesować, gdy jest się „dzieciakiem”. Od lat nastu do pewnie dwudziestu paru chłoniemy różne brzmienia jak gąbki. W tym przedziale wiekowym jest największy wysyp djów oraz istnieje największe przekonanie, że muzyka jest „wszystkim”. Cała reszta to dodatki i nieważności. Przechodziłem przez te rozmowy pewnie dziesiątki razy: „Stary, będę w życiu robił tylko muzykę i z niej będę żył”. Nie będziesz. Może będzie to robił 1 na 100, ale to pewnie nie będziesz ty. Sorry.

Zajawka na djkę przechodzi zdecydowanej większości, do trzydziestki odpada pewnie z 95 proc., reszta może pogra jeszcze parę lat i wybierze zwykłą robotę/bombelka/Bieszczady/whatever. Przypominam, że mówię o scenie d’n’b, która jest praktycznie wycięta z chałtur, przy takich house’ach pewnie można trochę dłużej pograć, sprzedając się w klubach z typami w koszulach z kołnierzem. Ale o tzw. „komercji” wspomnę jeszcze za chwilę.

Wróćmy do stażu. Większość djów odpada po paru latach. Zostają faktycznie tylko ci, którym zależy. Więc za to szacunek się należy. Że się chce, że się gra, że się coś tam organizuje. Spoko, szanuję. Problem w tym, że to jeszcze za mało, żeby stawiać siebie na piedestale.

Podziemie. Polska scena d’n’b to podziemie

Brzmi fajnie, prawda? Jesteśmy tacy undergroundowi, gramy dla „prawdziwych”, gardzimy mainstreamem, jebać komercję, itp. Ok. Mam inne słówko. Amatorstwo. Znaczy dokładnie to samo, czysta semantyka. Ale jakoś tak już fajnie nie brzmi, trochę uwierają pejoratywne konotacje, co? Bo amatorstwo kojarzy się z czymś słabo zrobionym. A wcale nie miałem tego na myśli. Przeciwieństwem amatorstwa jest oczywiście zawodowstwo. Więc moja teza/definicja jest bardzo prosta. Nie jesteś djem-amatorem tylko wtedy, gdy zajmujesz się tym fachem zawodowo. Mówiąc inaczej – żyjesz z tego. Djka to twoje główne źródło utrzymania. Wiecie, ilu jest w Polsce djów i producentów żyjących z drum’n’bassu? Pewnie wszystkich dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Mówiąc bardziej wprost – nie ma prawie nikogo.

Wynika to z prostego faktu. Z tej muzyki nie da się żyć w Polsce

Stawki za granie mogą zrobić wrażenie na niedożywionym studencie, ale nie na osobie z rodziną, kredytem i rachunkami za leczenie wątroby. Trzeba robić jeszcze coś innego. Djka naturalnie sama się spycha na margines, to jeden z powodów odpływu djów po przekroczeniu pewnego wieku.

No dobra, ale jaki to ma związek z tematem? Podziemność sceny drum’n’bass, poza całą swoją fajnością, ma też pewien oczywisty, ale mimo to przykry element. Nikłe opcje na rozwój. Nagrasz seta, pograsz w klubach, przeważnie w swoim mieście, czasem na wyjeździe, może zaproszą cię na Audioriver czy inny fest. A może pomądrujesz się na łamach jakiegoś muzycznego portalu. I to jest w zasadzie max, to jest wszystko, co dj może osiągnąć w Polsce. Nie mówię, że to źle. To wszystko jest bardzo fajne (wiem, bo robię to już bardzo długo i cały czas mi się nie znudziło), ale sufit w podziemiu jest zawieszony bardzo nisko. Jeżeli ktoś jest zdeterminowany i utalentowany, to większość z tej checklisty osiągnie w ciągu kilku lat.

I tu właśnie jest dj pogrzebany

Różnica między djem, który jest na podziemnej scenie (czyli takiej, jak np. polski d’n’b) powiedzmy 5 lat, a djem, który jest 1 rok – może być ogromna. Ale już różnica, pomiędzy djem, który jest na tej scenie 20 lat, a takim który jest na niej 5 lat – prawdopodobnie będzie niewielka, ponieważ obydwoje już dotknęli sufitu podziemia. Jeden dawno temu, drugi całkiem niedawno, ale to nie ma już żadnego znaczenia. A w zasadzie działa tylko na niekorzyść tego starszego, ponieważ wszyscy dziadziejemy, przestajemy słuchać nowej muzyki i coraz bardziej zamykamy się w kręgu „brzmień młodości”. Co nie musi być niczym złym, ale czasem wieje z głośników stęchlizną.

Oczywiście ten sufit da się przebić i nie chciałbym być źle zrozumiany, tu nie chodzi o prostackie sprowadzenie tematu do kasy. Chodzi o stworzenie sobie warunków, dzięki którym można całkowicie poświęcić się zawodowo muzyce. W przypadku sceny drum’n’bass w Polsce jest to zadanie absolutnie karkołomne, praktycznie Mission Impossible, tym większy szacunek dla ludzi, którym się to udało. Ale żebym miał podwyższać poziom szacunku do kogoś tylko z powodu stażu, a nie tego, co faktycznie osiągnął? No ja sam wolałbym być jednak rozliczany za swoje muzyczne achievmenty, a nie siwe włosy wystające z brody.


Autor tekstu: Marek Szpak, znany pod pseudonimem Screwball – producent muzyczny oraz dj aktywnie działający na scenie d’n’b od drugiej połowy lat 90. ubiegłego wieku. Poza działalnością solową, tworzy wraz z Filipem Zdrodowskim duet Handra.

Tekst opublikowany w oryginalnej pisowni autora – przypis redakcji.