Lato, którego już nigdy nie będzie. Dekada od zmierzchu chillwave’u

News
Chillwave

Był prawdopodobnie pierwszym gatunkiem, który powstał w dobie ogólnodostępnego internetu, w tym internecie został nazwany, otrzymał tożsamość oraz zdobył popularność. Wszak, zgodnie ze słowami osoby, która nadała mu imię, był to "gatunek stworzony przez internet dla internetu". Co najlepsze, w tym samym internecie zaczął przestawać istnieć i pozostawił po sobie możliwie najpiękniejsze wspomnienia. Mija dekada od zmierzchu jedynego takiego nurtu w historii nie tylko wspomnianego internetu, ale przede wszystkim muzyki, choć nie tylko. Oto chillwave i opowieść o jego niewinnym początku i wspaniałym końcu.

Na ogół gatunki muzyczne nie umierają. Powstają, ewoluują, zyskują popularność, potem ją tracą, wracają po latach, odchodzą od swojej pierwotnej charakterystyki, zmieniają się i tak w kółko. Trudno jednak znaleźć taki nurt, którego przedstawiciele, nawet ci najbardziej zasłużeni – nazywani niekiedy jego ojcami i matkami – idą w kompletnie inną stronę. Osierocona stylistyka powoli odchodzi w niepamięć, a dynamicznie zmieniający się świat szybko znajduje sobie nowych idoli i fascynacje.

Właśnie dlatego ten konkretny nurt, jego krótki, lecz intensywny byt, zasługuje by o nim wspomnieć, tym bardziej, iż mija dekada odkąd jego ojcowie wydali płyty będące szczytowymi osiągnięciami w tej konkretnej stylistyce po czym… od niej odeszli, niekiedy przemycając jedynie pojedyncze elementy do swojej późniejszej twórczości.

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

Teen Daze – Treten

Soundtrack letniej ucieczki

Nienachalny, letni, przyjemniacki anturaż towarzyszący temu gatunkowi wziął się jednak z pobudek bardzo poważnych, by nie powiedzieć smutnych. Z tęsknoty za beztroską i stabilnością. Z eskapizmu przed współczesnym światem, który przez intensywność i zarazem ulotność doświadczeń, a także gwałtowność coraz groźniejszych zmian stał się miejscem nieprzyjaznym i niepewnym.

Gdy nad głowami zaczęły gromadzić się ciemne chmury, ludzie zapragnęli szukać słońca gdzieś indziej. W przeszłości. We wspomnieniach. Te poszukiwania stały się tak regularnym zjawiskiem, że z czasem zyskały konkretne brzmienie, a także zbudowały własną estetykę. I otrzymały nazwę kojarzącą się tak przyjemnie, tak sielsko, jak to tylko możliwe.

To była pierwsza nazwa, którą pamiętam, jaką nadano pachnącej świeżo skoszoną trawą nowej fali muzyki, która pojawiła się znikąd, zanim pojawiła się pozornie wszędzie podczas Deadbeat Summer w 2009 roku. Washed Out, Ducktails, Memory Cassette i Neon Indian — najwyraźniej każdy z aliasów tych artystów mógłby uchodzić za nazwę filtrów w aparacie iPhone’a i byłaby to prawda niczym w reklamie. Wszyscy obracali się w nowym, ale bardzo przestarzałym stylu muzyki elektronicznej o jakości dźwięku trzykrotnie skopiowanej kasety Guided By Voices, ale raczej w dziwnie świetlistej i błyszczącej niż brzydkiej czy szorstkiej oprawie. Często brzmiało to tak, jakby zostało nagrane w zapalonym bongu wodnym, a prawie każdy, kto zetknął się z „glo-fi”, odwoływał się do specyfiki zepsutych nagrań VHS jako punktu porównawczego (w końcu artyści „glo-fi” często używali ich jako materiału źródłowego): przesycony kolor, chwiejny, dezorientujący efekt glitchu (…). Jeśli wszystkie te opisy wydają się teraz banalne, to tylko dlatego, że nikt ich nigdy nie poprawił.

Ian Cohen, Chillwave At 10, Stereogum

Neon Indian – Deadbeat Summer

Chillwave

Pierwsza dekada XXI wieku zrewolucjonizowała muzykę pod kilkoma względami. Powszechna obecność komputerów, a także internetu, sprawiła, że produkcja w warunkach domowych nigdy nie była prostsza. Dostępność narzędzi do tworzenia dźwięków była większa niż kiedykolwiek, a jak dodamy do tego relatywnie niskie ceny instrumentów w stosunku do tego, ile kosztowały w latach 80. czy 90., otrzymamy odpowiedź skąd wzięło się to całe El Dorado i… w jaki sposób narodziły się media społecznościowe.

Będący jeszcze przez chwilę na szczycie MySpace, dochodzący do głosu Facebook, później Last.fm, Bandcamp, Soundcloud, YouTube i wiele innych platform – to wszystko stało się oknem na świat, jakiego muzycy nie mieli nigdy wcześniej. Bez wysyłania demówek do wytwórni i bez płaszczenia się przed lokalnymi rozgłośniami, artyści mogli zamieścić swoją twórczość w sieci i w jednej chwili dotrzeć do globalnej publiczności.

Rewolucja trwała także w mediach – MTV coraz rzadziej puszczała teledyski, a papierowe magazyny zwyczajnie nie nadążały za dynamicznie zmieniającymi się trendami. Zanim popularne tytuły uruchomiły swoje cyfrowe wydania, rozkwitać zaczęło niezależnie, kompletnie amatorskie dziennikarstwo uprawiane za pośrednictwem szeroko rozumianej blogosfery, w tym mikroblogów. Internet i wczesne lata raczkujących mediów społecznościowych sprawiły, że muzyka po raz ostatni wymknęła się spod kontroli zachłannej machiny rynkowej i rządzących nią zasad. Gwiazdą można było stać się w jeden dzień, bez udziału agenta czy wytwórni, oraz bez złotówki wydanej na promocję.

Fot. facebook.com/ChillwaveFeelings

Zanim macki branżowego monstrum oplotły i zaczęły brutalnie wykorzystywać to, co social media dają im kompletnie za darmo – co swoją drogą obserwujemy i dziś, gdy nowe gwiazdy rodzą się nie w zaciszu własnej sypialni, w studiu czy na scenie, lecz na TikToku – mogliśmy poczuć, że muzyka – to jak brzmi i to, co jest w niej aktualnie popularne – jest wyłącznie w naszych rękach lub w rękach blogerów, tastemakerów tamtych czasów, którzy lada chwila będą zmuszeni ustąpić miejsca algorytmom.

Chillwave ’08

Zjawiska w życiu społecznym, gospodarczym czy politycznym, wielokrotnie stawały się impulsem do powstawania nowych ruchów w kulturze, w tym w muzyce. Wystarczy wspomnieć psychodeliczną odwilż, która nastąpiła w USA po II wojnie światowej, a następnie trwała przez lata 60. i 70., będąc wyrazem sprzeciwu wobec działań zbrojnych w Wietnamie, czy punkową woltę, narastającą w trapionej wewnętrznymi napięciami Wielkiej Brytanii.

Jednym z ostatnich tego typu zjawisk, które stawały się zalążkiem nowych inicjatyw w świecie muzyki, zwłaszcza amerykańskiej, wcale nie była wojna. Było to coś, co dla wielu skończyło się podobnie, w tym brakiem pracy czy dachu nad głową.

Small Black – Despicable Dogs

Chillwave. Szukając utraconej beztroski

Będący początkiem światowego kryzysu gospodarczego upadek banku Lehman Brothers sprawił, że wielu młodych ludzi stojących u progu dorosłego życia, zaczęło wątpić w swoją przyszłość. Podważali wszystko to, co chwilę temu wydawało się im oczywistością – wybór studiów, zawodu, zmianę miejsca zamieszkania. Wielu z nich, wobec trudnej sytuacji gospodarczej w kraju, która nierzadko uderzała w całe rodziny, musiało odłożyć osobiste plany na później, a w międzyczasie poszukać ucieczki gdzieś indziej. Powszechna destabilizacja podstawowych dziedzin życia napawała niepewnością przed tym, co może wydarzyć się jutro. Dlatego zamiast tego, co będzie jutro, ważne stało się to, co było wczoraj. A wczoraj było jeszcze sielsko, beztrosko i słonecznie.

W latach 2007-2010 recesja pozbawiła pracy 8,7 miliona osób w Ameryce i kolejne miliony za granicą, uniemożliwiając wielu moim rówieśnikom wyobrażenie sobie życia zarobkowego. Tylko w trakcie samego „lata chillwave’u” General Motors ogłosił bankructwo, Bernie Madoff trafił do więzienia za oszukanie tysięcy inwestorów, a na domiar wszystkiego zmarł Michael Jackson. Pisząc dla Flavorwire w 2012 roku, Tom Hawking potępił chillwave jako muzykę „klasy średniej”, kulturowy odpowiednik „zasłania rękami oczu i uszu, i wyobrażania sobie swojego szczęśliwego miejsca”

Emilie Friedlander, Chillwave: a momentary microgenre that ushered in the age of nostalgia, The Guardian
Fot. facebook.com/ChillwaveFeelings

Ernest

W 2008 roku, w położnym na południowo-wschodnim wybrzeżu stanie Georgia, mieszkający w maluteńkim Perry 26-letni Ernest Greene zdecydował się porzucić swój oscylujący wokół indie rocka projekt Lee Weather i zająć się czymś nowym jako Washed Out. Rok później Amerykanin wrzucił na profil w MySpace pierwsze nagrania podpisane nowym pseudonimem.

Washed Out – fot. facebook.com/washed.out

EP-ka High Times spodobała się użytkownikom portalu, a zachęcony tym Greene postanowił wydać ją w formie kasety w nakładzie 200 sztuk i jeszcze w tym samym roku wziąć się za nowy materiał. Jednym z pierwszych utworów nagranych po premierze debiutanckiego wydawnictwa był kawałek Feel It All Around.

Washed Out – Feel It All Around

Chaz

Kaseta z High Times pokonała ponad 300 kilometrów i trafiła do miasta Colombia w Karolinie Południowej. Młodszy od Greene’a o cztery lata Chazwick Bundick (dziś Chaz Bear) był początkującym grafikiem, który w 2009 roku, podobnie jak wielu jego rówieśników, drżał z obawy o pracę. W międzyczasie mający filipińskie korzenie 23-latek zajmował się muzyką, w tym… jej nie do końca legalną dystrybucją.

Toro y Moi – Fot. facebook.com/toroymoi

Wchodząc w posiadanie jednej z kopii kasety High Times, Chaz zaczął ją powielać. Będąc pod ogromnym wrażeniem brzmienia Washed Out, przyjął pseudonim Toro y Moi i zaczął tworzyć własną muzykę, nawiązującą do stylistyki Greene’a, z którym postanowił się nią podzielić, przyznając zarazem do źródeł inspiracji usłyszanych na nielegalnie skopiowanej kasecie.

Toro y Moi – Talamak

Alan

W tym samym czasie, w Denton stanie Texas, pierwsze próby nagrywania własnej muzyki jako Neon Indian podjął 21-letni Meksykanin Alan Palomo, oczarowany muzyką lat 70. i 80. oraz twórczością własnego ojca, będącego gwiazdą rodzimego popu tamtych czasów.

Neon Indian – Fot. facebook.com/neonindian

Z jego pomocą, młody artysta zaczął pracę nad debiutancką płytą, nie wiedząc jeszcze, że gdzieś na wschodnim wybrzeżu dwóch dwudziestoparolatków nieświadomie krąży wokół podobnych inspiracji.

Neon Indian – Polish Girl

Chillwave – charakterystyka

A skoro o inspiracjach mowa – Greene, Bear i Palomo nie tylko dzielili podobne fascynacje, ale dysponowali tymi samymi, mocno ograniczonymi możliwościami, a wraz z nimi tysiące nastolatków tworzących własną muzykę. Ta powstawała głównie w zaciszu sypialni, na prostych komputerach, przy użyciu tanich, rozstrojonych gitar oraz – przy odrobinie szczęścia i umiejętności – starych automatów perkusyjnych czy syntezatorów. Kultura remiksu miała się doskonale, zupełnie inaczej niż świadomość istnienia czegoś takiego jak prawa autorskie, a zatem na potęgę samplowano i wykorzystywano cudze nagrania, by wrzucić je do własnej produkcji.

Tak, jak sam chillwave wydawał się wypełniać powietrze niczym para unosząca się znad festiwalowego namiotu, punkty muzycznego pochodzenia tego podgatunku mogą być podobnie amorficzne. Neonowy pop z lat 80. – dekady, w której większość zwolenników chillwave’u spędziła czas głównie w stanie embrionalnym (dosłownie) – jest ogromną inspiracją, podobnie jak w przypadku znanego w internecie podgatunku tanecznego końca XXI wieku, znanego jako bloghouse. Ale jeśli brudne linie basu bloghouse, ostre jak brzytwa syntezatory i hedonizm indie-disco odzwierciedlały dekadenckie ekscesy tamtej epoki, to chillwave był bardziej jak zamroczony kac po nocy spędzonej w lokalnym nowofalowym klubie.

Larry Fitzmaurice, How Chillwave’s Brief Moment in the Sun Cast a Long Shadow Over the 2010s, Pitchfork

Czysto muzyczne inspiracje nie miały ustalonych ram – w jednym kotle mieszały się takie skrajności jak fascynacja psychodelą lat 70., ejstisową nową falą, new romantic i synth wave’m oraz tym, co było najbardziej znane ówczesnym nastolatkom – indie rockiem, rapem czy elektropopem. To wszystko, poddane działaniu słońca, dało w efekcie brzmienie przypominające wszystkie te nurty i niebędące żadnym z nich. Oldschoolowe, hip-hopowe bity łączyły się z prostymi riffami, dziesiątkami dźwięków rodem z darmowych lub nielegalnie ściągniętych paczek z samplami oraz efektami z wtyczek do ówczesnych, amatorskich DAWów.

Brothertiger – High Tide

Chillwave. „Praca? Chodźmy popływać”

Zdestabilizowane nastroje przełomu lat 2008-2009, sprawiły, że młode pokolenie, stojące u progu wyborów mających mieć wpływ na ich przyszłość, w tym tę zawodowo-majątkową, zawahało się przez zrobieniem kolejnego kroku. Zamiast tego… woleli pójść na plażę.

Chillwave jest wtedy, gdy jesteś z przyjaciółmi na plaży w Karolinie Południowej i brodząc w oceanie daleko od brzegu, ktoś pyta: „Musimy już jechać. Wrócimy tu jeszcze?”. Rano masz pracę, może spotkanie o 8, ale teraz naśladujesz ciche falowanie przypływu i mówisz „tak, wrócimy” i masz rację. Robisz to z powrotem.

This Is Not a Photograph, Pitchfork

Słoneczny klimat, jaki towarzyszył muzyce, którą tworzyli Washed Out czy Toro y Moi, wziął się nie tylko z miejsca ich zamieszkania i bliskości do wschodniego wybrzeża, a tym samym Oceanu Atlantyckiego. Swoje korzenie miał również na kasetach VHS, po które znerwicowani dwudziestolatkowie zaczęli sięgać, by przypomnieć sobie czasy sielskiego dzieciństwa i – oczywiście – wakacji.

Keep Shelly in Athens – Oostende

Chillwave. Niedoskonała, piękna prawda

Próba nawiązania do tej atmosfery odbiła się również na estetyce. Klimat rodem ze starych Polaroidów i kaset VHS, pełen szumów i glitchy, szybko przypadł do gustu młodym, zmęczonym wszechobecnym na początku XXI wieku przekazem, w którym dominowała gonitwa za ideałem piękna, odbywająca się w reklamach, w gabinetach chirurgów plastycznych i na dyskach twardych komputerów z zainstalowanym Photoshopem. Ta niedoskonałość, nazywana często skrótowo „lo-fi”, a później doprecyzowana jako „glo-fi”, była dla nich prawdziwa i to nią chcieli się otaczać, niezależnie czy mowa o amatorsko powstających filmach czy muzyce nagrywanej w sypialni.

Ale gdy tylko znaleźliśmy sposób, by to opisać, chillwave zaczął żyć własnym życiem, zalewając blogosferę wyblakłymi starymi zdjęciami z wakacji, neonowymi palmami i piosenkami o tytułach takich jak Terminally Chill, Surfin/Body in Water i Waves. Przez chwilę muzyka przyszłości miała wygląd i klimat przeszłości.

Emilie Friedlander, Chillwave: a momentary microgenre that ushered in the age of nostalgia, The Guardian

Podobnie jak w przypadku Daft Punk, geneza nazwy nabierającego własnego kształtu gatunku, wzięła się z próby ośmieszenia artystów i tworzonej przez nich muzyki. W 2009 roku, na prowadzonym przez anonimowego admina o pseudonimie Carles blogu Hipster Runoff, po raz pierwszy pojawiła się wzmianka o nurcie określanym jako chillwave„. Carles zżymał się, że to kolejna wydmuszka, będąca niczym innym jak popłuczynami po indie rocku, którą ówcześni blogerzy otoczyli nieuzasadnioną fascynacją:

Jak wiecie, w świecie 2k9 post-AnCoGrizzPhoenixBear, indie sfera stworzyła nowy gatunek muzyki do kochania/podążania/słuchania o nazwie „chillwave”

Od tego momentu, termin „chillwave” zaczął powszechnie funkcjonować, a legitymizację zapewniło mu Apple wrzucając do ówczesnego oprogramowania iTunes kategorię muzyki właśnie o tej nazwie. Washed Out, Toro y Moi, Neon Indian, a po nich kolejni, otrzymali szufladkę, do której od teraz mogli być wrzucani. W zasadzie nie tyle szufladkę, co… hashtag.

Ducktails – Under Cover

Daj hashtag #chillwave

Swoją popularność chillwave zawdzięcza nie tylko ówczesnej blogosferze, lecz także – a może przede wszystkim – raczkującym mediom społecznościowym. Prócz wspomnianego MySpace’a, kluczową rolę odegrały założony w 2004 roku Facebook, powstały trzy lata później Tumblr i w końcu debiutujący w 2010 roku Instagram. Zdjęcia z plaży, “ulepszane” dość karykaturalnymi filtrami mającymi nadać fotkom jeszcze cieplejszych barw lub klimatu rodem z Polaroidów, zaczęły być coraz częściej tagowane hasłem #chillwave. Gatunek muzyczny zyskał swoją estetykę – prócz VHSowych kadrów i analogowych zdjęć, były nią internetowe wpisy z rozpikselowanymi fotografiami, wykonanymi przeciętnymi cyfrówkami lub – uwaga – pierwszymi smartfonami (w 2009 roku Apple miało w swojej ofercie dopiero 3 modele telefonów).

Chociaż (Carles) powstrzymał się przed powiedzeniem, że ten „celowo źle usłyszany i zdegradowany pop” był antykapitalistyczny, pomysł polegał na tym, że muzycy używali zapamiętanych przez siebie dźwięków, aby wymyślić inny świat. Lub, jak ujął to Spencer Clark: „Rozpoznanie istoty przeszłości jest równoznaczne z wyobrażeniem sobie przyszłości”.

Emilie Friedlander, Chillwave: a momentary microgenre that ushered in the age of nostalgia, The Guardian

Splot tych wszystkich wydarzeń, począwszy od kryzysu gospodarczego, przez premiery kluczowych dla gatunku wydawnictw – zaczynając od Worn Copy Ariela Pinka (2003) i Person Pitch Panda Bear (2007), przez Psychic Chasms Neon Indian i Seek Magic Memory Tapes (obie 2009), po EP-ki Body Angeles Toro y Moi oraz High Times Washed Out (obie również 2009), aż do lawiny zachwytów ówczesnej blogosfery, której nieumyślną kwintesencją był wpis na Hipster Runoff i tym samym oficjalne nadanie nazwy temu zjawisku, doprowadziły nas do czasu, który już nigdy się nie powtórzy. Ostatniego takiego lata – lata 2009.

Memory Tapes – Offers

Chillwave ’09. Lato, którego już nigdy nie będzie

Chillwave ekspolodował i wytwórnie nie mogły tego nie zauważyć. Już rok później, w roku 2010, Washed Out i Toro y Moi podpisują pierwsze poważne konktrakty i wydają długogrające, znakomicie przyjęte debiuty – Life Of Leisure i Causers Of This. Alan Palomo staje się złotym dzieckiem nowego nurtu, co udowadnia rok później na Era Extraña, bestsellerowej płycie z wiodącym singlem o jakże bliskim naszym sercom tytułowi, Polish Girl. Dayve Hawk, znany jako Memory Tapes, wydaje Player Piano, a grono artystów utożsamianych z nurtem chillwave’u zaczyna się dynamicznie powiększać. Best Coast, Brothertiger, Keep Shelly In Athens, Blackbird Blackbird, Teen Daze, Craft Spells, Com Truise, Tycho, Small Black, Work Drugs, Ducktails, Twin Shadow, Millionyoung… – to tylko kilka projektów, których twórczość została ciut bardziej dostrzeżona. Wszystkich łączyło podobne brzmienie, podobna estetyka i podobna aura nurtu, który narodził się na plażach Wschodniego Wybrzeża. Chillwave stał się pełnoprawnym gatunkiem. Ba, stał się movementem, który przejawiał się w muzyce, w sztuce wizualnej i w wyglądzie ówczesnego internetu.

Craft Spells – After The Moments

Chillwave ’11. Zachodzące słońce

Hossa trwała w najlepsze – Toro y Moi wydaje Underneath The Pine, muzycy związani z nurtem zaczynają grać na najważniejszych festiwalach i koncertować po całym świecie (wspomniany Toro y Moi w 2010 roku po raz pierwszy odwiedził Polskę za sprawą zaproszenia na OFF Festival; rok później zagrał już trzy klubowe koncerty w naszym kraju). Jednocześnie świat, po ekonomicznym tąpnięciu, zaczyna wracać na właściwe tory i nabierać większej niż do tej pory prędkości zmian. Pojawiają się nowe media, nowe twarze, nowe gatunki, nowa estetyka. Dzieciaki ze Wschodniego Wybrzeża nie szukają już inspiracji na starych kasetach VHS. Mając w kieszeniach kontrakty z dużymi wytwórniami, pokaźne sumy na koncie, spory fanbase w internerie i rosnące doświadczenie koncertowe, nie zamierzają dłużej udawać, że ich muzyka jest lo-fi. Chcą mieć teledyski nagrywane przez poważnych reżyserów, a nie kumpli z kamerami pożyczonymi od rodziców. Chcą mieć studia z prawdziwego zdarzenia, a nie laptopa i gitarę opartą o ścianę sypialni. Chillwave – i to, co go definiowało – niczym późno popołudniowe słońce, zaczyna przygasać i znikać za horyzontem.

Twin Shadow – Slow

Chilwave’u peak i zmierzch

Choć wielu krytyków twierdzi, iż zmierzch gatunku nastąpił w 2011 roku, to jednak dwa lata później powstają płyty, które moim zdaniem – niczym skrzydła bramy – zamykają wrota i pewny rozdział w historii muzyki. Z jednej strony są dowodem na to, że chillwave stanowił tylko punkt wyjścia, a artyści go reprezentujący, mieli do zaoferowania o wiele więcej. Z drugiej, jako zjawisko składające się z wielu ograniczonych elementów, wynikających z kontekstu czasu i społecznych nastrojów, nie może w nieskończoność ulegać ewolucji. Dlatego trzeba tę ewolucję zakończyć w określonym stadium.

Chillwave wkrótce oznaczało wszystko i nic, i zaczęło dobiegać końca od 2011 roku — roku, w którym paradoksalnie największe nazwiska związane z tym gatunkiem dowiodły swojej wytrzymałości.

Ian Cohen, Chillwave At 10, Stereogum

Obchodzące w tym roku 10. urodziny albumy Anything In Return Toro y Moi oraz Paracosm Washed Out zebrały to, co w nurcie stanowiącym ich DNA było najlepsze i zarazem pokazały dalszą drogę, w jaką zamierzają pójść ojcowie gatunku i wielu im podobnych. Skoro oni nie zamierzają dalej iść w kierunku, który sami wyznaczyli, naturalną koleją jest to, iż nie pójdą nim ci, którzy dotąd kroczyli za nimi.

Niemal do przesady arthouse’owe Anything In Return mieszało ze sobą inspiracje jazzem, krautrockiem, hip-hopem i muzyką house. Chaz Bear dokonał karkołomnej sztuki połączenia tych wszystkich elementów i stworzenia z nich mozaiki równie pięknej, co obraz ilustrujący okładkę wydanej 22 stycznia 2013 roku płyty. Nad brzmieniem całego wydawnictwem unosi się doskonale znany duch sprzed lat, który przypomina o sobie w niemal każdej pozycji z tracklisty.

Toro y Moi – Anything In Return

W 2013 roku, udzielając wywiadów w ramach kampanii promującej swój najnowszy materiał, Ernest Greene twierdził, że podczas sesji nagraniowej do Paracosm użył… ponad 50 instrumentów. Efekt? Feeria barwnych dźwięków zamkniętych w kapitalnej płycie, czerpiącej pełnymi garściami z dorobku przeszłości – od neo-hippisowskiej psychodelii lat 70., po ejtisowy sophisti-pop. Ciepłe, analogowe brzmienie zderzyło się z mistrzowskim samplingiem w stylu The Avalanches. Washed Out zrobił to, czego chwilę wcześniej dokonał jego przyjaciel Chaz. Nagrał gatunkowy opus magnum, który wyeksploatował dotychczasową estetykę do granic możliwości.

Washed Out – It All Feels Right

Spokojna tafla wody. Koniec chillwave’u

Po Anything In Return i Paracosm nie było już nic więcej do zrobienia w zakresie gatunku, o którym mowa. Chillwave pozostawił po sobie najpiękniejsze wrażenia i mógł odejść w wieczne (nie)zapomnienie. Dekadę później, wspomnienie o nim wraca z pełną mocą – mocą obezwładniającej nostalgii i tęsknoty do czasów beztroski, gdy jedynym zmartwieniem był drogi internet mobilny, tak potrzebny by opublikować zdjęcie na Instagramie. Koniecznie z dopiskiem #chillwave.


Chillwave. Lato, którego już nie będzie – playlista Muno.pl

A gdyby brakowało Wam ciepła w te mroźne, styczniowe dni, mamy dla Was playlistę z najmocniej wpisującymi się w estetykę chillwave’u utworami. Miłego słuchania!

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →