Szatt – Gonna Be Fine. Gdy beatmaking snuje opowieści

384

22 maja Szatt, czyli Łukasz Palkiewicz, zaprezentował swój trzeci longplay. Czym pobudza, a czym koi brzmienie Gonna Be Fine?

Szatt – Gonna Be Fine. Dial „M’ For 2003

Po pierwszym odsłuchu Gonna Be Fine, przypomniał mi się album Dial “M” For Monkey Bonobo. Drugi krążek w dorobku Simona Greena obfitował w ambitne, momentami nawet odważne jak na rok 2003, próby mariażu hip-hopowych bitów z instrumentalnym anturażem. Na tej płycie Brytyjczyk daleki był jednak od surowego, mechanicznego beatmakingu. Jego brzmienie skręcało w downtempo czy w nieco przysłodzony trip-hop, a korzystanie z automatów perkusyjnych czy samplerów subtelnie wkomponowywało się w całość.

Na najnowszej płycie Szatta sprawy mają się podobnie. Użyte środki zostały ułożone w mozaikę, po której przesuwając palec nie odczuwa się nierówności. Jednak drobiazgowo wyważone proporcje nie oznaczają, że najnowszy materiał Łukasza Palkiewicza stanowi linearną spójność od początku do końca. I całe szczęście.

Szatt – Gonna Be Fine. Od chwillwave’u…

W topiących najtwardszy lód dźwiękach DNA pobłyskują chillwave’owe refleksy, co stanowi doskonałe wprowadzenie dla całej płyty, lecz przede wszystkim dla drugiego w kolejce numeru zatytułowanego Various Arpist. Gdy wydawać by się mogło, że kawałek, którego nie powstydziłby się Floating Points, rozpędzi płytę na dobre, następuje przyjemna pauza. Tych na Gonna Be Fine doświadczamy niemało. Mowa o numerach, w których bas odchodzi na bok, a zamiast niego otrzymujemy kojące, wręcz senne syntezatorowe sekwencje.

Chillwave przebija się ponownie przez dźwięki leniwego Wayfaroer, niespiesznego kawałka, który gdyby pojawił się w okolicach 2012 roku uchodziłby za b-side singla Neon Indian. Zresztą głos Alana Palomo idealnie pasowałby do dźwiękowego anturażu zaproponowanego przez Szatta. Lapaluxowy Sorrow mógłby z powodzeniem wylądować na Bloom i być tam jedną z czołowych pozycji. Flashbacków do poprzedniej płyty, a nawet do debiutanckiego Future Voices, długoletni fani Palkiewicza znajdą tu całe mnóstwo. Whatever You Want, ciepła miniatura utkana z dźwięków rodem z kosmosu, brzmi jakby wyciągnięta ze słynnej serii Music To Draw To Kid Koali. Zresztą przykładów podobnej powściągliwości na Gonna Be Fine jest więcej niż kilka.

…od footworku

Szatt zdaje się korzystać z określonej liczby środków, przez co słuchając Gonna Be Fine ani przez chwilę nie da się poczuć przytłoczenia. Choć Palkiewicz ani razu nie popełnia grzechu przerostu formy nad treścią, to miewa chwile, gdzie daje ponieść się stylistycznym wariacjom, oczywiście w granicach znanych sobie obszarów. Połamana, breakbeatowo-garage’owa koda w Umajena wybudza słuchacza z sennych dźwięków, które już po chwili wracają w There Is No Lie. Liczący sobie równe sto sekund kawałek stanowi pyszne interludium do Anxiety, footworkowo-twostepowego bangera, nad którym ponownie przemyka duch Bloom. W tym, jak i w wielu utworach z dwóch ostatnich płyt Szatta, pobrzmiewają inspiracje twórczością wspomnianego już Lapaluxa, którego Palkiewicz nierzadko wymienia pytany o swoich idoli. Skojarzenia z The Acid przywodzi na myśl 25-year-old car, które aż prosi się by stać się ścieżką dźwiękową nocnej przejażdżki po mieście. Fanom twórczości Jamie’ego xx do gustu przypadnie singlowy Self Struggle. Intensywny kawałek jeszcze raz podkręca tempo, zanim finałowy Peak da słuchaczom poczucie odprężenia.

Beatmaking przede wszystkim, wszystko ponad beatmaking

Szatt to interesujący przykład na to, dokąd artysta zaczynający od tworzenia hip-hopowych beatów (Palkiewicz to w końcu mistrz Polski w beatmakingu z 2013 roku; beatbattle.poznań, pamiętamy!) zawędrował w poszukiwaniu inspiracji, będąc przy tym wiernym warsztatowym podstawom, towarzyszącym od samego początku swojej przygody z muzyką. Chcąc spróbować sił w nowych stylistykach, Palkiewicz rozwinął instrumentalny wachlarz, niezmiennie pielęgnując jego core – beatmaking.

Szatt - Fot. Dawid Schindler

Szatt – Fot. Dawid Schindler

Jednak sporym niedopowiedzeniem byłoby nazywanie Szatta jedynie beatmakerem, nawet jeśli czołowym w kraju. Palkiewicz to twórca, któremu bliżej już do Floating Pointsa niż do Lapaluxa (z całym szacunkiem dla Stuarta Howarda!), jak miało to miejsce jeszcze chwilę temu na Bloom. Choć na Gonna Be Fine nie usłyszymy wokalistów (których po pierwszym odsłuchu nieco mi brakowało, bo na Bloom kooperacje z Vito, Kasią Lins i Jaqem Mernerem wypadły znakomicie), to ani przez moment nie zabrakło opowieści. Od początku do końca dźwięki tworzą w głowie obrazy i budzą emocje, które składają się na spójną, choć zróżnicowaną stylistycznie całość.

Bez efekciarstwa, czyli z najlepszym efektem

Z jednej strony chciałoby się napisać, że Szatt nagrał płytę kompletnie nieefekciarską, pozbawioną fajerwerków. Z drugiej to właśnie brak wybijających się przed szereg, zaburzających równowagę momentów sprawia, że Gonna Be Fine to album kompletny, który znakomicie słucha się się od pierwszej do ostatniej sekundy. W czasach, gdy coraz trudniej twórcom przykuć uwagę słuchacza na dłużej niż czas trwania przeciętnej EPki, Szatt potrafi przez jedenaście numerów dostarczać wartościowych wrażeń.

Szatt – Gonna Be Fine [2020, Dig A Pony Records]