Time Warp 2019 – relacja

834
Relacja
Time Warp 2019 – relacja

Kiedy w zeszłym roku wyjeżdżałem z Mannheim byłem naprawdę pod ogromnym wrażeniem – wziąłem udział w prawdziwym spektaklu audio-wizualnym.

W tym roku Time Warp obchodził 25-lecie i organizatorzy zapowiadali wyjątkową edycję z różnymi niespodziankami. Mój apetyt został tym samym jeszcze bardziej zaostrzony. Jak się udało?

Część z setów już pojawiła się na oficjalnych kanałach, więc stronę muzyczną możecie poniekąd ocenić sami, postaram się więc opowiedzieć m.in. o tym, czego w sieci widać nie było.

Jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego seta gruchnęła wieść, że pojawił się problem z łącznością i terminale płatnicze nie funkcjonują. Nie wróżyło to niczego dobrego.

Jak okazało się na miejscu, internet praktycznie nie istniał, a zasięg sieci komórkowych był bardzo sporadyczny. Trudno za to winić bezpośrednio organizatorów, trzeba jednak powiedzieć, że spowodowało to całkowity paraliż komunikacyjny.

Dość szybko nasza dość liczna grupa rozdzieliła się i po godzinnej próbie wysłania smsa już wiedziałem, że spędzę kolejny Time Warp właściwie w towarzystwie siebie samego. Postanowiłem więc zacząć od małego obchodu terenu Maimarkt.

Zacząłem od Floor 1 oraz Floor 2, gdzie równocześnie swoje sety rozpoczęli Adam Beyer oraz Pan-Pot. Nie jest tajemnicą, że ci drudzy czują się tu jak u siebie w domu, co słychać było od pierwszego dotyku konsoli.

Szybkie, energiczne granie oraz wiecznie uśmiechnięty Tassilo – Niemcy rzadko kiedy zawodzą i nie zrobili tego tym razem. Co ciekawe, obie sceny są usytuowane w bezpośrednim sąsiedztwie i dysponują potężnymi soundsystemami, dźwięk jednak zdaje się zupełnie na siebie nie nachodzić.

Po jakimś czasie przeniosłem się na parkiet pod dowództwem szefa Drumcode, by podziwiać zdecydowanie najlepsze efekty świetlne tego wieczoru w rytm odświeżonego Your Mind (ciekaw jestem, ile kolejnych żyć dostanie ten track).

Następnie zajrzałem na Floor 3, gdzie publikę rozgrzewał już Luciano. Nie jestem wielkim fanem akurat takiego stylu muzycznego, ale muszę przyznać, że to, co Szwajcar wyczynia na mikserze MODEL 1 budzi mój podziw.

Bardzo chciałem zobaczyć go pierwszy raz na żywo i chwila spędzona na jego secie utwierdziła mnie w przekonaniu, że ta scena będzie stała pod znakiem całonocnej, tanecznej imprezy.

Po szybkim sprawdzeniu pozostałych scen, gdzie zabawa dopiero nabierała rozpędu, powróciłem do punktu wyjścia, gdyż swój występ rozpoczynał Maceo Plex.

Amerykanin przyzwyczaił mnie do absolutnej nieprzewidywalności w swojej selekcji oraz tempa i kiedy zaczął od intra, które zdawało się nigdy nie kończyć, mój entuzjazm nieco opadł.

Jak się jednak okazało, zaprezentował on jeden z lepszych setów tej nocy (zawierał on nawet specjalnie skomponowany na 25-lecie Time Warp utwór).

Moim kolejnym celem był jednak duet Adriatique, więc udałem się w kierunku sceny czwartej w akompaniamencie śpiewu Keitha Flinta. To Carl Cox wplótł wokal zmarłego niedawno frontmana The Prodigy w swój występ i był to jeden z wielu podobnych gestów podczas całego eventu. Bardzo ładne zachowanie ze strony artystów.

Swoją drogą, Coxy zagrał chyba najmocniej z wszystkich, których słyszałem, chociaż domyślam się, że Len Faki czy dwie gwiazdy belgijskiej sceny z pewnością mu nie odstawały.

Scena numer 4 okazała się dla mnie niestety dużym zawodem. Dość mała przestrzeń i szwankujące nagłośnienie hali – nie tego spodziewałem się zwłaszcza na jubileuszowej edycji i miałem wrażenie, że miejsce to zostało naprędce dokooptowane.

Na pewno nie były to wymarzone warunki dla Adriatique, Kolscha czy zwłaszcza Dubfire, co też było, w moim mniemaniu, słychać w ich setach.

Po ponownym wyjściu na otwartą przestrzeń, zauważyłem z kolei blisko 10 wozów strażackich w pełnej gotowości. Nie wiem, jaki był powód ich wezwania, na szczęście po jakimś czasie zniknęły.

Nasunęła mi się jednak kolejna obserwacja – organizatorzy zdecydowanie przesadzili z liczbą uczestników wydarzenia. Mam wrażenie, że ochrona w pewnym momencie przestała mieć nad czymkolwiek kontrolę i mogło naprawdę dojść do nieprzyjemnych incydentów.

Godzina 5:00 była dla mnie początkiem serii najbardziej atrakcyjnych wydarzeń. Najpierw odwiedziłem Floor 7, gdzie wreszcie udało mi się odnaleźć swoich kompanów.

Scena stworzona przy współpracy z Rockstar Games również nie do końca spełniła moje oczekiwania (zwłaszcza, że momentami klimat był mocno.. wilgotny), niemniej zostało mi to w pełni wynagrodzone przez płynące z głośników dźwięki.

Dixon, który wciąż jest w moich oczach technicznie bezbłędnym artystą, serwował eklektyczną mieszankę melodyjnych i głębokich brzmień. Profesor.

Po godzinie, nieco niechętnie wróciłem na Floor 2, zdążywszy akurat na tradycyjną przemowę Svena Vatha. Niemiec bardzo chwalił załogę Time Warp i opowiadał wiele o genezie powstania festiwalu, a na końcu w bardzo żywiołowy sposób przedstawił nikogo innego, jak Solomuna.

Nie ukrywam, że Solomun na „dwójce” był dla mnie jedną z niewiadomych – doskonale zdawałem sobie sprawę, że współtwórca Diynamic potrafi zagrać bardzo głęboko i szybko. Niemniej, scena ta jest bardzo wymagająca, a jej potężne nagłośnienie od razu weryfikuje wszelkie błędy.

Ku mojej euforii, na opening track Mladen wybrał niewydane jeszcze „Element” ARTBAT (niesamowite, jak ostatnimi czasy rozwija się kariera Ukraińców) i tym samym kupił mnie na całą godzinę grania.

W mojej opinii w całości udźwignął ciężar występu o takiej porze, na takiej scenie, przed taką publiką, a gdy później przesłuchując streama usłyszałem parę acidowych numerów, doszedłem do wniosku, że jest Solomun na ibizowych afterach i jest Solomun na Time Warp. Kropka.

Godzina 7:00 wiązała się z obowiązkową dla mnie, jako wielkiego fana Afterlife, przygodą z Tale Of Us. Set z Time Warp 2018 był dla mnie wyjątkowy i miałem tym samym ogromne oczekiwania. Nie zawiodłem się.

Matteo i Carmine zabrali w perfekcyjnie ułożoną od początku do końca muzyczną podróż, w której pojawiały się świetne wokalne tracki, takie jak remix Adriatique – „Mystery” od Mathame (kolejny duet w fantastycznej formie) oraz edit Enya – Boadicea.

Całości towarzyszyła oprawa świetlna zaprojektowana m. in. przez fenomenalnego Pascala Baacha, który z Afterlife współpracuje już od jakiegoś czasu. Nie ukrywam, że po raz kolejny set tych artystów był dla mnie mocno emocjonalnym przeżyciem i musiałem dać sobie 15 minut na powrót do zdrowych zmysłów.

Nie było jednak za dużo czasu na odpoczynek – Laurent Garnier zamykał właśnie swój występ w słynnej „szklarni” (Floor 5). O tym wydarzeniu można by właściwie napisać cały osobny artykuł i jest to już instytucja obrośnięta własną legendą.

Perfekcyjna selekcja, Francuz czujący muzykę każdą częścią ciała, Dubfire, Jamie Jones czy Seth Troxler tańczący wśród uczestników na parkiecie.

Wschodzące słońce, „Solitary Daze” Maco Plexa i Gabriela Anandy i mnóstwo wzruszonych wręcz twarzy – niesamowity widok. Gdybym miał pojechać na Time Warp i zobaczyć tylko występ Garniera, to najpewniej zupełnie bym nie żałował.

Ostatnie chwile na wydarzeniu spędziłem ponownie na Floor 7, gdzie popis gry dawali Dixon, Solomun i Tale Of Us. Szefowie trzech potężnych labeli na jednej scenie – ten b2b prostu nie mógł się nie udać i tylko zmęczenie powstrzymało mnie przed ruszeniem pod same barierki.

Teren Time Warp opuszczałem już z kolei w rytm gry Marco Caroli, który potwierdził, że jest najlepszym możliwym wyborem na tę porę. Tańczyli wszyscy – wewnątrz i na zewnątrz hali, a Włoch wydawał się wyzwalać w ludziach zupełnie ukryte, zapomniane już pokłady energii.

To była prawdopodobnie moja ostatnia wizyta na Time Warp, choćby dlatego, że w Europie jest po prostu mnóstwo świetnych wydarzeń, a w Mannheim nie ma szczególnego elementu zaskoczenia, jeżeli chodzi o line-up.

Zachęcam jednak każdego, aby przyjechał tu chociaż raz, w życiu – to wciąż najbardziej atrakcyjny halowy festiwal w Europie i warto zobaczyć jak robi się to za granicą.