Podsumowanie 2013 – Mateusz Kazula (Viadrina)

7 271
Artykuł
Podsumowanie 2013 – Mateusz Kazula (Viadrina)

Jak co roku, najważniejsi dziennikarze muzyczni i osoby związane ze sceną klubową podsumowują minione miesiące na łamach Muno.pl. Jako pierwszy swoimi spostrzeżeniami dzieli się Mateusz Kazula, współzałożyciel formacji Viadrina.

Czytałem niedawno felieton, w którym autor chciał zepchnąć z podium Richie Hawtina. Niech sobie zachowa koturny pioniera, ale zdaniem piszącego, wielki wizjoner staje się obecnie swoją karykaturą, rozsprzedając sławę na ogromnych elektronicznych festiwalach w USA u boku Skrillexa czy Deadmau5a. Richie jest artystą bezkompromisowym i bez wątpienia nowatorskim i innowacyjnym, może zatem widzi to jako swego rodzaju misję wprowadzenia techno i swojego surowego brzmienia pod strzechy Jankesom. Na pewno w dużej mierze napędza to koniunkturę, wysypy domorosłych wytwórni i sypialnianych producentów zdają się potwierdzać. Muzyka klubowa dawno nie miała się tak dobrze. Może jednak w pewnym momencie rynek się przegrzeje i dojdzie do takiego nasycenia i kakafonii, że wszystko z hukiem runie… A może doprowadzi to do wtórnego rozbicia dzielnicowego, powrotu do podziemia i scen lokalnych, gdzie anonimowość i faktyczna przyjemność z uczestniczenia w nieformalnych wydarzeniach znowu nabiorą smaku. Taki mały kulturowy atawizm na płaszczyźnie imprezowej, „if you come to my house, it becomes your house”.
Zauważalnym trendem jest powolny zanik fetyszu posiadania muzyki, młodzi ludzie coraz rzadziej kolekcjonują pliki na dysku. Wszystko wisi ogólnodostępne w chmurze w Sieci, nie ma zatem potrzeby zapisywania. Z drugiej strony didżejing staje się umiejętnością tak pożądaną i cywilizacyjnie wymaganą, jak niegdyś obsługa pakietu Office czy przeglądarki internetowej.
Od jakiegoś czasu widać wyraźny zwrot w stronę cięższego grania. Powoli zapomina się już „słodkie pierdzenie” z czasów Hot Creations. Hasło „Berghain” stało się magicznym zaklęciem, słowem-wytrychem. Łatwo się w ten sposób dogadać, a co weekend z Polski wyrusza coraz większa grupa pielgrzymów i utracjuszy, by zgubić kompas na parkietach w Berlinie. Tego nie ma co oceniać ani kategoryzować, to typowa cyrkulacja mód i zjawisk w muzyce. W ostatnich latach ta rotacja jednak niebezpiecznie przyspiesza, a przysłowiowy „hype” staje się coraz bardziej nadmuchany. Wracając do akapitu pierwszego, to gaże gwiazd rosną raczej w tempie geometrycznym niż artytmetycznym i gdzieś chyba gubi się momentami sens tego zjawiska clubbingu, które u zarania było pewna piękną formą eskapizmu od zmonetyzowanego świata. Teraz zaś przechodzimy z jednego targowiska na drugie, mniejsze i może to same granice staje się umowne. Stop! Pora wrócić do muzyki.
Wciąż powstaje przecież masa dobrej muzyki, wychodzą dobre albumy, więc może nie warto za bardzo przejmować się biznesową mimikrą. W tym roku dobre płyty dostaliśmy chociażby od DJa Koze, Moritza Von Oswalda i Juana Atkinsa, Vakuli, Huerco S, Blondes czy Daniela Averego, to tylko część mojego osobistego rejestru. Mocnych singli też było sporo, a jak wiadomo, sztosy łagodzą obyczaje.
A co na polskim podwórku? Polska nigdy nie była klubowym eldorado, ale wszystko powoli zmierza w dobrym kierunku. Ilość efektownych zagranicznych bookingów chyba nie maleje, za to pojawia się coraz więcej rodzimych wydawnictw wysokiej jakości. Producenckie szlaki zostały przetarte i coraz więcej osób kanalizuje swoją twórczą energię z zyskiem dla kraju. To jest wciąż młody i rozwijający się rynek, czasem brak odpowiedniej gospodarskiej etykiety, a techniczne niedostatki to wciąż bolączka wielu miejsc, ale liczę na brak zgryzoty i ambicję młodego pokolenia klubowiczów, które dalej będzie jechać na tym wózku. Ja wciąż nad Wisłą bawię się dobrze i z umiarkowanym, ale jednak optymizmem patrzę w najbliższą przyszłość. Rave to przecież rurki z kremem!
Tekst: Mateusz Kazula