’Udało się nam połączyć pasję do muzyki i technologii’ – Grandbrothers dla Muno.pl

Wywiad

26 kwietnia Grandbrothers wracają do Warszawy na koncert w klubie Niebo. Erol Sarp opowiedział nam w wywiadzie o współpracy z Bonobo, polskiej wódce i ulubionych płytach.

Wspierają ich takie tuzy jak Bonobo czy Dixon, choć niektórzy porównują ich raczej z muzykami nurtu „neoklasycznego” – Olafurem Arnaldsem czy Nilsem Frahmem. Grandbrothers, bo o nich mowa, w swojej twórczości łączą różne światy –  na scenie towarzyszy im fortepian, do którego podłączają mnóstwo elektroniczych efektów.
Polska publiczność poznała ich dzięki występowi na festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach i supportowi przed Bonobo w stołecznej Hali Koło. 26 kwietnia Grandbrothers wracają do Warszawy na koncert w klubie Niebo, dzień wcześniej zagrają recital w radiowej Trójce.
Erol Sarp z Grandbrothers opowiedział nam o współpracy z Bonobo, polskiej wódce i ulubionych płytach.

Erol Sarp (Grandbrothers) – wywiad

W swojej muzyce łączycie klasykę z nowoczesną elektroniką, nie popadając przy tym w sztampę – Wasze nagrania brzmią równocześnie organicznie i nowocześnie. Czy zakładając zespół mieliście w głowie pomysł na styl i brzmienie, wiedzieliście dokładnie co chcecie osiągnąć?
Do tego brzmienia dochodziliśmy w procesie rozwoju – na początku po prostu bawiliśmy się, próbowaliśmy różnych rozwiązań, eksperymentowaliśmy, a wiele z pomysłów, które nam wówczas przychodziły do głowy zupełnie nie pasowało do tego, jak Grandbrothers brzmi dzisiaj. To, co robiliśmy zahaczało chwilami o sztukę awangardową, jednak z czasem zauważyliśmy, że lubimy w muzyce, którą tworzymy także rytm oraz bardziej “emocjonalne” progresje akordów i melodie. Skoncentrowaliśmy się zatem na tego rodzaju “songwritingu”, ale równocześnie chcemy też zachować eksperymentalny wymiar naszej muzyki. Dlatego w naszych utworach staramy się też przemycić nieco dziwnych, niecodziennych dźwięków i brzmień tak, żeby finalnie powstała – jak to świetnie ująłeś – organiczna, ale nowoczesna pianistyczna muzyka elektroniczna.

Jakie jest Wasze wykształcenie i muzyczny background? Czy kończyliście szkoły muzyczne, konserwatoria czy raczej politechnikę, a muzyką zajmowaliście się w wolnej chwili?
I jedno i drugie! Jesteśmy absolwentami instytutu, który łączył oba światy – technicznie obaj jesteśmy inżynierami audio-video. Przynajmniej tak mamy napisane na dyplomie! Podczas studiów zdawaliśmy egzaminy z fizyki, matematyki, elektryki, informatyki, ale też z teorii oraz historii muzyki. Obaj musieliśmy też zaliczyć egzaminy z gry na instrumencie – oczywiście na fortepianie. Jesteśmy bardzo wdzięczni losowi, że mieliśmy okazję uczyć się w takiej szkole, spotkać się tam, bo udało się nam połączyć naszą pasję do muzyki i technologii!
Czy nie przeszkadza Wam, że często wspomina się o Grandbrothers w kontekście artystów z nurtu “neo-klasyki” łączących elektronikę z dźwiękami pianina –  takich jak Olafur Arnalds czy Nils Frahm?
Nie ma to dla nas znaczenia, choć ten termin zupełnie nie oddaje brzmienia naszej muzyki ani naszego podejścia. Samo określenie “neo-klasyka” jest zresztą mocno rozmyte, bo oprócz znakomitych artystów, których wspomniałeś, często odnosi się także do kiczowatej, kwiecistej muzyki fortepianowej. Myślę, że nie pasujemy do tego towarzystwa, choć rozumiemy, że fortepian prowokuje do takich porównań. Jednak w naszej muzyce trudno nie dostrzec upodobania do tanecznych rytmów. Poza tym w naszych piosenkach często sięgamy po struktury z muzyki pop.
Graliście już kilka razy w Polsce – w warszawskim klubie Pardon to tu, na festiwalu Tauron Nowa Muzyka, a ostatnio w dużej hali przed Bonobo. Czy macie jakieś interesujące wspomnienia z tych wizyt?
“Interesujące”… tak! Szczególnie te troszkę rozmazane – macie mocną wódkę! Wszystkie koncerty, o których wspomniałeś były świetne, a ludzie byli dla nas niezwykle mili. Kilka razy czytałem o mocnej scenie elektronicznego undergroundu w Polsce i mogę potwierdzić, że spotkałem wielu ciekawych młodych muzyków i odbyłem masę interesujących rozmów. Cieszymy się, ze wracamy na kolejny koncert!

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

W Warszawie graliście przed Bonobo, który zaprosił Was też na swój mini-festiwal w berlińskim Velodromie. Jak nawiązaliście ten kontakt? Rola grupy supportującej często jest bardzo trudna, bo ludzi interesuje zwykle tylko gwiazda, w Warszawie jednak słuchał Was spory tłum. Myślisz, że grając support pozyskuje się nowych fanów?
Rozmawialiśmy z managerami, bo chcieliśmy, by kilku różnych muzyków i producentów zrobiło dla nas remiksy. Jednym z nich był Bonobo. Dostaliśmy odpowiedź, że Simon Green  jest bardzo zajęty i nie możemy liczyć na remiks, ale zostaliśmy zaproszeni do zagrania z nim kilku koncertów. Oczywiście to wielkie wyzwanie – mamy świadomość, że gdy wychodzimy na scenę, wielu ludzi stoi jeszcze w kolejce do wejścia, do szatni czy po piwo i mało kto zna naszą twórczość. Jednak zawsze to okazja, by przyciągnać uwagę nowych ludzi, sprawić, by oswoili się z nazwą. Zasady są jasne, ale jeśli jesteś profesjonalistą i zagrasz dobry show, na pewno kilkanaście osób zapamięta nazwę i po powrocie do domu sprawdzi płytę. W naszym przypadku to się sprawdziło, a koncertowanie z Bonobo i czas spędzony z całym jego teamem były fantastyczne!
Wygląda na to, że polubiła Was scena elektroniczno-klubowa, bo przychylny Wam jest nie tylko Bonobo, ale także Dixon – jeden z najpopularniejszych DJ-ów na świecie i świetny tastemaker. Czy było to dla Was zaskoczeniem?
To wielka rzecz – mieliśmy cichą nadzieję, że tak będzie, ale nie spodziewaliśmy się takiej reakcji. To bardzo motywujące, wiedzieć, że artyści, których sam cenisz znają i pomagają promować twoją muzykę.
Wolicie zatem grać w klubach czy w salach z miejscami siedzącymi?
Cóż, swego czasu sporo o tym rozmawialiśmy. Mówiąc szczerze, wydaje mi się, że Lukas by się ze mną zgodził, obecnie wolimy grać w miejscach, gdzie publiczność nie siedzi. Związane z tym są oczywiście pewne minusy – jest większy gwar, ludzie rozmawiają, chodzą do baru, ale energia jest zazwyczaj dużo większa. Lubimy też oczywiście sale siedzące, one wymuszają pewien rodzaj koncentracji na widowni, ale mieliśmy sporo świetnych doświadczeń w zadymionych klubach, w których ludzie tańczą. Trudno powiedzieć.
Na koniec zapytam, bo odpowiedzi na to pytanie są zwykle interesujące, o 5 twoich “płyt na bezludną wyspę”.
Nieźle. Niech będzie tak:
The Cinematic Orchestra “To Build A Home”
Bicep “Bicep”
Nick Drake “Pink Moon”
Bonobo “Black Sands”
Kraftwerk “3-D Der Katalog”
Rozmawiał: Automatik
Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →