OFF Festival 2014

Festiwale
Alternative Rock Electronic Experimental IDM Pop / Rock Punk Rock

Piątek, 01 sierpnia 2014
godz: 18:00

Dolina Trzech Stawów

ul. Trzech Stawów, Katowice

Pokaż na mapie Pokaż na mapie

65DAYSOFSTATIC UK
Wieść gminna niesie, że po jednym z brytyjskich koncertów na ich backstage’u pojawił się powszechnie znany jegomość. Nazywał się Robert Smith i był tak oszołomiony występem, że od razu zaproponował im rolę supportu podczas ogólnoświatowej trasy The Cure. Nie oznacza to bynajmniej, że 65daysofstatic grają melodyjny post-punk z gotyckimi naleciałościami. Choć zaczynali od klasycznego post-rocka, na każdej kolejnej płycie powiększali areał elektronicznych wpływów. Ich ostatni album zatytułowany „Wild Light” zadowoli zarówno fanów syntezatorowego shoegaze’u spod znaku M83, jak i zwolenników post-rockowej narracji w stylu Mogwai.
ADAM REPUCHA PL
Dla fanów polskiej sceny niezależnej debiut Adama Repuchy jest tym, czym dla fanów Gunsów było „Chinese Democracy”. Songwriter z Białegostoku nie spieszy się jednak z wydaniem albumu, testując naszą cierpliwość. Szansą, aby go usłyszeć są niemal wyłącznie koncerty, gdyż Repucha unika mediów i promocji w Internecie. Dopadł go dopiero Vincent Moon – francuski reżyser, autor słynnych „Take Away Shows”, który zachwycił się szczerą prostotą twórczości. Nie wiadomo, kiedy ktoś znów będzie miał dość szczęścia, więc zalecamy spotkać się z Repuchą podczas jego katowickiego koncertu.
AMEN DUNES USA
Trochę introwertyczna, trochę klaustrofobiczna muzyka Damona McMahona przysporzyła mu porównań do takich odludków jak Jandek, Skip Spence czy Alastair Galbraith. Jednak postacią, której muzyka najmocniej rezonuje z twórczością Amen Dunes jest bez wątpienia Syd Barrett. Produkcja lo-fi, hipnotyzujący głos i gitara prowadząca przez krainy psychodelii i zelektryfikowanego folku. Dla Amen Dunes muzyka zatrzymała się w czasie. Albo – aby być bardziej precyzyjnym – poza czasem.
BELLE AND SEBASTIAN UK
Jeśli ich piosenki nie lecą w każdej ze stacji, a młode dziewczyny nie mdleją na ich widok, to chyba głównie dlatego, że jest to zespół nagrywający współcześnie. A przecież przeboje Belle & Sebastian mają taką siłę, że aż trudno uwierzyć, że kiedyś ich nie było. Że nie napisał ich Simon z Garfunkelem, Beatlesi albo chociaż młody Morrissey. Przypomnijmy „Like Dylan in the Movies”, „Dear Catastrophe Waitress”, „Funny Little Frog”… te melodie same nucą się w głowie, automatycznie zgłaszając Stuarta Murdocha do grona najwybitniejszych songwriterów w historii. Do tego jeszcze te przepyszne, soczyste aranżacje. No i słodko-gorzkie, przewrotne teksty. Belle & Sebastian to klasycy, którzy nigdy nie chcieli splendoru, więc pozostali kumpelską paczką z Glasgow. Wzorcowa definicja indie-popu. I wiele więcej.
BLACK LIPS USA
W tym garażu nie sprzątano od czasów The Sonics. Dlatego też przybrudzone piosenki chłopaków z Atlanty automatycznie przenoszą do zawadiackiej psychodelii lat 60. W melodiach oraz chałupniczej produkcji Black Lips mogliby się również przejrzeć niektórzy ze współczesnych: Ty Segall czy choćby nieodżałowany Jay Reatard. Z tą jednak różnicą, że autorów „Arabia Mountain” nie ciągnie tak bardzo w stronę surowości punk rocka. Oni mają już przecież wszczepiony ten gen The Yardbirds i The Rolling Stones. I nawet trochę tak brzmią, gdy przyjmiemy poprawkę, że nie wychował ich wilgotny Londyn, tylko spalone słońcem Południe.
CEREBRAL BALLZY USA
Twierdzą, że to hołd dla Black Flag i pizzy, speed metalu i browarów w puszce. O tym ostatnim nie muszą zbyt długo przekonywać, w końcu to oni nazwali jedną ze swoich piosenek „Underage Drink Forever”. O tym pierwszym zresztą też – ich debiutancki album zionie miłością do hardcore’u z lat 80. Zauważył to zresztą sam Keith Morris, zapraszając Cerebral Ballzy na wspólną trasę z grupą OFF! (świetna nazwa, swoją drogą). W 2014 roku ukaże się druga płyta nowojorczyków „Jaded & Faded”. Producencką pieczę nad albumem objął sam Dave Sitek.
CHELSEA WOLFE USA
Pochodzi z Kalifornii, kontynuuje piękne tradycje amerykańskiego folku, chociaż sama twierdzi, że inspiruje się przede wszystkim rosyjskimi bardami i norweskim black metalem. Zresztą – to słychać. Panna Wolfe potrafi bowiem pięknie zaśpiewać swoje hipnotyzujące, mroczne piosenki, ale i nieźle nastraszyć pogrzebową atmosferą i szarpnąć nerw przesterowaną gitarą. Wydany w 2011 roku album „Apokalypsis” wydobył ją z najciemniejszych czeluści undergroundu, „Unknown Rooms: A Collection of Acoustic Songs” potwierdził z jak oryginalną i znakomitą artystką mamy do czynienia, a ubiegłoroczny „Pain is Beauty” wyniósł Chelsea do pierwszej ligi śpiewających pań. Tytuł ostatniej płyty mówi zresztą wszystko o muzyce Wolfe – tyle piękna i bólu w jednej piosence potrafiła zmieścić chyba tylko PJ Harvey w swoich najlepszych czasach.
CLIPPING. USA
Zabierają hip-hop w podobną podróż, co Shabazz Palaces czy Dälek, ale idą jeszcze dalej. Precyzyjne, szybkie, klasycznie brzmiące rapowane wersy Daveeda Diggsa co chwilę zalewa potężny hałas. Muzyka Williama Hutsona i Jonathana Snipesa (ex-Captain Ahab) to noise, w którym słychać odwołania do muzyki konkretnej, ale także do Fuck Buttons. Ta muzyka potrafi znokautować, ale warto podjąć wyzwanie i stanąć w ringu.
DEAFHEAVEN USA
Tym, co zbyt zajęci byli debatowaniem, czy Deafheaven to jeszcze black metal czy już może jakiś hipsterski post-rock, być może umknął fakt, że Amerykanie nagrali jedną z najbardziej wychwalanych płyt 2013 roku. „Sunbather” to wielowątkowa, brawurowa, eksperymentalna impresja na temat: „Jak mógłby dziś brzmieć metal, gdyby odrzucił wygodę utartych ścieżek i bariery stereotypów”. Jak sprawdza się ten wychwalany przez wszystkich – od Pitchforka, przez „Rolling Stone”, po „Decibel”, aż trudno uwierzyć, że to możliwe! – materiał na żywo, przekonamy się już w sierpniu w Katowicach.
DEAN WAREHAM USA
Cztery lata temu gościliśmy na OFF Festivalu duet Damon And Naomi – muzyków wywodzących się z kultowego Galaxie 500. W tym roku do Katowic przyjedzie wokalista i gitarzysta słynnego slowcore’owego trio – Dean Wareham. Urodzony w Nowej Zelandii muzyk miał od tego czasu jeszcze kilka projektów, jednak na Śląsku wykona również utwory swojej macierzystej formacji. Jego ciepłe, unurzane w pogłosach piosenki idealnie łączyły rozmarzony charakter Slowdive z wyrosłą na amerykańskim gruncie melancholią Low czy Codeine. Piosenki Galaxie 500 to wspaniały dowód na to, że nie trzeba nadmiernie kombinować, by próbę czasu przejść bez najmniejszego szwanku.
DIRTY BEACHES KANADA
Przyszedł na świat w Tajpej, mieszka w Montrealu. Trudno się więc dziwić, że piosenki, które pisze Alex Zhang traktują o uchodźcach, podróżnikach, postaciach, którym brakuje okazji, by ogrzać się w cieple domowego ogniska. Bardziej zaskakuje sposób, w jaki Dirty Beaches snuje swoje opowieści. Posiłkując się zarówno loopami, jak żywymi instrumentami, muzyk buduje kompozycje, które odnoszą w świat rockabilly, lo-fi i no wave. Brzmi znajomo? Tak, wygląda na to, że następca Suicide urodził się na Tajwanie.
EARTH USA
Na początku był drone. Przeciągły, charczący dźwięk, który nie chciał się skończyć. Brzmiało to wszystko jak Black Sabbath na narkotykach Velvet Underground. Jak Godflesh coverujące La Monte Younga. Słowem, brzmiało to dziwnie. I bardzo garażowo. I głośno. Wywodzący się z Seattle zespół szybko zdobył sobie grupę wiernych fanów, rozbudzając modę na drone’y. Powoływali się na nich Sun 0))), Boris czy Jim Jarmusch w filmie „The Limits of Control”. Gdy popularność rosła, ekipa Dylana Carlsona postanowiła zmienić oblicze, kierując się w stronę instrumentów akustycznych i brytyjskiego folku sprzed czterech dekad. Od roku Earth pracuje jednak nad nowym materiałem. Carlson żartuje, że ma być to album na jego kryzys wieku średniego. Niezależnie od tego, z jakim repertuarem przyjadą wieczór w katowickim Kościele Ewangelicko-Augsburskim zapowiada się hipnotyzująco.
EUGENIUSZ RUDNIK PL
Jeden z pionierów muzyki elektronicznej i elektroakustycznej w Polsce. Jako inżynier i reżyser dźwięku w wybitnym na światową skalę Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia Rudnik współpracował m.in. z Karlheinzem Stockhausenem, Krzysztofem Pendereckim czy Arne Nordheimem. Widocznie te spotkania nauczyły go wiele, bo jego osiągnięcia kompozytorskie cechował wcale niemniejszy kunszt. Przygotowywane w najważniejszych studiach elektronicznych całej Europy (m.in. Kolonia, Paryż, Sztokholm) utwory Rudnika były prezentowane na wielu międzynarodowych festiwalach. Polski kompozytor złapał drugi oddech w 2009 roku, gdy ukazał się specjalny box prezentujący jego pionierski dorobek. Album rozszedł się w mgnieniu oka. Jeśli więc chcecie posłuchać ikony Studia Eksperymentalnego, zapraszamy do Katowic.
FUCK BUTTONS UK
Jeśli ktoś potrzebuje kolejnych powrotów Massive Attack czy Portishead, to na pewno nie Bristol. Kolebka trip-hopu ma już nową gwiazdę, która świeci jak supernowa. Andrew Hung i Benjamin Power zaczęli od inspiracji Aphex Twin i Mogwai, by kilka lat później zagrać pierwsze skrzypce na największej masowej imprezie roku. Nie chodzi o żaden festiwal muzyczny, ale o inaugurację Igrzysk Olimpijskich, podczas której widzowie na całym świecie usłyszeli potężne „Olimpians”. Po takim sukcesie Fuck Buttons bynajmniej nie złagodnieli. Ich najnowsza płyta „Slow Focus” roztacza apokaliptyczne wizje przy akompaniamencie potężnych bitów i armii syntezatorów. Taką muzykę nagrywałby Giorgio Moroder, gdyby urodził się w upadającym Detroit.
GARY WILSON ANA THE BLIND DATES USA
Zachwyciła was historia Sugar Mana? Cóż, Gary Wilson ma podobną, a do tego gra znacznie ciekawszą muzykę. Enigmatyczny Amerykanin kombinował z awangardą, ale jakże mogło być inaczej, skoro jako nastolatek poznał samego Johna Cage’a. Wilson balansował więc na granicy nowej fali i muzyki eksperymentalnej. W 1977 roku wydał zaskakującą, wizjonerską płytę „You Think You Really Know Me”, którą podbił serca The Residents czy Becka Hansena. Tworząc tak odważną muzykę, nie mógł jednak liczyć na poważną karierę, więc zniknął. Przepadł do tego stopnia, że kolejni zachwycający się jego twórczością fani rozpoczęli śledztwo w celu wytropienia go. Zaangażowano nawet profesjonalnego detektywa. Wilson odnalazł się po ponad dwudziestu latach. Okazało się, że pracował w klubie ze striptizem. Zachęcony determinacją fanów postanowił wrócić i rzucił się w wir nagrywania. Ostatecznie, ma przecież co nadrabiać.
GLENN BRANCA USA
W nowojorskiej mitologii bóg hałasu i patron obezwładniającego przesteru. Poza tym jedna z najważniejszych postaci sceny no wave. Gdy jego zespół (Theoretical Girls) nie spotkał się z należnym mu odzewem, rozpoczął karierę solową. Od tego czasu nagrywa ogłuszające, choć przecież precyzyjnie skomponowane, symfonie gitarowe. Słychać w nich wpływy zarówno Steve’a Reicha, jak i The Velvet Underground. W grupie Branki swoją przygodę z muzyką rozpoczynali gitarzyści Swans i Helmet. Granie pod jego okiem było tak prestiżową sprawą, że pewna znajoma potrafiła chodzić za nim miesiącami, by tylko przyjął do zespołu jej chłopaka. Udało się i chyba dobrze, bo ona nazywała się Kim Gordon, a on – Thurston Moore. Dalszą historię znacie.
Ważna informacja – Glenn Branca będzie kuratorem jednego dnia na Scenie Eksperymentalnej! Więcej szczegółów już niebawem.
HOLDEN (live) UK
Nie było go tak długo, że w zasadzie nikt już na niego nie czekał. A on wrócił i pokazał innym miejsce w szeregu. „The Inheritors” – jego pierwszy album od siedmiu lat zebrał świetne recenzje i został wybrany najlepszą płytą 2013 roku przez specjalizujący się w elektronice portal Resident Advisor. Trudno się dziwić, skoro Brytyjczyk przez ponad 70 minut błyszczy erudycją. Holden przywraca pamięć o analogowych syntezatorach KLF, kosmicznych podróżach Cluster i ezoteryce brytyjskiej psychodelii sprzed półwiecza. Nie boi się również tanecznych form, o czym zaświadczy ekstatyczna, house’owa „Renata”. Ten lekko zapomniany dziesięcioboista w ubiegłym roku wygrywał w każdej możliwej dyscyplinie.
THE JESUS AND MARY CHAIN UK
Pionierzy shoegaze’u, a także as pik w talii dźwiękowych terrorystów. Gdyby był to koncert klubowy, radzilibyśmy wam zabrać kaski i ochraniacze na zęby. Tak, pierwsze koncerty The Jesus And Mary Chain trwały po kilkanaście minut. Później – z powodu ogólnej rozróby – trzeba było przerywać i walczyć o życie. Tę niepohamowaną energię uwalniały potężnie przesterowane gitary Szkotów, które nawiązywały do brzmień The Velvet Underground czy The Stooges. Bracia Reid kontrowali jednak punkową furię zaskakująco pięknymi, niemal popowymi melodiami. Świetnym przykładem takiego kontrastu było singlowe „Just Like Honey”, po które sięgnęła zresztą Sofia Coppola, przygotowując soundtrack do „Między słowami”. Nie ma dość miejsca w internecie, by wymienić wszystkie zespoły, które zainspirowali The Jesus And Mary Chain. Zwłaszcza, że robią to dalej. Jedyne, co się zmieniło, to fakt, że dziś już nie prowokują bójek.
KASECIARZ PL
Trzy lata temu udowadniał nam, że można być surferem w Małopolsce. W ubiegłym roku powrócił, by nieść nam „Motörcycle Rock And Roll”, czyli psychodelię, garaż, surf – w skrócie „dziadostwo rock”. Szczęśliwie jakość dźwięku jest tu odwrotnie proporcjonalna do wartości estetycznej. Muzyka Macieja Nowackiego wyrywa z butów, a przecież – jak sam przyznaje – wziął się za muzykę tylko po to, by na imprezach opowiadać, że robi w kulturze.
LEE BAINS III USA
Typowy chłopak z Alabamy. Zakochany w tradycyjnym rocku i uczący się podstaw śpiewu w kościelnym chórze. Później jednak przyszły studia w Nowym Jorku i powiew wielkiego świata. Bains się jednak nie zachłysnął. Gdy skończył szkołę, wrócił w rodzinne strony i założył zespół grający tradycyjnego Southern rocka w klimacie The Dexateens, Drive-by Truckers czy nawet Boba Segera. Czyli kolejna stylizacja? Nic z tych rzeczy, to już płynie w żyłach chłopaków z Alabamy.
LOOP UK
Balansując pomiędzy space rockiem, shoegaze’em i psychodelią, nie znali granic. W ich twórczość odbijały się echa The Jesus & Mary Chain, Faust czy The Stooges, jednak Loop nigdy nie zdobyli zasłużonej popularności. Nagrywali w cieniu eksplodującej sceny shoegaze’owej czy pobratymców ze Spacemen 3. Sprawiedliwości stało się jednak za dość, bo grupa z południowego Londynu powróciła w blasku chwały. Dość powiedzieć, że Loop w ubiegłym roku objęli kuratelą festiwal All Tomorrow’s Parties, a w tym – holenderskie Roadburn. W Katowicach mają prostsze zadanie. Mają nas po prostu wystrzelić w kosmos.
LOS CAMPESINOS UK
Walijczycy podążają śmiało ścieżką wydeptaną przez rodaków z Super Furry Animals. Ich pop jest zakręcony, ale trudno się od niego opędzić. Szeroki skład i bogate aranżacje mogą przywodzić na myśl dokonania Belle & Sebastian, a nawet Broken Social Scene, gdyż Los Campesinos! nie straszny też dźwięk przesterowanej gitary. Wydane w ubiegłym roku „No Blues” to najbardziej dojrzały album w historii zespołu – opakowany w piękne harmonie, uderzający potężnymi refrenami i dźwiękowym bogactwem.
LYLA FOY UK
Jej debiut w barwach Sub Pop powinien być sporym wydarzeniem. Lyla Foy ma bowiem papiery na gwiazdę dużego formatu. Jej melancholijne piosenki są oszczędne w środkach, minimalistyczne, przez co świetnie eksponują jej głos. A jest co eksponować. Artystka ma w sobie tę samą miękkość i enigmę, które cechują Kate Bush czy Lykke Li. Debiutanckie „Mirrors the Sky” ukaże się jeszcze w marcu i powinno nieźle namieszać.
MICHAEL ROTHER PRESENTS THE MUSIC OF NEU! AND HARMONIA DE
Przeszłość była dramatyczna, przyszłość niepewna, a teraźniejszość drwiła piórem brytyjskich krytyków. Grali więc kosmos. Mieli motoryczny rytm, psychodeliczny trans i gitarowy zgiełk. Z determinacją pisali kompletnie nowy rozdział w historii muzyki. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Iggy Pop zachwycał się, że muzyka NEU! wymyka się wszystkim znanym mu szufladkom. Brian Eno przyleciał na hamburski koncert Harmonii, by prosić o możliwość współpracy. W końcu do Michaela Rothera zadzwonił sam David Bowie i zaproponował udział przy nadchodzącym albumie. Niestety, wytwórnia przestraszyła się ewentualnych rezultatów. Zawiedziony Brytyjczyk nazwał więc płytę tytułem jednego ze swoich ulubionych utworów NEU! – „Heroes”. Bardzo możliwe, że ta kompozycja zabrzmi podczas specjalnego, przekrojowego koncertu Michaela Rothera na tegorocznym OFF Festivalu. Niemiecki artysta zagra w Polsce po raz pierwszy. Będzie kosmicznie.
NEUTRAL MILK HOTEL USA
Jedną z najważniejszych scen w historii amerykańskiego indie-rocka był kolektyw The Elephant 6. Najważniejszą płytą jaką zrodziła wyobraźnia tych muzyków było zaś „In the Aeroplane Over the Sea” grupy Neutral Milk Hotel. Kultowy już dziś album wciąż gwarantuje tony emocji, łącząc folkowe melodie z brzmieniem spod znaku lo-fi. Rozedrgany głos Jeffa Manguma opowiada historie, w których nawiązuje między innymi do tragicznych losów Anny Frank. Niepowtarzalny rezultat zachwycił nie tylko dziennikarzy serwisu Pitchfork (4. miejsce w rankingu najlepszych płyt lat 90.), lecz także muzyków Arcade Fire i The Decemberists, w których twórczości pobrzmiewają wyraźne echa pomysłów tej wspaniałej grupy.
NORMAL ECHO PL
Dwa lata po ostatnim wydawnictwie duetu Niwea powraca Dawid Szczęsny. Kompozytor związany od kilkunastu lat z ambitną muzyką elektroniczną przypomina o sobie w dość zaskakujący sposób. Jego nowe wcielenie – Normal Echo czerpie garściami ze stylistyki zimnej fali. Surowe, mechaniczne podkłady świetnie korespondują z wykrzyczanymi, bezpośrednimi tekstami. W Katowicach Szczęsny będzie promował album „Private behaviour”, który ukazał się na początku roku nakładem wytwórni Latarnia.
THE NOTWIST DE
Najbardziej brytyjski z niemieckich zespołów powrócił w świetnym stylu. Na wydanym właśnie w Sub Pop „Close to the Glass” Bawarczycy prezentują to, w czym są najlepsi – mieszają elektroniczne pętle i breaki z brzmieniem żywych instrumentów. Nic dziwnego, że w prasie wciąż porównuje się ich do takich tuzów jak Radiohead, Hood czy Stereolab. Zresztą, dokładnie tak jak ich ulubieńcy, The Notwist nie boją się też zaskakiwać. Przypomnijmy chociażby ich wspólny projekt z Themselves – 13 & God, w którym nagrywają eksperymentalny hip-hop pod banderą Anticon. A przecież mogliby w nieskończoność grać swoje melancholijne hymny rodem z kultowego „Neon Golden”. Na szczęście mają inne plany. Cieszymy się, że możemy być ich częścią.
ORANSSI PAZUZU FIN
Istnieje teoria, zgodnie z którą wszystkie najlepsze zespoły rockowe mają mieć w nazwie jakiś kolor. Wiecie: Black Sabbath, Pink Floyd, Deep Purple… Czas dodać do tej listy Oranssi Pazuzu (pierwsze słowo to „pomarańczowy”, drugie oznacza groźnego demona z mitologii babilońskiej), choć akurat ten zespół nigdy nie osiągnie statusu wyżej wymienionych. Nie z tą muzyką. Nazywani czasem blackmetalowym Hawkwind, a innym razem wynalazcami kraut-death metalu, Finowie w sobie tylko znany sposób łączą wolność i trans psychodelicznego rocka lat 70. z bezkompromisowością oraz brzmieniami charakterystycznymi dla całkiem współczesnego black metalu. Trzeci album Oranssi Pazuzu, zatytułowany „Velonielu”, to jedna z najlepszych płyt z muzyką ekstremalną minionego roku. Wydana została przez Svart Records – warto zwrócić uwagę również na inne pozycje z katalogu tej wytwórni. Takiej Finlandii nie znaliście…
PERFECT PUSSY USA
Choć na scenie wygląda jak Alice Glass, Meredith Graves i jej zespół brzmią raczej jak Iceage czy wczesne Japandroids. W ich muzyce odnaleźć można również echa ruchu riot grrrl i mocno przesterowanego noise-rocka. Amerykańskie media z wielkim entuzjazmem rozpisują się o demówkach Perfect Pussy, wyczekując pełnoprawnego debiutu. „Say Yes to Love” ukaże się w marcu, wtedy też zespół wyruszy w trasę. Jednym z ich przystanków będą Katowice.
PERFUME GENIUS USA
W swojej kameralnej twórczości Mike Hadreas ukazuje się jako utalentowany spadkobierca Xiu Xiu i Anthony & The Johnsons. Cechuje go nie tylko podobna wrażliwość, ale także dobór postaci, których portrety kreśli na swoich płytach. Perfume Genius śpiewa o złamanych nadwrażliwcach, ofiarach przemocy, przyszłych samobójcach pielęgnujących swe traumy. Muzyka towarzysząca tym niełatwym historiom jest ujmująco oszczędna i niepokojąco przyjazna. Liryczne frazy pianina, delikatne pacnięcia w perkusję, subtelne chórki i ten głos – szczery, kruchy i przepełniony emocjami. Drzemie w nim jednak odwaga, która każe mu nie unikać trudnych tematów i zaskakujących perspektyw. YouTube usunął jeden z jego klipów, wywołując burzę w środowisku artystycznym. Na OFF Festivalu będzie mógł być sobą. Prawdę mówiąc, na to właśnie liczymy.
PIONAL HISZPANIA
Właściwie: Miguel Barros. Pochodzący z Madrytu wokalista, producent i twórca remiksów. OFF-owej publiczności oraz fanom wysmakowanego house’u dał się już poznać jako współpracownik Johna Talabota. Pional występował również jako suport podczas koncertów The xx. Ostatecznie Young Turks – wytwórnia wydająca obu jego artystycznych patronów – zaproponowała współpracę i jemu. W ubiegłym roku ukazała się jego solowa epka „Invisible/Amenaza”, która uwypukliła popowe ciągoty Hiszpana. Nogi ruszają się same. Pional zastępuje w składzie naszego festiwalu Jacquesa Greene’a.
PROTOMARTYR USA
Kiedyś znane głównie za sprawą samochodów, Motown i Granta Hilla upadłe Detroit wyrasta powoli na potęgę na post-punkowej scenie. Do zacnego grona Tyvek czy Bars of Gold dołącza właśnie Protomartyr. Gdzieś pomiędzy surowością Iceage, a wszechogarniającym mrokiem The Birthday Party. Jak to mówią: męskie granie. Ich nowy album „Under Color of Official Right” ukaże się w kwietniu nakładem Hardly Art, pododdziału Sub Pop.
ROSE WINDOWS USA
Dowodzony przez Chrisa Cheveyo septet pragnie udowodnić, że pisanie nowatorskiej muzyki nie wymaga podróży w przyszłość. Zamiast stawiać na futuryzm Rose Windows żenią psychodelię Zachodniego Wybrzeża z indyjskim instrumentarium czy perskim transem. Klawisze grają jak na płytach Doorsów, gitary tną jak Led Zeppelin, a wokal uderza z siłą Jefferson Airplane, a przecież nie sposób powiedzieć: „ale to już było.”
WILD BOOKS PL
Kto powiedział, że korzennego, brudnego, spalonego Słońcem rocka można grać tylko w Teksasie czy innym Tennessee. Duet Wild Books pokazuje, że śladami Jacka White’a i The Black Keys można ruszyć także w nadwiślańskim garażu. Wydane w tym roku debiutanckie „Wild Books” pokazuje retro-rocka w całej jego kopiącej tyłek okazałości.
WOLF EYES USA
Industrial, noise, free jazz, hardcore, metal i elektroniczna awangarda – wszystko, co może boleć. Grupa dowodzona przez Nate Younga mocno pracuje na porównania z takimi tuzami jak Merzbow, Einstürzende Neubauten czy Throbbing Gristle. Terroryzują hałasem, przyprawiają o ciarki atmosferą rodem z horrorów i hipnotyzują beznamiętnym wokalem. Nie oczekujcie krainy łagodności.
SLOWDIVE UK
W ubiegłym roku gościliśmy My Bloody Valentine, teraz czas na ich wybitną konkurencję. Slowdive znów grają i ruszają w trasę. Niewykluczone, że wśród ich koncertowej publiki pojawią się członkowie Sigur Ros, Mogwai czy M83, bo żadnego z tych zespołów nie byłoby bez nagrań kapeli z Reading. Do fascynacji harmoniami Slowdive, ich melodycznym geniuszem i brzmieniową głębią przyznawali się także muzycy Radiohead czy Low. Dlatego „Just for a Day” czy „Souvlaki” to dziś już albumy absolutnie kultowe. Nie tylko z powodu ich wpływu na współczesną alternatywę, lecz także dzięki obezwładniającemu pięknu tych piosenek. A przecież to tylko jedno oblicze Slowdive, którzy nigdy nie bali się też eksperymentów, o czym świadczy współpraca z Brianem Eno czy wycieczki na terytorium ambient-techno lub country. Nie możemy się już doczekać, by znów zanurzyć się w ich magicznym pogłosie. I odlecieć. Choćby na „Souvlaki Space Station”.
ORCHESTRE POLY-RYTHMO DE COTONOU
Historia tej niesamowitej grupy sięga czasów tak odległych, że w nazwie zespołu znajdował się jeszcze odwołanie do państwa Dahomej, które to w 1975 roku przekształciło się w Benin. Zespół dowodzony przez gitarzystę Mélomé Clémenta mógł zresztą nie dostrzec tychże zmian, ponieważ pracował w morderczym tempie. Przez kilkanaście lat swojej działalności Poly-Rythmo nagrało ponad pięćdziesiąt płyt. Ich muzyka to hipnotyzująca mieszanka funku, afrobeatu, rumby a nawet jazzu. Jednak w przeciwieństwie do Funkadelic wciągające rytmy czerpali z lokalnych tradycji voodoo. Grupa powróciła w glorii i chwale na fali zainteresowania muzyką afrykańską i dzięki działalności takich wydawnictw jak Analog Africa, Strut czy Soundway. W 2011 roku ukazała się płyta „Cotonou Club”, która zebrała świetne recenzje w zachodniej prasie. „Thank you for talking to me Africa” – śpiewał Sly & Family Stone, my dziękujemy za śpiew i taniec, bez którego z pewnością się nie obejdzie.
ANDREW W.K.
Z okładki debiutanckiej płyty spogląda na nas znudzony facet z rozkwaszonym nosem. To Andrew W.K., a samo zdjęcie mogłoby obrazować jego trasę po Wielkiej Brytanii, gdy rozentuzjazmowany tłum dosłownie go znokautował. „Skąd to szaleństwo?” – zapytacie. Cóż, długowłosy Amerykanin to nie tylko wszechstronnie wykształcony muzyk, ale także prawdziwa osobowość. Trochę komik, trochę performer, którego do współpracy zapraszały zarówno największe uniwersytety, jak i stacja MTV. Na swoich płytach łączy popową melodyjność i metalowy image, bawiąc się ich wspólnym mianownikiem – tandetą. Nie oznacza to jednak, że Andrew W.K. nie potrafi być poważny. W ostatnich latach produkował płytę Lee „Scratch” Perry’ego, a także występował z Current 93. Tak, niełatwo za nim nadążyć.
JOHN WIZARDS
Choć zespół założyli obywatele Rwandy i RPA, korzenie tej muzyki nie są jednoznacznie afrykańskie. Zamiast sekcji rodem z afrobeatu dostajemy tu raczej dźwięki z empecetki, a częściej niż funkujące gitary usłyszymy nieregularne klawiszowe plamy. John Wizards jest często porównywany do takich twórców jak The Range i Bibio, choć nie brakuje i takich, którzy w pokręconych produkcjach Johna Withersa słyszą echa Hudsona Mohawke czy Clamsa Casino. Bardziej tradycyjny wydaje się już śpiew Emmanuela Nzaramby, stąd też w przebojowym „Lusaka By Night”… pociągnięto go autotune’em. Nic więc dziwnego, że debiutancki album grupy wydała, specjalizująca się w nieszablonowej elektronice, wytwórnia Planet Mu. Szczęśliwie ich muzyka nie zdążyła przez to spochmurnieć i wciąż emanuje słoneczną aurą.
XENIA RUBINOS
Niech nie zwiedzie was jej egzotyczne imię oraz puertorykańskie korzenie – Rubinos z muzyką latynoską łączy bardzo niewiele. Co jest o tyle zaskakujące, że artystka łączyć uwielbia, zestawiając angielski z hiszpańskim, synkopowany rytm z beatboxem, a punkowy przester z ogólną wesołością swoich nagrań. Ma w sobie coś z St. Vincent, ma coś z tUnE-yArDs. Jeśli uda się wam wyobrazić sobie sytuację, w której Tyondaia Braxtona zastępuje w Battles Juana Molina, to jesteście całkiem blisko. Najlepiej jednak, jeśli sięgniecie po jej debiutancki album „Magic Trix”, którym zachwycał się między innymi recenzent portalu Pitchfork. Zachwycał i zdumiewał, bo taka to już muzyka.
HOOKWORMS
Jakieś pięć lat temu z wielką siłą powróciła moda na hipnotyzującą i nieźle zachwaszczoną muzykę psychodeliczną. Trend ten uaktywnił się przede wszystkim w miejscach słonecznych i ciepłych, takich jak Kalifornia (Wooden Shjips), Texas (Sun Araw) czy Australia (Tame Impala), ale dotarł także do Wielkiej Brytanii. Cóż, dziedzictwo wczesnych Floydów, Spaceman 3 czy Loop zobowiązuje. Zdają sobie z tego sprawę panowie z Hookworms, którzy z impetem wkroczyli na tę właśnie ścieżkę. Debiutanckim albumem „Pearl Mystic” kwintet z Leeds szybko zdobył sobie przychylność krytyków (m.in. płyta roku 2013 według Drowned in Sound) oraz publiczności. Do tej ostatniej zaliczają się zresztą, kibicujący chłopakom Bobby Gillespie oraz Julian Cope. Niezły start, nie ma co.
THE JULIE RUIN
Nie jest prawdą, że historię punk rocka napisali mężczyźni. Nie wierzycie, obejrzyjcie „The Punk Singer” – dokument dedykowany Kathleen Hanna, liderce kultowego zespołu Bikini Kill. Obecnie wokalistka stoi na czele zespołu The Julie Ruin, który w ubiegłym roku wydał swój debiutancki album w słynnej dla amerykańskiego punk rocka wytwórni Dischord. Choć muzyka Hanny nie jest już tak wściekła i surowa jak w latach 90., płyta „Run Fast” stanowi świetna post-scriptum dla sceny Riot Grrrl  i zespołów takich jak Sleater-Kinney, Heavens to Betsy czy Bratmobile.
JONATHAN WILSON
Ten długowłosy songwriter cieszy się nie byle jaką estymą w folkowym środowisku. Dość powiedzieć, że na jego drugiej płycie zagrali David Crosby, Graham Nash i Patrick Sansone z Wilco. Mało? Dodajmy więc, że tekst do jednego z utworów napisał sam Roy Harper. Tych zasłużonych muzyków musiał rozczulić sposób, w jaki Wilson ożywia trochę zapomnianą tradycję sceny Laurel Canyon, którą w latach sześćdziesiątych tworzyli Buffalo Springfield, Love czy właśnie Nash. Jeśli przydałyby się wam bardziej współczesne odniesienia, to z pewnością w jego psychodelicznym folku odnajdą się fani takich artystów jak John Grant czy Father John Misty. Bon Iver też będzie pasował, ale tylko ten sprzed opuszczenia leśniczówki.
THE RANGE
Młody producent z Rhode Island bacznie przygląda się temu, co w elektronice nowe, mając przy tym spory sentyment do tego, co działo się na tym polu jeszcze w latach 90. Sprytnie operując samplami, przywołuje echa leniwego r’n’b. Jego produkcje mogą przypominać o wolniejszych utworach Aphexa Twina czy Lone, choć Amerykanin potrafi również przyspieszyć i ruszyć w stronę jungle czy footworku. Ukrywający się pod pseudonimem The Range James Hinton ma nie tylko szerokie horyzonty, ale wszystkie te inspiracje potrafi przełożyć na spójny muzyczny język. Kojący, lekko oniryczny, wprowadzający w błogostan.
BO NINGEN
Luźne stroje i luźno prowadzone kompozycje – Bo Ningen mogli wyjechać do Londynu, ale w ich muzyce wciąż tkwi orientalne szaleństwo, które opętało onegdaj Melt Banana, Acid Mothers Temple czy – trochę dawniej – Flower Travellin’ Band. Androgeniczny wokalista Taigen Kawabe miota się po scenie, a z nim jego głos przechodzący od groźnego krzyku po wysoki, trochę piskliwy wokal. W muzyce Bo Ningen słychać także nowojorskiego punk rocka spod znaku The Stooges oraz otwartość formalną kapel krautrockowych. Nie bez kozery dwa lata temu nagrali płytę z Damo Suzuki. Przygotujcie się na niespodziewane!
LE1F
W zmaskulinizowanej kulturze hiphopowej rapujące kobiety zawsze miały ciężko. Geje – nie, bo tych w zasadzie nie było. Przynajmniej oficjalnie. Pojawili się dopiero wraz z takimi artystami jak Zebra Katz, Mykki Blanco czy właśnie Le1f. Ten ostatni zaczynał zresztą w grupie Das Racist, z którą pracował przy przełomowym mixtapie „Shut Up, Dude”. Szybko postanowił jednak rozpocząć karierę solową, w swoich utworach często opowiadając o swojej seksualności. Jego producencki styl sprawia, że jego muzykę można postawić obok nagrań wspomnianego Mykki Blanco, ale także Azealii Banks. I tak jak pozostali, tak i Le1f wydaje się nieźle pokręconym gościem. Trudno się dziwić, któż inny wyprodukowałby „Combination Pizza Hut and Taco Bell”?
SVENGALISGHOST
Frankiego Knucklesa nie ma już z nami, ale jego duch wciąż nawiedza chicagowską muzykę. Na pewno jest tak w przypadku Svengalisghost, który w swojej muzyce sięga do bogatej tradycji house’u. Jeśli zaś jego sety nie są w całości dedykowane jednemu gatunkowi, to dlatego, że traktuje je jak historie do opowiedzenia (swoją drogą zdarza mu się łapać za mikrofon i dopowiadać coś do rozpędzonego bitu). Czasem sięgnie po techno, czasem po elektro – wszystko w jednym celu: poszukiwania muzyki przyszłości.
JAHILIYYA FIELDS
Ten enigmatyczny producent związany z L.I.E.S. tworzy muzykę, która nie całkiem przystaje do katalogu tejże oficyny. Zamiast energicznego, nafaszerowanego nowinkami house’u tu dostajemy solidną porcję muzyki kosmicznej. Przy pomocy analogowych syntezatorów Jahiliyya Fieldstworzy dźwięki i przestrzenie, których nie powstydziłby się ani Prins Thomas, ani Etienne Jaumet, ani nawet Manuel Göttsching.
RON MORELLI
DJ, producent oraz przede wszystkim założyciel i mózg wytwórni L.I.E.S. Wydawnictwa, o którym Resident Advisor określił w ubiegłym roku wyznaczającą trendy w podziemnej muzyce tanecznej. Sam w swoich produkcjach niekoniecznie trzyma się parkietu, o czym przekonał nas w tym roku, wydając eksperymentalne, mroczne, trochę ambientowe „Periscope Blues”. Zakładając jednak, że do Katowic przyjeżdża przy okazji showcase’u wytwórni L.I.E.S., możemy przypuszczać, że… no cóż, szykujcie się do tańca.
Kapela Brodów
Działalność tej polskiej grupy idealnie wpisuje się w obchody roku Oskara Kolberga. Kapela Brodów nie tylko wykonuje bowiem polską muzykę ludową sięgającą nawet XVII wieku, lecz także prowadzi badanie terenowe i dokumentuje tradycje polskiej wsi. W swoim repertuarze zespół ma zarówno pieśni świeckie, jak i religijne: obok mazurków i oberków możemy usłyszeć więc kolędy oraz pieśni maryjne. Dbając o to, by oddać ducha czasów i specyfikę każdego regionu, Kapela Brodów sięga po tradycyjne instrumentarium (lira korbowa, suka biłgorajska, basy kaliskie) i melodykę, w której muzyka sakralna (chorał) zostaje przepuszczona przez ludową wrażliwość.
Same Suki
Pięć kobiet, które postanowiły opowiedzieć muzykę ludową po swojemu. Nazwę zespołu zaczerpnęły od suki biłgorajskiej – jednego z wielu tradycyjnych instrumentów, które wykorzystują w swojej muzyce. Pomimo sięgania po ludowe melodie kwintet operuje nimi bardzo swobodnie, pisząc uwspółcześnione aranżacje oraz autorskie teksty. Wokalnie również nie powinniśmy spodziewać się białego śpiewu, gdyż Same Suki – jak wskazuje tytuł ich debiutanckiego albumu – są „Niewierne”. Wszystko po to, aby ludowość uwspółcześnić, odkurzyć i wyprowadzić z omszałego skansenu.
Frank Fairfield
Choć jego historia rozgrywa się w XXI wieku, mogłaby posłużyć za scenariusz ostatniego filmu braci Coen. Kalifornijski muzyk szwendał się po okolicy, podejmował sezonowych, fizycznych prac i zasłuchiwał się w starych nagraniach mistrzów folku i bluegrass. Sam ćwiczył się w grze na banjo, gitarze i skrzypcach, by dorabiać, wykonując tradycyjne utwory na kalifornijskich ulicach. Któregoś dnia usłyszał go pewien muzyczny menedżer, który od razu dostrzegł talent Fairfielda. Załatwił mu występ na trasie przed Fleet Foxes, kontrakt z wytwórnią Tompkins Square, a później wszystko samo się już potoczyło. Grając zarówno tradycyjne pieśni z Appalachów, jak i tworząc własną muzykę w duchu Doca Watsona, Amerykanin zachwyca nieokrzesaną ekspresją, ujmuje bezpośredniością i powala opowieściami, w których przegląda się całe stulecie folkowych odludków.
Jerusalem In My Heart
Ten enigmatyczny, międzynarodowy projekt łączy współczesną muzykę arabską z awangardową, elektroniczną produkcją. Zespół został założony przez Radwaan Ghazi Moumneha – libańskiego muzyka, który dzieli swój czas pomiędzy Bliski Wschód, a niezależną scenę kanadyjską. W Jerusalem In My Heart wspierają go jeszcze francuski producent Jérémie Regnier oraz chilijska artystka wizualna – Malena Szlam Salazar. Nad swoją muzyką pracowali latami, choć aż do 2013 roku nie zgadzali się na żaden zapis, tudzież dokumentację swojej twórczości. Próbowali różnych formuł – od jednoosobowych występów Moumneha, po audiowizualne rytuały, w których udział brało nawet 35 muzyków. Ostatecznie w ubiegłym roku ukazał się album „Mo7it Al-Mo7it”, na którym dźwięki buzuki sąsiadują z syntetycznym basem, a bliskowschodnie ślubne melizmaty z – no cóż – bardziej świeckim bitem.

DakhaBrakha
„DakhaBrakha” – to zestawienie, które oznacza po ukraińsku: „dawaj/bierz”. W przypadku kijowskiego zespołu taka filozofia przejawia się w czerpaniu z bogatego dziedzictwa muzyki folkowej (nie tylko własnej, gdyż grupa wykorzystuje też instrumenty afrykańskie czy indyjskie) i implementowaniu go w autorską muzykę. Kwartetowi przewodzi Vladyslav Troitskyi – reżyser związany z teatrem eksperymentalnym i kijowskim Centrum Sztuki Współczesnej. Te doświadczenia przekładają się na występy DakhaBrakhy, które są wyjątkowe także na poziomie wizualnym. Koncerty kijowskiej grupy zawsze cechowała energia i chwytający za serce, liryczny przekaz – w tym roku będzie on emocjonalny jak nigdy.
Karpaty Magiczne
Niełatwo ich rozgryźć – nigdy nie było. Wiele lat temu amerykański portal Allmusic, starając się wytłumaczyć ich muzykę, porównywał Karpaty Magiczne do Can i Godspeed You! Black Emperor. Oni sami – to jest Anna Nacher i Marek Styczyński – twierdzą, że ich twórczość jest wypadkową muzyki eksperymentalnej i etnicznej potraktowanej freejazzową improwizacją. Wywodzący się z grupy Atman artyści skrupulatnie powiększają, imponująca już, kolekcję instrumentów, zabierając swoje dźwięki w podróż dookoła świata. Ich magiczna, pełna tajemnic muzyka zeszła już z łuku Karpat i w swoich poszukiwaniach nie zna granic. Nie tylko tych na mapie.
Mark Ernestus Presents Jeri Jeri
Ernestus to dla fanów muzyki klubowej postać niemal kultowa. Jak bowiem mówić inaczej o producencie, który wraz z Moritzem Von Oswaldem przecierał szlaki dub-techno w duecie Basic Channel? Berlińczycy od samego początku wykazywali słabość dla muzyki świata (zwłaszcza tej jamajskiej), a dziś możemy już chyba powiedzieć, czyja to była zasługa. Występując pod własnym nazwiskiem, Mark Ernestus zgłębia afrykańskie tradycje. Najbardziej pociąga go muzyka Senegalu – mbalax i twórczość ludu Sererów. Po pracach nad składanką „Shangaan Electro” założyciel wytwórni Hardwax podjął współpracę z perkusyjnym kolektywem Jeri-Jeri, by na wspólnych płytach odnajdywać zaskakujące pokrewieństwo pomiędzy ludowym trans-funkiem, a groovem charakteryzującym jego wcześniejsze dokonania.
Hatti Vatti
Choć Piotr Kaliński pojawił się już na OFF Festivalu, nie liczcie na déjà vu. Wówczas grał bowiem z brudnym, punkowym zespołem Gówno, a tym razem zaprezentuje się jako jeden z najciekawszych polskich producentów ostatnich lat. W swojej muzyce odwołuje się do różnych nurtów i epok, ale zawsze robi to ze smakiem. Jeśli na płytach Hatti Vatti sięga więc po dub-techno, to takie w klimacie Demdike Stare, jeśli po drum’n’bass,  to ten z chlubnych początków dBrige’a , jeśli zaś słyszymy syntezatory, to jakby żywce wyciągnięte z klasyki lat 80. Gdy dodamy do tego jeszcze nagrania terenowe, którymi Kaliński ubogacił płytę „Algebra” oraz juke’owe „Treasure” z albumu „Worship Nothing” okaże się, że współczesna elektronika nie ma przed Polakiem żadnych tajemnic.
Stefan Wesołowski
Przyznaje, że najważniejszym punktem odniesienia jest dla niego muzyka klasyczna, ale nie przepada za etykietką „modern classical”. Uważa, że na tym polu wyjątkowo łatwo przekroczyć granicę muzycznej naiwności. Dlatego sam nie zadowala się prostymi rozwiązaniami – debiutancką płytę „Liebestod” nazwał od wagnerowskiej arii, ale brzmienie żywych instrumentów umieścił w kontekście ambientowych teł, szumów, a nawet klubowego bitu. Jako aranżer i skrzypek pomagał Jacaszkowi nagrywać „Treny”, ale świetnie czuł się również współpracując z Hatti Vatti. Nic dziwnego, że Polakiem zainteresowała się amerykańska wytwórnia Important (wydająca m.in. płyty Jarmuscha, Coil czy Merzbow), nakładem której ukazał się ostatecznie pierwszy album młodego klasyka o otwartej głowie.
Evan Ziporyn
Kompozytor, klarnecista i profesor na prestiżowym Massachusetts Institute of Technology. Poza tym współzałożyciel awangardowego Bang on a Can-All Stars, wybitny znawca balijskiego gamelanu oraz twórca, którego utwory wykonywali Yo-Yo Ma czy the Kronos Quartet. Ziporyn współpracował także z artystami spoza kręgu muzyki współczesnej, m.in. Brianem Eno, Ornettem Colemanem czy Thurstonem Moorem. Co nie dziwi, bo kocha improwizację, o czym przekonał w ubiegłym roku warszawską publiczność, dając prawdziwie zwariowany koncert u boku Marcina Maseckiego, Wacława Zimpla oraz Huberta Zemlera. Nie wiemy, co wymyśli tym razem, ale jakżeż byśmy mogli – muzyka tego artysty nie zna ograniczeń.
The Paranoid Critical Revolution
Jeśli zastanawialiście się, jak z hałasującym Glennem Branką może poradzić sobie jego żona, to mamy dla was odpowiedź – wyzwalając jeszcze więcej decybeli. Grająca na gitarze Reg Bloor za nic ma piękne melodie i spektakularne solówki, skupiając się raczej na przestrach i radykalnych dysonansach. W połączeniu z growlującym wokalistą i perkusją, która czasem łamie rytm, a czasem atakuje podwójną stopą The Paranoid Critical Revolution zajmują unikatowe miejsce na nowojorskiej scenie, mieszając no wave z hardcorem i black metalem. A także z konfliktem nuklearnym, jeśli weźmiemy pod uwagę to, co wyprawiają na koncertach.

Nisennenmondai
Pomiędzy DNA a DFA. Japońskie trio czerpie zarówno z dorobku eksperymentatorów no wave i post-punka, jak i z roztańczonych tuzów nowojorskiego disco. Opierająca się na błyskawicznych, bardzo krótkich i nieskończenie powtarzających się frazach muzyka błyskawicznie wprowadza w stan absolutnego transu. „Te trzy drobne kobiety sprawiły, że wyszliśmy na durniów – były tak niesamowite” – komplementował Nisennenmondai John Stanier z Battles po wspólnych koncertach. Nie chował jednak urazy, wręcz przeciwnie. Amerykanie niedługo potem zaprosili Japonki do grania na festiwalu All Tomorrow’s Parties. Właściwy zespół na właściwym miejscu, bo muzyka trio rzeczywiście brzmi jak impreza jutra – ekstatyczna, zwariowana, zatracająca się w morderczym rytmie. A przecież grana jest na gitarę, bas i perkusję. Kto by pomyślał.
Etienne Jaumet
Jeśli spojrzycie na mapę, okaże się, że połowa drogi pomiędzy Berlinem a Detroit nijak nie wypada w Paryżu. A jednak. Na swoim pełnoprawnym debiucie francuski producent Etienne Jaumet połączył muzykę kosmiczną Klausa Schulze i Manuela Göttschinga z surowym techno Carla Craiga. Ten ostatni zresztą bardzo szybko poznał się na talencie artysty, produkując wspomniane „Night Music”. Zakochany w analogowych syntezatorach Jaumet uzyskuje brzmienie, które wyzwala ciarki na plecach. Nawet wówczas, gdy wspiera je dźwięk saksofonu czy harfy. Choć z pewnością odrobił zadanie domowe z amerykańskich minimalistów, przy jego muzyce nie można się odprężyć tak jak przy „Where You Go I Go Too” Linstrøma. Bo jeśli to jest podróż do gwiazd, to niechybnie do Gwiazdy Śmierci.
Artur Rojek
Stało się. Kilka miesięcy po tym jak ukazała się jego debiutancka solówka nasz dyrektor artystyczny wystąpi na OFF Festivalu. Materiał skomponowany z pomocą Bartosza Dziedzica (producenta m.in. „Grandy” Moniki Brodki) to kolejny dowód na szerokie horyzonty tego muzyka.„Składam się z ciągłych powtórzeń” to zbiór osobistych piosenek, w których pobrzmiewają echa bogato zaaranżowanego indie rocka spod znaku Arcade Fire, jak i elektronicznych wycieczek Thoma Yorke’a. Choć nie brakuje tu również oczywiście tej wrażliwości, która przez lata przyciągała fanów Myslovitz, nie ma wątpliwości, że solowa płyta jest dla Rojka nowym otwarciem. Bogatszym brzmieniowo, nowocześniejszym produkcyjnie i oczywiście bardziej OFF-owym.
Kobiety grają „Kobiety”
Choć ostatnimi czasy Grzegorz Nawrocki ruszył tropem Woody’ego Guthriego, pisząc surowe piosenki na czas kryzysu, kiedyś jego domeną było bogactwo. W tych Kobietach można się było nie tylko zakochać, ale też prawdziwie zatracić. Od pierwszej płyty, od pierwszych taktów „Marcello” – jednej z najdoskonalszych polskich piosenek minionej dekady. Pięknie zaaranżowane, bogate brzmieniowo utwory trójmiejskiej grupy przyniosły im porównania do Stereolab i łatkę czołowych krajowych avantpopowców. Ta muzyka daje bowiem do myślenia, ale już po fakcie – na bieżąco dostarcza zbyt mocnych przeżyć.
Kobiety zagrają na OFF-ie swój kultowy debiut, z którego pochodzą takie piosenki jak „Marcello”, „Z mieszkania nade mną” czy „Kaszubski szaman”.
NOON
Jeden z najciekawszych i najbardziej zasłużonych polskich producentów… Chciałoby się napisać „hiphopowych”, ale przecież to tylko część prawdy. Ukrywający się pod tym pseudonimem Mikołaj Bugajak odpowiadał za muzyczną stronę kultowych dla polskiego rapu płyt: „Światła miasta” Grammatika, „Muzykę klasyczną” i „Muzykę poważną” Pezeta. Już wówczas NOON był jedną nogą w świecie produkcji instrumentalnych, ale jego muzyczna droga nie zakończyła się na przystanku z awangardową elektroniką. Po wydaniu świetnie przyjętych mini-albumów („Bleak Output”, „Gry studyjne”, „Pewne sekwencje”) znów zaskoczył swoich fanów, nagrywając album z minimalistycznymi, akustycznymi kompozycjami. Bugajak wspiera młodych producentów, nie tylko będąc im inspiracją, od kilku lat prowadzi wytwórnię Nowe Nagrania, wydając polską muzykę elektroniczną.
Na OFF Festivalu NOON po raz pierwszy wystąpi na żywo!
Tribute to Jerzy Milian
Uczył się u Bogusława Schaeffera, grywał z Komedą, a dziś po jego muzykę sięgają polscy raperzy (m.in. O.S.T.R. czy Afront). To jeden z wielu dowodów, że muzyka Jerzego Miliana wciąż brzmi świeżo i ekscytująco. Niezależnie od tego czy komponował na trio (świetny „Baazaar”) czy w bigbandzie utwory tego świetnego wibrafonisty cechowała lekkość i doskonała melodyjność. Stąd, owszem, można go uznać za jazzmana, ale przecież w jego muzyce pobrzmiewał także swing, bossa nova i porywający funk. Nic więc dziwnego, że w ostatnich latach wytwórnie OBUH i GAD zajęły się odkurzaniem jego przepastnego archiwum. Na OFF Festivalu znakomite kompozycje Miliana przypomni specjalnie powołany zespół Bernarda Maseli, w którym usłyszymy aż cztery wibrafony.
Koncert realizowany przy współpracy z Narodowym Centrum Kultury.
Warszawska Orkiestra Rozrywkowa gra „Song Reader” Becka
Beck Hansen wybrał się na wycieczkę w przeszłość i miał wizję. Przypomniał sobie o formacie, dzięki któremu muzyka docierała kiedyś do tysiąca domostw, a który obecnie został już w zasadzie porzucony. Miał na myśli partytury, które dziesiątki lat temu potrafiły stawać się prawdziwymi bestsellerami. Rezultatem tej refleksji był „album” „Song Reader”, który ukazał się jedynie na papierze. Aby go usłyszeć, trzeba go zagrać. Tego wyzwania podjęła się Warszawska Orkiestra Rozrywkowa – wielobarwny kolektyw z rotującymi się wokalistami. Dźwięki wibrafonu, gitary hawajskiej, pastelowych klawiszy i wielu innych instrumentów przybliżą wam album Becka, którego prawdopodobnie jeszcze nie słyszeliście.
Inkwizycja
Legenda polskiej sceny niezależnej. Krakowski zespół, który powstał w 1989 roku i dwa lata później zadebiutował kultową już dzisiaj płytą „Na własne podobieństwo”. To materiał hipnotyzujący mrocznym, postpunkowym czadem i szokujący brutalną, antyklerykalną poezją Dariusza „Ex Perta” Eckerta, charyzmatycznego wokalisty grupy. Ex Pert to znakomity obserwator i surowy sędzia: niektóre jego sentencje możecie znać z ulicznych graffiti, nie wiedząc nawet, że to teksty Inkwizycji… Po wielu perturbacjach i zmianach składu zespół znów regularnie koncertuje, gra ostro i głośno jak nigdy dotąd, i – co najważniejsze – pracuje nad kolejnym albumem. Jego obszerne fragmenty na pewno usłyszymy na OFFie.
Mister D
Wyobrazić sobie muzyka, który zostaje literatem to bułka z masłem. Jednak pisarka, która wkracza w świta dźwięków to już bułka z hajsem. Dorota Masłowska, autorka „Wojny polsko-ruskiej pod flagą biało-czerwoną”, laureatka Paszportu Polityki i Nagrody Nike wydała w tym roku swoją debiutancką płytę. W pracy nad albumem „Społeczeństwo jest niemiłe” pomagali jej specjaliści Marcin Macuk (kiedyś: Hey, Pogodno) i Kuba Wandachowicz (kiedyś: Cool Kids of Death). Na tle syntetycznych, trochę naiwnych bitów Masłowska snuje podszytą ironią historię polskich blokowisk. Odzew jaki wywołała przekonuje, że nie jest to opowieść z gatunku science-fiction.
Anthony Chorale
Właściwie Olivier Heim, holenderski artysta od trzech lat rezydujący w Polsce. Do naszego kraju trafił za sprawą międzynarodowego trio très.b., w którym gra na gitarze. Choć zespół – w którego skład wchodzi jeszcze Misia Furtak i Thomas Pettit – nie ma jeszcze imponującego stażu, zdążył już zgarnąć Fryderyka i Paszport Polityki. Muzyka, którą proponuje na swoich solowych płytach Heim jest subtelna, kameralna i naznaczona jego charakterystycznym falsetem. Anthony Chorale prędko przestał być projektem jednoosobowym, a wsparty przez innych muzyków Holender poszerzył swój język wyrazu, ubogacając go zarówno o wiolonczelę, jak i syntezator. W jego muzyce pełno jest pięknych melodii spod znaku Fleetwood Mac, jak i słonecznej psychodelii, którą znacie z nagrań Kurta Vile’a.
Zeus
Dwa lata temu polski hip-hop złapał drugi oddech dzięki świetnym płytom Bisza i Zeusa. Ten pierwszy występował już na OFF Festivalu, więc najwyższy czas oddać sprawiedliwość temu drugiemu. Zarapowany tak jakby od tego tylko miało zależeć jego życie „Zeus. Nie żyje” to zbiór numerów bezkompromisowo punktujących społeczeństwo, ale i nie oszczędzających hiphopowej sceny. Choć w swojej muzyce Zeus szuka złotego środka (rymuje zarówno do klasycznych bitów, jak i do podkładów podszytych brytyjskim grime’em), w tekstach idzie na całość, stawiając na emocjonalny, często bardzo osobisty przekaz. Po sukcesie ostatniej płyty przyznawał wprost, że jeśli teraz by się nie udało, rozstałby się z rapowaniem. Znów postawił sprawę na ostrzu noża. W tym nie ma sobie równych.
Variete
Bydgoski zespół jakoś nigdy nie miał szczęścia. Nieznani sprawcy ukradli taśmę-matkę pierwszego albumu, który w rezultacie ukazał się po 26 latach. W drodze po sukces nie pomagały grupie także liczne roszady personalne. Muzykom Variete nie chodziło jednak o sławę i powszechną rozpoznawalność. Nie po to gra się nową falę, pisze surrealistyczne teksty i podejmuje współpracę z muzykami yassowej sceny. Zespół dowodzony przez Grzegorza Kaźmierczaka nagrywa, bo ma coś do powiedzenia i koncertuje, bo ma masę energii do przekazania. Zaświadczy o tym ostatnia płyta Variete „Piosnki kolonistów”, która pokazuje, że grupa nie liczy na dodatkowe punkty za wkład w historię polskiego rocka, ale woli ciągle wymyślać się na nowo.
Król
Mówią o nim „jednoosobowy fenomen”. Bo nawet kiedy grał w duecie UL/KR, który po wydaniu dwóch znakomitych albumów postanowił niespodziewanie zawiesić działalność, to przede wszystkim on zwracał uwagę słuchaczy świetnymi tekstami i zapadającym w pamięć wokalem. Możecie go też kojarzyć ze składu Kawałek Kulki lub – ostatnio – z Dwutysięcznego, z którym w 2013 roku wydał album „Jedwabnik”, szybko uznany jedną z najważniejszych polskich płyt z muzyką alternatywną ostatnich lat. Na OFF-ie Błażej wystąpi jednak z materiałem z solowego krążka „Nielot”, który zebrał równie entuzjastyczne recenzje. Bo choć tytuł wskazuje coś innego, „Nielot” to akurat muzyczna rozrywka wysokich lotów.
L.A.S.
Jacek Lachowicz bardzo chce, by L.A.S., jego nowy solowy projekt, opisywany był bez kontekstu jego wcześniejszych dokonań. A więc bez wspominania na przykład o zespole Ścianka, w którym Lachowicz się udzielał. Nie będziemy zatem o tym mówić, bo L.A.S. sam w sobie jest bardzo ciekawym projektem, w którym popowa lekkość łączy się z celnie opisującymi rzeczywistość tekstami. Wszystko to Lachowicz ubiera w brzmienia syntezatorowe, analogowe, momentami trochę retro. Alternatywy, z którą tak chętnie kojarzymy Jacka Lachowicza, w jego nowym „lesie” znajdziemy niewiele. To wyraz drzemiących już od lat fascynacji elektroniką. L.A.S. to muzyka i do pomyślenia, i do potańczenia. Na pewno nie do przegapienia.
Pictorial Candi
„To nie płyta CD, to nie jest kaseta, ani też winyl – to napój!” – w taki sposób swój najnowszy album zapowiadała Candelaria Saenz Valiente, mieszkająca w Warszawie argentyńska wokalistka, kompozytorka i pisarka. I rzeczywiście, wydane w ubiegłym roku „Drink” ukazało się w formie butelki z bliżej niezidentyfikowanym płynem, na której znajdował się kod do albumu. Muzycznie Candelaria również nie boi się eksperymentów, a w jej utworach syntezatorowe electro zderza się z pomysłami rodem z muzyki współczesnej. Nic dziwnego, biorąc pod uwagę wykształcenie artystki (Berklee College of Music), jej działalność w grupie Paristetris oraz zaproszonych muzyków. W Pictorial Candi usłyszmy bowiem Marcina Maseckiego, Tomka Popa (Ed Wood, Alameda 3) i Adama Byczkowkiego (Better Person). Ostrożnie więc, ten napój daje kopa!
Thaw
Nie do końca wiadomo kim są, ani jak wyglądają.  Na zdjęciach i koncertach ich twarze zacieniają kaptury, muzycy nie przedstawiają się też z imienia i nazwiska, choć mówi się, że związani byli wcześniej m.in. z Furią, Forge Of Clouds czy Guantanamo Party Program. To wszystko jednak nie ma znaczenia, bo muzyka Thaw broni się sama. Zarówno na wydanej przez Avantgarde Music płycie, jak i na koncertach, gdzie wpływy black metalu, industrialu, ambientu i dronów spod znaku Sunn O))) zlewają się w jedną, potężną ścianę dźwięku, która uniesie nawet najcięższych fanów dobrych, innych brzmień.
Jerz Igor
Z jednej strony uczeń Krzysztofa Pendereckiego, kompozytor, perkusista i pianista, członek ekipy Levity oraz zespołów Marcina Maseckiego, a z drugiej – menedżer Cafe Kulturalna, aktywny działacz warszawskiej sceny i współpracownik Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Poznajcie wyjątkowy duet Jerz Igor, za który odpowiadają Jerzy Rogiewicz i Igor Nikiforow – pomysłodawcy „Małej płyty” z muzyką… dla dzieci. Choć nie tylko. „Zależało nam na tym, żeby to była płyta dla małych i dużych, z bardzo różnorodnymi tekstami – od prostych kołysanek wyliczanek, po bardziej abstrakcyjne treści” – mówią o swoim wydawnictwie, do realizacji którego zaangażowali m.in. producenta Michała Kupicza i przyjaciół z wytwórni LadoABC. Zapowiada się nam więc jeden z bardziej osobliwych momentów tegorocznego OFF Festivalu – ta impreza nie słyszała dotąd szwedzkiej historyjki o zasypiających śledziach. A jesteśmy przekonani, że będą się przy niej świetnie bawić nie tylko młodsi słuchacze.
Merkabah
Trzy lata temu wygrali konkurs dla debiutantów i zagrali na OFF Festivalu na scenie eksperymentalnej. Teraz wracają do Katowic jako doświadczony zespół, z zupełnie nowym materiałem – znakomity album „Moloch” ukazał się w marcu tego roku. Merkabah to kwintet, którego muzyki nie można zamknąć w żadne gatunkowe ramy. Jazz? Awangarda? Post-metal? Hippisowska psychodelia? Na pewno tak, ale dokonania artystów z Warszawy to coś zdecydowanie więcej – to wielka muzyczna wrażliwość, ale i nieokrzesana energia, trudna do ubrania w słowa.
Ebola Ape + Boolz
Ten trójmiejski goryl ceni sobie anonimowość, więc wiadomo o nim niewiele. Między innymi to, że produkuje mroczną, gęstą, czerpiącą z hip-hopu elektronikę oraz lubi podróżować. To właśnie w trakcie pobytu w Kapsztadzie poznał Boolza – obdarzonego niskim głosem rapera, którego styl idealnie wpasowuje się w ciężki, trochę witchhouse’owy, trochę triphopowy styl Ebola Ape. Owocem tego spotkania (i kilku innych, Ebola jest gorylem towarzyskim) jest wydany w tym roku album „Dance in Haze”. OFF-owy koncert będzie pierwszym występem tego trójmiejskiego producenta i afrykańskiego rapera w Polsce.
The Dumplings
Mówi się o nich, że są „najgłośniejszym debiutem roku” – co musi zobowiązywać. Zespół zaistniał typowo i niezwyczajnie jednocześnie. Typowe było to, że na YouTube. Nietypowe – że jako goście popularnych wywiadów Łukasza Jakóbiaka „20m2 Łukasza”. Ważne, że zadziałało i dziś The Dumplings, czyli duet Justyny Święs i Kuby Karasia, może swoje dźwięki prezentować szerokiej publiczności. A mają się czym pochwalić, bo Zabrzanie prezentują electropop najwyższej jakości. Ich brzmienie to wypadkowa klasycznych i spokojnych upodobań Justyny oraz eksperymentów i awangardy muzycznej Kuby. Sprawdźcie płytę „No Bad Days” – z nią żaden dzień nie może być zły.
Eric Shoves Them In His Pockets
Warszawskie trio, które tworzą kuzyni Szymon Najder i Hubert Woźniakowski oraz ich kolega ze szkolnej ławy Christoph Thun. Oficjalnie zadebiutowali w zeszłym roku, ale muzyczne szlify zdobywali już od 2008 roku, choćby u boku Pauli i Karola, z którymi zaliczyli trasę koncertową po Niemczech. Dzięki temu pierwszy album formacji, „Walk It Off”, brzmi bardzo dojrzale, a przepełniony jest muzyką bliską wrażliwości Pavement, Modest Mouse czy Yo La Tengo.


Sprawdź inne wydarzenia @ Katowice

OFF Festival 2014 Katowice

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2019

Cz, 20 czerwca 2019
godz: 20:00

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2019 Katowice

Tauron Nowa Muzyka Katowice 2019

Cz, 20 czerwca 2019
godz: 20:00

OFF Festival 2014 Katowice

OFF Festival 2019

Pt, 02 sierpnia 2019
godz: 15:00

OFF Festival 2014 Katowice

BASS CAMP 2019

Cz, 15 sierpnia 2019
godz: 15:00

OFF Festival 2014 Katowice

QueFestival 2019

Sb, 19 października 2019
godz: 18:00

od 99 PLN