Subkultura techno w Berlinie to oficjalna część tego miasta WYWIAD!

Wywiad

Minęły 4 lata zanim książka "Zagubieni w dźwięku..." ukazała się w polskim tłumaczeniu. W naszej rozmowie z autorem Tobiasem Rappem dowiadujemy się wielu nowych rzeczy o Berlinie z perspektywy aktywnego jej mieszkańca...

O książce „Zagubieni w dźwięku…” pisały już czołowe media w kraju, również te, nie związane z tematyką kultury klubowej. Wszędzie wyczuwalna jest ciekawość tego, tak powszechnego dla nas, klubowiczów, zjawiska.

To lektura, która przybliża czytelnikom fenomen Berlina. Jak mówi wydawca książki Mariusz Łucyk z Fundacji Kultural Kollektiv:

Biletomat.pl

Kup Bilet Otwarty na dowolny koncert lub imprezę

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

Tango App

Najlepsze imprezy w Twoim mieście! Bądź na bieżąco.

Odkryj Tango App

4,8 ocena w Apple Store!

Ta książka jest dla wszystkich, nawet dla tych, którzy nic nie wiedzą o muzyce techno, albo niewiele wiedzą o Berlinie. Tobias Rapp jest dziennikarzem, który opisuje tę scenę w sposób bardzo dziennikarski, więc nie tylko osoby, które są fanami techno, nie tylko im spodoba się ta książka, również tym, którzy chcą poznać kolejny fenomen socjologiczny, a Tobias w bardzo ciekawy sposób ten fenomen opisuje. – i dodaje – Również dlatego zdecydowałem się by tę książkę wydać – by osoby które nie wiedzą o co chodzi w kulturze klubowej, mogły się z tą kulturą zapoznać…” – mówi Mariusz Łucyk w rozmowie z Alexem Kubaczewskim podczas audycji BE 4 w Czwórce.

GDZIE ZNAJDĘ KSIĄŻKĘ?>>

Zapraszamy Was do lektury fragmentu wywiadu z autorem książki Tobiasem Rappem, z którym w warszawskim klubie Na Lato rozmawiał Alex Kubaczewski. Całość wywiadu znajdziecie w książce.

WYWIAD: TOBIAS RAPP (Berlin/ Der Spiegel)

Alex Kubaczewski: Zacznijmy wywiad od rozmowy o tobie, autorze książki Zagubieni w dźwięku. Jesteś dziennikarzem tygodnika „Der Spiegel”, zajmujesz się muzyką i kulturą. Jak się czujesz po opublikowaniu tej książki, dla odmiany udzielając wywiadu, a nie przeprowadzając go z kimś innym?

Tobias Rapp: W sumie mi się to podoba, bo mam parę kwestii do przedyskutowania. Podczas przeprowadzania wywiadów z muzykami lub artystami często nie ma wiele do omówienia, bo rozmawiamy głównie o nowym albumie albo filmie. Ja z kolei próbowałem w mojej książce połączyć kilka pomysłów i historii, coś wytłumaczyć – coś, co ciągle trwa, gdyż ta historia toczy się dalej. Napisałem Zagubionych w dźwięku w 2009 roku i świat się od tamtej pory zmienił. Dlatego muszę wytłumaczyć kilka kwestii, które wyglądają obecnie inaczej. To, co przede wszystkim uległo zmianie to fakt, że książka zapowiadała: „Hej, opowiem ci sekret. Opowiem ci o tajemniczym świecie, o którym wie tylko parę osób. Ja ci ten świat pokażę”. To już niestety nieaktualne. Wszyscy już o tym słyszeli, sprawa wyszła na jaw. Cały świat wie o klubie Berghain. Wtedy było inaczej. Wydaje mi się, że to się właśnie zmieniło.

Jak na książkę zareagowało berlińskie środowisko? Czy czekało na jej publikację? Jakie były ich reakcje po lekturze?

To, co mnie osobiście zaskoczyło, to fakt, że ta książka zaoferowała wielu osobom związanym z tą muzyką i kulturą swego rodzaju reprezentację i osadziła ich w szerszym kontekście. Zwykle członkowie pewnego środowiska, sceny, subkultury nie myślą o sobie w ten sposób. Jeśli jesteś częścią sceny, to jesteś i koniec; to twoje życie, twoja pasja, twój sposób na spędzanie weekendu. Nie myślisz o sobie jako o kimś zaangażowanym w politykę miasta albo wielką narrację historyczną – nikt w ten sposób siebie nie postrzega. Ja tak o sobie nie myślę, kiedy wychodzę do miasta. Wydaje mi się, że ludzie, którym ta książka się spodobała, dowiedzieli się o sobie czegoś więcej w tym „weekendowym” kontekście. Natomiast tym, którym nie przypadła ona do gustu, nie podobał się fakt, że życie nocne, toczące się dotychczas za zamkniętymi drzwiami, zostało udostępnione dla wszystkich. Każdy może kupić książkę, przeczytać ją i rozmawiać o tym tak, jakby się na tym znał. Nie wychodzi to subkulturom na dobre, ponieważ opierają się na wiedzy dla wtajemniczonych. I właśnie część tej wiedzy przedostała się do mojej książki. Z drugiej strony uważam jednak, że wiele osób z tego skorzystało. Moim zdaniem subkultura techno w Berlinie nie jest już prawdziwą subkulturą. To oficjalna część tego miasta. Im szybciej ludzie to zrozumieją, tym lepiej będą sobie radzić z tym, że są częścią tego miasta. To oznacza przecież siłę, dzięki temu można wiele rzeczy osiągnąć, na przykład powstrzymać inwestorów przed przejęciem ważnych dla ciebie miejsc. To poważna gra i wiele osób się nią interesuje. Im lepiej zrozumiemy, co się dzieje, tym lepiej dla wszystkich.

W książce Zagubieni w dźwięku. Berlin, techno i technoturyści. znajdziecie mapkę tzw. strefy klubowej

Przyjechałeś do Berlina w 1990 roku. Czujesz się weteranem tamtejszej sceny?

(Śmiech.) Tak, tak się czuję. Sądzę, że jestem w pewnym sensie weteranem. Mam czterdzieści jeden lat.

Nie wyglądasz na tyle. (Śmiech.)

T: No tak, ale jedną z rzeczy, które lubię w berlińskiej scenie to fakt, że nie czujesz się staro, bo zawsze znajdziesz tu kogoś starszego od siebie. Sądzę, że ma to coś wspólnego z faktem, że scena gejowska nie jest tu odseparowana od sceny hetero. W wielu klubach jest sporo heteryków i gejów. Chodzenie do klubów po czterdziestce czy nawet pięćdziesiątce to część gejowskiego stylu życia i dlatego średnia wiekowa jest w berlińskich klubach wyższa niż gdzie indziej. Nie wiem, jak wygląda sytuacja w Warszawie, ale parę miesięcy temu odwiedziłem Amsterdam i byłem zaskoczony tym, jak młoda jest tamtejsza publika. Byłem najstarszą osobą w pomieszczeniu, co w Berlinie rzadko się zdarza.

U nas czułbyś się pewnie podobnie… (Śmiech.) Sytuacja w Polsce wygląda zupełnie inaczej niż w Berlinie. U nas również przeważają młodzi ludzie, ponieważ ci po trzydziestce, czterdziestce często przestają wychodzić do miasta i odwiedzać kluby, niezależnie jak bardzo kochają muzykę…

Co ciekawe w Berlinie samą muzyką interesuje się niewielka grupa osób i mało kto wie, jak nazywa się dany utwór albo z jakiej wytwórni pochodzi. Natomiast zwyczaj wychodzenia w weekend do miasta jest szeroko rozpowszechniony. Masa osób to robi i należy to do miejskiego stylu życia aż do czterdziestki. Tak więc to dość dziwna sytuacja.

W Polsce może to kwestia zmiany priorytetów, a w Berlinie?

Sądzę, że wiele osób po trzydziestce traci zainteresowanie samą muzyką. Nie są już tacy młodzi i nie przejmują się więcej tym, kiedy wyjdzie nowy utwór albo czy już słyszeli tamto i siamto. Większość ludzi w pewnym momencie traci zainteresowanie. Ale w Berlinie nie oznacza to, że przestają chodzić do klubów. Myślę, że sporo ludzi nadal lubi wypady na miasto, narkotyki i taniec.

Czują się przez to młodzi.

Tak, czują się młodzi. Są młodzi. (Śmiech.)

Porozmawiajmy o tobie. Jeden z rozdziałów w książce kończy się słowami: „Wszystko jest w porządku”. Nadal uważasz, że wszystko jest w porządku? Czujesz się bezpieczny, zadowolony z życia? Twoja sytuacja rodzinna uległa zmianie, masz małe dziecko. Mimo to nadal żyjesz tak samo jak kiedyś?

Nie, obecnie nie wychodzę do miasta tak często jak kiedyś. Od czasu do czasu, może raz na miesiąc, ale nie imprezuję tak ostro jak wcześniej. Może kiedyś znowu będę, ale teraz nie mam na to energii. Muszę pracować i kosztuje mnie to więcej wysiłku niż kiedyś, a poza tym mam dziecko. Jest takie zdanie z kawałka Westbama, które bardzo lubię: „We’ll never stop living that way” („Nigdy nie przestaniemy żyć w taki sposób”). Lubię go, chociaż to nieprawda. Ludzie ciągle się zmieniają. No nie wiem. Nie podoba mi się perspektywa zestarzenia się i zmądrzenia. Wolę być młody i niemądry.

Brakuje ci tego?

No cóż, wydaje mi się, że im jesteś starszy, tym trudniej jest poczuć klimat. Bo wiesz, wpadasz w rutynę. Byłeś w tej sytuacji kilka razy albo więcej niż kilka. Nie ma w tym niczego nowego. Wiesz, co się dzieje na parkiecie i za deckami, kiedy znika bit; wiesz, że wróci za osiem taktów. Rozumiesz, o co mi chodzi? Po prostu to wiesz. Nie osiągasz już tej samej euforii, co piętnaście lat temu, kiedy zastanawiałeś się, co się zaraz stanie. Czasami kiedy wychodzę, wystarcza mi samo bycie tam i piękno muzyki. Być może to inny, bardziej wyrafinowany i intelektualny rodzaj przyjemności. Mógłbym się narąbać i siedzieć tam do końca, ale nie chcę. Za to mogę pójść do domu wtedy, kiedy zabawa trwa w najlepsze. Nie muszę już iść po całości. Tak więc jest inaczej, to fakt.

Club der Visionäre – Berlin

Zastanawiam się, jak zwykli ludzie w Berlinie odbierają środowisko, o którym piszesz. Przed wywiadem rozmawialiśmy o tym, że ta scena nie jest wcale taka mała i niezauważalna, wręcz przeciwnie – jest ogromna i popularna na całym świecie. Jak przeciętni ludzie to odbierają?

Po pierwsze, dla Niemców to, że świat uważa nas za cool, to niecodzienna sprawa. Niemcy tego nie pojmują. „Moment, poczekaj – że co? Ludzie zjeżdżają tu z całego świata, bo jesteśmy cool?”. To dla nas dziwna kwestia, nie postrzegamy siebie w ten sposób. No wiesz, bo jesteśmy Niemcami. Wydaje mi się, że przeciętnemu berlińczykowi ciężko pojąć, jak modne i spoko jest tutejsze życie nocne, jak bardzo przyciąga ono ludzi z całego świata. Berlińczycy widzą na ulicach miasta przede wszystkim młodych ludzi, którzy mówią w obcym języku, hałasują w nocy, sikają na chodnik i takie tam. To denerwuje wiele osób. Myślą sobie wtedy, że wszystkiemu winni są turyści-klubowicze. Nie mają pojęcia, jak bogate jest życie nocne. Sądzę, że tak wygląda perspektywa przeciętnego berlińczyka. Tak było, jest i będzie. Natomiast politycy, którzy muszą walczyć o głosy, podchodzą do tego inaczej. Przez długi czas ignorowali tę scenę, ale wreszcie zrozumieli, jak istotna jest dla gospodarki miasta i starają się coś z tym zrobić. To nowe podejście i myślę, że coś z tego będzie.

No właśnie, polityka. Zastanawiało mnie zawsze, czy to nie jest tak, że Berlin i jego scena nie byłaby tak rozwinięta, gdyby nie ciche przyzwolenie lokalnych polityków?

Ciężko znaleźć na to odpowiedź. Uważam, że pobłażliwość i tolerancja berlińskich władz w stosunku do klubów i życia nocnego to bardzo ważny czynnik. Ale politykom często wydaje się, że jeśli na coś pozwalają, to de facto to tworzą. Tak jednak nie jest. Życie nocne Berlina jest kształtowane przez tworzących je ludzi, którzy nie pytali nikogo o zgodę, tylko po prostu robili swoje. Przez długi czas nikt tego nie dostrzegał i było OK. Teraz wszyscy to widzą, ale politycy nie starają się z tym walczyć, więc też jest OK. Niestety często widzę polityków próbujących odcinać kupony od tego, że pozwalają życiu nocnemu toczyć się bez przeszkód. To nie to samo, co tworzenie go.

Pytam o to, bo w Polsce sytuacja wygląda trochę inaczej. Zdarzają się na przykład miejsca, w których lokalne władze zamykają klub, bo stał się zbyt popularny, a co za tym idzie, zwiększyła się liczba osób do niego uczęszczających, powodująca hałas przeszkadzający mieszkańcom. Rozumiem dbanie o spokój i ciszę, tylko że sytuacja dotyczy centrów ważnych polskich miast, które powinny tętnić życiem… Gdzieniegdzie politycy powoli zaczynają to rozumieć, choć trudno nie odnieść wrażenia, że ich działania nie są związane z dobrem życia kulturalnego, a z realizacją  politycznych zamiarów.

Bardzo ciężko odpowiedzieć na te pytania, bo w każdym mieście jest inaczej. Sądzę, że polityka i subkultury to bardzo delikatny temat. Subkultury…

To ludzie tworzą subkultury, a nie politycy.

Zgadza się, ludzie tworzą subkultury, a te znikają, kiedy ludzie tracą nimi zainteresowanie. W Berlinie często mówi się: „Ojej, ten klub zostanie zamknięty, politycy muszą coś z tym zrobić”. Rozumiem to i też mi przykro, kiedy zamyka się kluby, ale taka jest kolej rzeczy w subkulturze. Nic w niej nie trwa wiecznie i wcale nie powinno. Próbowanie zachowania jej niczym dziedzictwa narodowego to kompletny bezsens, ponieważ ona musi być żywa. Berlin ma to szczęście, że nie musi walczyć o prawo do zabawy jak inne miasta. Tu sytuacja jest bardzo wyluzowana. Jednakże ludzie często zapominają, że, w porównaniu z innymi niemieckimi miastami, Berlin jest bardzo biedny. Całe bogactwo Niemiec jest wytwarzane gdzie indziej; samochody, samoloty i tego typu maszyny nie są produkowane w Berlinie. Żadne z trzydziestu największych niemieckich przedsiębiorstw nie ma tu swojej siedziby. Gdyby był tu przemysł, może podejście do życia nocnego byłoby inne. Na razie to właśnie życie nocne jest tu ważnym dla budżetu miasta przemysłem. Politycy musieliby być głupi, żeby z tym walczyć, skoro miasto na tym zarabia…

Berghain – Berlin

(…) A czy właściciele nowych klubów nastawiają się głównie na zarabianie pieniędzy? Czy jest jeszcze takie miejsce, które przypomina wspaniałą instytucję Bar25?

Rzecz polega na tym, że berlińskie życie nocne narodziło się w latach dziewięćdziesiątych w Berlinie Wschodnim, zaraz po upadku muru. Przez parę lat panowała tam swego rodzaju anarchia, ponieważ policja ze Wschodu została przejęta przez policję zachodnią, a że współpraca nie przebiegała zbyt dobrze, można tam było w sumie robić, co się chciało. Władze albo o tym nie wiedziały, albo ich to nie obchodziło. Sytuacja w Berlinie była więc dość wyjątkowa. Większość osób prowadzących obecnie kluby uczyła się to robić w latach dziewięćdziesiątych, a wtedy większość klubów nie była profesjonalnie zarządzana. Chodziło bardziej o pasję, o entuzjazm. Podobnie działo się z Love Parade – w krótkim czasie przemieniła się z małego eventu w ogromne wydarzenie, po czym ponownie się skurczyła. Ludzie, którzy teraz się tym zajmują, uczyli się wszystkiego w czasach pasji i anarchii. Na przełomie wieków zaczęli się wyrabiać pod względem profesjonalnym, więc nie jest to kwestia ostatnich trzech lat, tylko całej ubiegłej dekady. Obecnie kluby są świetnie  zarządzane, są dobrze zorganizowane, mają super nagłośnienie. Lepiej się nie da. Pytasz, czy pojawią się nowe kluby takie, jak Bar25 czy Berghain. Wydaje mi się, że tak, ale nie sposób tego przewidzieć, bo zawsze chodzi o to jedno wyjątkowe miejsce. Nie możesz powiedzieć, że otworzysz taki klub jak Berghain, bo ci się to po prostu nie uda i tyle. To nastawienie pochodzące z lat dziewięćdziesiątych, to: „Hej, znalazłem to wspaniałe miejsce, co mogę z nim zrobić?” jest tu sprawą kluczową. Berghain i Bar25 były przykładami tego typu myślenia. Znajdowałeś budynek i postanawiałeś zrobić z nim coś wyjątkowego, coś wielkiego. Wydaje mi się, że nadal można to zrobić. Potrzebujesz do tego absolutnej pasji, musisz naprawdę kochać to miejsce. Twórcy Berghain przede wszystkim kochają swój budynek. To niesamowite, ale w każdym szczególe widoczna jest tam perfekcja. Nie chodzi tylko o nagłośnienie. To widać nawet po garderobie; w innych klubach dostaniesz tam kawałek papieru z numerem, natomiast w Berghain dają ci coś na szyję, żebyś…

Nie mógł tego tak łatwo zgubić?

Dokładnie. To jest właśnie klub z prawdziwego zdarzenia. W niedzielne popołudnie możesz być narąbany jak działo, a mimo to łatwo znajdziesz numerek do twojego płaszcza. To jest właśnie perfekcjonizm…

Rozmawiał: Alex Kubaczewski

Całość wywiadu przeczytacie w książce 'Zagubieni w dźwięku. Berlin, techno i technoturyści, którą możecie nabyć w księgarni on-line Bonito.pl

Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również