Recenzja: ‚Wszystkie Nieprzespane Noce’

6 656
Lifestyle

Długie dialogi i długie kreski - widzieliśmy "Wszystkie Nieprzespane Noce". Sprawdź naszą recenzję najgłośniejszego filmu o nocnym życiu tej jesieni.

Nagrody i nominacje z prestiżowych festiwali (m.in. Sundance Film Festival), zdjęcia kręcone w jednych z najciekawszych warszawskich miejscówek czy podczas festiwalu Nagle Nad Morzem. Znajoma „branżunia” na ekranie i spływające po sieci peany, że to film na lata, że to najprawdziwszy obraz dzisiejszego pokolenia, potrafiły wzbudzić chęć do zobaczenia „Wszystkich Nieprzespanych Nocy” w reżyserii Michała Marczaka.
Do kina wybrałem się jednak z dużym dystansem, mój zapał skutecznie studził grafomański tekst o „dziesięciu tysiącach papierosów” wymawiany w rytm chyba najbardziej oklepanego kawałka Caribou, który pojawił się w udostępnionej przedpremierowo scenie. Ale mogło być gorzej, przecież mogło paść na „Sky And Sand” albo „Bad Kingdom”…

Nawet jeśli Caribou odstraszał, to zdjęcia już nie. Od pierwszych sekund ten element filmu urzeka i nie pozwala oderwać od niego wzroku. Bardzo ładna, otwierająca scena z fajerwerkami nad sylwestrową Warszawą sprawia, że mimo obaw, chcesz dać obrazowi szansę i spróbować być obiektywnym. Światło w filmie jest wiele razy furtką do wspomnień, do chwil, kiedy jesteś w szarości zamiany nocy w dzień i błądzisz w tym limbo starając się wrócić do domu.
Najczęściej podczas takich chwil są ukazywani główni bohaterzy, Krzysiek i Michał. Podobno w tym filmie grają samych siebie, co widać po autentyczności miejsc, sytuacji czy stylówek. Ich obecność na afterze po przedpremierowym seansie w poznańskim LABie wypada na wielki plus odbioru całości filmu. Niestety, dialogi ujmują im tej prawdziwości. O ile filozoficzne rozmowy o życiu i kobietach na domówce w kiblu czy w klubie, z tym typem, który zawsze cię zaczepia i nie pamiętasz skąd go znasz, wypadają autentycznie, to już natchnione pytania o miłość i szczęście na środku pustego skrzyżowania są patetyczne do bólu.

Bohaterowie filmu szukają odpowiedzi na te pytania. Są zagubieni, niezdecydowani, marnując przy tym ogromne ilości czasu i pieniędzy na alkohol czy narkotyki. Wielu wytyka tutaj bezsens tej historii, ale przecież czy nie tak wygląda życie większości dwudziestoparolatków, studentów „ciap” w dużych miastach, próbujących odnaleźć się w rozczarowującym, dorosłym życiu? To bardziej smutne, niż bezsensowe.
Wielu mówi też, że to „film bez filmu”, albo nie potrafią opowiedzieć o czym był. Jest w tym sporo prawdy, sam nie pamiętam jak się skończył, bo rzeczy w nim po prostu się „dzieją” jedna po drugiej, bez konsekwencji czy mocnego zakończenia. Reżyser jednak już od pierwszych plotek nie obiecywał niczego innego, niż próbę uchwycenia czegoś jakim po prostu jest. Można by tu powiedzieć, że o rzeczach oczywistych się nie dyskutuje, to i po co kręcić o nich filmy. Z drugiej strony, gdyby pogłębić tę historię, to pewnie byłoby jeszcze gorzej i sztuczniej. W końcu czy życie nocne, aftery, szlajanie się, problemy „millenialsów” (nienawidzę tego słowa) są głębokie?

„Wszystkie Nieprzespane Noce” trafią do kin 4 listopada.

Tekst: Mariusz „Zariush” Zych