When Saints Go Machine: „Tworzymy styl zamiast naśladować” – wywiad

165
Wywiad
When Saints Go Machine: „Tworzymy styl zamiast naśladować” – wywiad

Po sześciu latach wydają nowy album, który przedpremierowo zagrają w Polsce. When Saints Go Machine opowiedzieli nam o tym, co przez ten czas zmieniło się w nich samych i w duńskiej elektronice.

Z Danii, czyli nie z tego świata

Gdy usłyszałem ich po raz pierwszy, Parrix wydawał mi się utworem nie z tego świata. Sposób, w jaki When Saints Go Machine patrzą na muzykę elektroniczną, nadal odbiega od wszystkiego, co dziś można usłyszeć w Europie czy na świecie. Sześć lat przerwy od ostatniego longplaya nie było jednak czasem straconym.

Duńczycy pracowali w pocie czoła. Koncertowali, zbierali inspiracje, dojrzewali jako artyści. Pojawiające się w międzyczasie nagrania znacznie odbiegały od tego, co mogliśmy znaleźć na Infinity Pool czy KonkylieJuż na ubiegłorocznej EPce It’s A Mad Love połamana elektronika przecinała się z trapem. Wygląda na to, że nadchodzący album może przynieść jeszcze więcej zaskoczeń.

When Saints Machine. Sześć lat później nie zmienia się jedno

Ostatni raz widziałem ich w 2013 roku. Od tamtej pory w When Saints Go Machine zmieniło się prawie wszystko. Nie zmieniło się jedno. Duńczycy to nadal jeden z najciekawszych zespołów w Europie, który tworzy i gra elektronikę na własnych warunkach. Przekonają się o tym wszyscy ci, którzy wybiorą się na jeden z trzech koncertów w Polsce. Zanim jednak usłyszycie When Saints Go Machine na żywo, przeczytajcie co do powiedzenia miał Nikolaj Vonsild, wokalista formacji.

When Saints Go Machine - fot. Daniel Hjorth

When Saints Go Machine – fot. Daniel Hjorth

Wywiad z Nikolajem Vonsildem, liderem When Saints Go Machine

Hubert Grupa: Pamiętam, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Miało to miejsce przy okazji Waszego koncertu w Poznaniu, w 2013 roku. Szmat czasu! Od tamtej pory nieustannie obserwuję Waszą ewolucję jako zespołu. Czy skupiacie się na rozwoju swojego brzmienia, niczym sportowcy na rosnącej formie podczas treningu, czy może przychodzi Wam to naturalnie? Wiesz, po prostu spotykacie się w studiu ze wszystkimi swoimi doświadczeniami i inspiracjami, i sprawdzacie, co z tego wyjdzie. Świadomy proces czy wypadkowa wielu różnych czynników?

Nikolaj Vonsild: Myślę, że to miks obu tych podejść. Wiesz, jeśli znajdziesz ten jeden dźwięk lub strukturę, która Cię zainteresuje, to zaczynasz krążyć, tworzyć dookoła niej. Szukasz różnych rozwiązań, grasz rozmaite rzeczy, sprawdzasz co do siebie pasuje.

Czasem coś dzieje się naturalnie, utwór sam układa się dokładnie tak, jak tego oczekujesz. Innym razem masz wrażenie, że proces nagrywania to jeden wielki bałagan. Starasz się znaleźć w nim cokolwiek interesującego, bawisz się dźwiękiem. Czasem też po prostu dzieje się magia. Oczywiście zawsze mogłoby tak być. Jednak w naszym przypadku proces twórczy to najczęściej wiele godzin spędzonych w studiu.

When Saints Go Machine. Dekonstrukcja w służbie rozwoju

Słuchając Waszych ostatnich nagrań, myślę, że zaczynacie nieco dekonstruować to, co tworzyliście na początku, Wiesz, w ostatnich singlach sporo słychać outsiderskiej, futurystycznej elektroniki, elementy trapu czy hip-hopu. Brzmi to tak, jakbyście nieustannie żonglowali stylistyką, bawili się muzyką bardziej niż kiedykolwiek.

Nikolaj Vonsild: Tak, to prawda, choć to bardziej kwestia dojrzałości, a nie zabawy. Wiesz, jesteśmy starsi, więc nie gonimy za wszelką cenę za naszymi inspiracjami. Każdy zaczynający muzyk ma jakiś swój wzór czy autorytet, do którego dąży. Wiesz, na zasadzie “chcę brzmieć jak oni”. Często dotyczy to tych najwcześniejszych inspiracji, które pchają Cię do, by zająć się muzyką.

Inspiracje zebrane od czasów dzieciństwa to gigantyczna biblioteka, z której przez lata czerpiesz, zanim zaczniesz znajdziesz własny styl. Dziś, z perspektywy dojrzałego muzyka, myślę, że jesteśmy po prostu bardziej pewni siebie i tego, co chcemy robić, jak chcemy brzmieć. Dlatego może nasze obecne brzmienie jest bardziej “nasze”, tworzymy styl zamiast naśladować. W końcu do tego dojrzeliśmy.

Premiera, czyli presja czy ekscytacja?

Jesteśmy już bardzo blisko dnia premiery Waszego nowego albumu. Myślę, że możesz powiedzieć o nim już nieco więcej. Czego możemy się spodziewać? Jak czujecie się przed wydaniem pierwszego krążka od sześciu lat? Przeważa presja czy ekscytacja?

Nikolaj Vonsild: Na pewno ekscytacja. Wszyscy jesteśmy podekscytowani premierą. Jednak przez te wszystkie lata robiliśmy mnóstwo innych rzeczy, rozwijaliśmy inne projekty i trochę nie mieliśmy czasu myśleć o tym. Nie czuliśmy, że musimy coś wydać, że czas od premiery ostatniej płyty się wydłuża, że rośnie jakieś ciśnienie. Nie czuliśmy tego, bo byliśmy za bardzo skupieni na pracy.

Dziś mogę z całą pewnością powiedzieć, że po prostu czujemy się… miło. Mam nadzieję, że ten album spodoba się ludziom. A przynajmniej kilku ludziom, na których mi najbardziej zależy. (śmiech) Jeśli okaże się inaczej, jeśli okaże się, że ten album się nie spodobał to nie zmieni to naszej radości z faktu, iż udało nam się nagrać ten materiał i w końcu go wydać.

When Saints Go Machine - fot. Daniel Hjorth

When Saints Go Machine – fot. Daniel Hjorth

Nowa płyta When Saints Go Machine – czego możemy się spodziewać?

Za czym najbardziej tęskniłeś, jeśli chodzi o czas nagrywania albumu? 

Nikolaj Vonsild: Za niczym nie tęskniłem, bo to kawał ciężkiej pracy. (śmiech) Oczywiście żartuję. Trudno jest zebrać wszystko to, co nagrywasz przez cały ten czas, ale przychodzi moment, gdy musisz to zrobić. Myślę, że istotą albumu jest to, iż posiada on pewną narrację, nie jest zbiorem przypadkowych utworów. Naprawdę trudno to wypracować.

W ostatnich latach coraz popularniejsze jest wydawanie singli, EPek, mixtape’ów. Oczywiście nie ma w tym nic złego. To wszystko wynika z tego, jak ludzie słuchają muzyki. Skoro jest jej tak dużo, a czasu tak mało, to nie dziwi sytuacja, że twórcy decydują się na krótsze formy. Jednak moim zdaniem album to taki element w karierze muzyka, który musi powstać, by spróbować się zdefiniować. Wydawane przez Ciebie albumy pokazują jaką drogę przebyłeś jeśli chodzi o Twoje umiejętności, doświadczenia, inspiracje…

A zatem ile zajęło Wam nagranie tego wszystkiego, co usłyszymy na nowym krążku?

Nikolaj Vonsild: Kilka lat. Nie wiem czy jesteśmy w stanie wskazać piosenkę, która powstała najwcześniej. Tak naprawdę cały czas coś nagrywaliśmy i to słychać bardzo wyraźnie, bo materiał jest mocno zróżnicowany. Nasz najnowszy album to zdecydowanie album elektroniczny, ale pojawiają się na nim wszystkie te inspiracje, które były nam bliskie w międzyczasie. Są elementy hip-hopowe, są utwory zarejestrowane z orkiestrą symfoniczną (Copenhagen Philharmonic Orchestra – przyp. red.)…

Nagraliśmy kilka godzin muzyki. Powstało mnóstwo partii, stworzyliśmy także gigantyczną bazę sampli. Myślę, że sam proces wybierania tego, co w końcu chcemy by znalazło się na albumie, zajął nam dwa lata. Ostatni rok spędziliśmy na dopracowywaniu szczegółów. W pełni się temu oddaliśmy.

Duńska scena wczoraj i dziś według When Saints Go Machine

Jak przez te lata zmieniła się scena w Danii? Myślę, że w 2013 roku – podobnie jak u Was – tutaj, w Polsce, przeżywaliśmy boom na elektroniczne zespoły. Dziś stoją one nieco z boku, głównie przez popularność hip-hopu, który stał się wiodącym gatunkiem, nowym popem. Czy sytuacja w Danii wygląda podobnie?

Nikolaj Vonsild: Myślę, że podobna sytuacja jest teraz wszędzie na świecie, także w Danii. W czołówkach list przebojów znajdziesz mnóstwo raperów. Jednak to nie jest rap jaki znaliśmy 10-20 lat temu. To rap ery SoundClouda.

Moim zdaniem ten nurt jest bardzo ciekawy. Ogromnie doceniam wszystkich “bedroom producerów” za to, że najprostszymi środkami potrafią stworzyć muzykę, która przebija się do szerokiej publiczności. Wiesz, tym gościom wystarcza najprostsze oprogramowanie i przekaz, by wygrać z ludźmi, za którymi stoi sztab osób odpowiedzialnych za brzmienie, wizerunek, itd. To jest niesamowite.

Idea DIY pokazuje jak wielkie może być zaangażowanie artysty, jeśli chce coś przekazać światu. Nawet gdy masz do dyspozycji najprostsze środki, to za Twój przekaz nie jest niczym ograniczony. Ale i to się zmieni…

Umówmy się, wielu twórców stawia na bezpiecznie brzmienie, którym ma szansę trafić do jak najszerszego grona słuchaczy. To sprawia, że wszystko zaczyna brzmieć podobnie, także jeśli chodzi o hip-hop. Artyści będą musieli zaryzykować, postawić na coś awangardowego. Tylko dzięki temu będą mogli rozwijać się, być krok przed innymi, a tym samym odkrywać nowe rzeczy.

Kogo znać i słuchać? Radzą When Saints Go Machine

Zgodzę się z Tobą. Nie ma nic złego w hip-hopie, o ile wszyscy jego twórcy nie zaczynają brzmieć tak samo. Jednak chcę na moment wrócić do tego, od czego zaczęliście i co tworzycie dziś. Kto robi dziś na Tobie największe wrażenie, jeśli chodzi o duńskich producentów?

Nikolaj Vonsild: Przyznam, że nie śledzę duńskiej sceny zbyt szeroko. Raczej jestem wierny tym twórcom, których znam i których rozwój mi imponuje. Na pewno muszę wymienić Yen Towers. To postać trudna do zaszufladkowania, nie przeczytasz o nim w mediach. Yen Towers (to solowy projekt Simona Formanna – przyp.red.) tworzy również inne projekty, takie jak Age Coin czy Khalil, w którym mamy przyjemność działać razem. To najlepszy duński producent jakiego znam.

Powinien wymienić też Croatian Amor, jednak bardziej ze względu na to, jak kreuje on scenę, a nie za to, co sam tworzy. Croatian Amor to współtwórca wytwórni Posh Isolation. Sposób, w jaki wynajduje on artystów, a następnie wybiera ich do współpracy ze swoim labelem, jest niesamowity. Dokłada swoją rękę do wszystkiego, co pojawia się pod szyldem Posh Isolation. Ten człowiek ma ogromny wpływ na to, co dziś tworzy się w Danii. 

19 października rozpoczynacie trasę po Polsce. Jak dziś wygląda Wasz sceniczny setup?

Nikolaj Vonsild: Nasz obecny setup sceniczny jest czysto elektroniczny. Jesteśmy otoczeni maszynami z każdej strony. (śmiech) Sporo eksperymentujemy z wokalem, przetwarzamy go, manipulujemy nim. Używamy go jak dodatkowego instrumentu. Bardzo czekamy, by móc to wszystko zaprezentować na żywo, w tym w Polsce.

When Saints Go Machine w Polsce – bilety

Duńczycy zagrają w Polsce dwa koncerty. 19 października wystąpią w poznańskim Projekt LAB, dzień później w warszawskiej Smolnej. Bilety na te wydarzenia kupicie na stronie Biletomat.pl.

When Saints Go Machine - Poznań / Warszawa

Biletomat.pl
49 PLN

Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.