2 noce w Hotelu Forum – UNSOUND 2016 – RELACJA

3 051
News
2 noce w Hotelu Forum – UNSOUND 2016 – RELACJA

Zapraszamy Was na subiektywną wizję wycinka krakowskiego festiwalu. Czy też śniliście o świecących żyrandolach?

Żaden festiwal w Polsce nie budzi we mnie tylu emocji co krakowski Unsound. Na samą myśl o końcu października czuję miłe mrowienie z tyłu głowy, powiązane z szeregiem pytań czym tym razem zaskoczą mnie organizatorzy. Większość najciekawszych występów w życiu słyszałem właśnie tam, więc nie jest to zupełnie na wyrost. Spektrum muzyczne jest tak szerokie, że nie tylko każdy może znaleźć coś dla siebie, ale nawet znaleźć coś czego w ogóle nie szukał. Koncerty, wystawy, projekcje, instalacje czy ekskluzywne projekty realizowane z artystami specjalnie na niego dają kalejdoskop możliwości przeżycia tego tygodnia na milion sposobów. Ja wskutek ograniczonej opcji czasowej skupiłem się na imprezie w hotelu Forum i spędzeniu miłego czasu w Krakowie.

#Piątek
Transport ogarnięty, start okolice piętnastej. Nic nie może pójść nie tak. A jednak… Kierowcy udało się kilka razy zagiąć czasoprzestrzeń i pokonałem trasę z Poznania do Krakowa w niespełna… 8 godzin. Rześkie krakowskie powietrze oraz znajomy kształt brutalistycznej formy Forum od razu poprawił mi humor, więc obwieszony torbami jak bombowiec b52 poszedłem od razu załatwić formalności. Szybki teleport do kwatery, kompaktowy 45-minutowy bifor i początek eksploracji.
Na pierwszy ogień dałem się ponieść modularnej podróży z Overmono (na zdjęciu głównym). Pięknie poskładane melodie, dużo basu i połamane bity to to czym panowie Truss i Tessela ujęli mnie doszczętnie. Polecam chociażby ich Boiler Room, żeby zrozumieć o czym piszę. Piękno w czystej postaci podkreślone mrokiem i niesamowitą atmosferą hotelowego korytarza. Dalszym punktem programu byli Demdike Stare, których jestem wielkim fanem. Szybkie piwo w barze i po przerwie znalazłem się na ich występie. Najbliżej stylistycznie umiejscawiam ich gdzieś pomiędzy skandynawską, nieskończoną nicością, produkcjami Andy’ego Stotta, a bassowo rytmicznym szaleństwem. Potrafią tworzyć cuda w rytualno mrocznej stylistyce, która nie ma sobie równych. Zagrali dosyć ciężko jak na siebie, przeplatając pustkę materią, a światło dźwiękiem, od którego włosy na całym ciele zmieniały się w igły. Byłem zachwycony.
Rzut oka na rozpiskę i decyduję się zostać na tej scenie na występie Phuture. Kilka papierosów ze znajomymi z innych miast i wracam do królestwa Rolanda TB-303. Nie jest to moja ulubiona zabawka w muzyce elektronicznej, jednak z ciekawości poświęciłem pół godziny na sprawdzenie jak radzą sobie z nią pionierzy gatunku. Roland bulgotał jak świąteczny gar z bigosem na dużym ogniu, tworząc całkiem energetyczną mieszankę, która o dziwo bardzo przypadła mi do gustu. Potem autopilot skierował mnie gdzieś indziej…

Najjaśniejszym punktem tej nocy był dla mnie tak czy inaczej występ Konstantina. Szef labelu Giegling, którego brzmienie jest bliskie mojemu sercu, a mix Dj’a Metatrona o numerze 07 nie opuścił playlisty mojego playera przez ostatnie półtora roku. Miał być on endingiem trzeciej sceny. Nie zawiodłem się, minimalowo deepowe brzmienie sączące się powoli przez moją jaźń było ukojeniem po całej nocy brzmieniowego niepokoju. Powoli rozpłynąłem się w dźwięku, który opanował mnie doszczętnie, wypełniając każdą komórkę mojego systemu.
Myślałem, że tak właśnie zakończy się ta noc dopóki, nie wyszedłem na korytarz chwilę ochłonąć. Gdzieś w oddali przebijało coś, co nie dawało mi spokoju i tam skierowałem swoje kroki. Trzy dj’ki z duńskiego Apeiron Crew rozwaliły mnie na łopatki miksując dokładnie tak jak uwielbiam. Totalnie różnorodne kawałki, na pierwszy rzut ucha kompletnie do siebie nie pasujące, ale ograne perfekcyjnym, konsekwentnym miksem. Przy nich właśnie spędziłem resztę nocy, która powoli zamieniła się w dzień, a dzień w błyskawiczną utratę przytomności spowodowaną zmęczeniem…
#Sobota
Sobotni dzień obfitował w zwyczajowe towarzyskie spotkania, wizyty na zaprzyjaźnionych afterach i włóczenie po starówce. Wszystko to, co robi się co roku na krakowskim festiwalu. Po wszystkich perypetiach jeszcze krótka drzemka, która okazała się nieco dłuższa niż sądziłem…
Obudziłem się zdezorientowany niczym dzięcioł, któremu się przysnęło i gdzieś w środku fazy REM odpadł od drzewa. Dochodziła północ. Dopiłem wyciągniętą spod poduszki butelkę mate i popędziłem do Forum, którego bryła w wieczornej mgle jawiła się niczym ogromny pojazd obcych porzucony nad rzeką. Uff, dobrze, że zdążyłem na Raime. Jest to moje najpiękniejsze mroczne odkrycie ostatniego czasu. Hardware plus gitara uzbrojone na potrzeby występów na żywo w perkusistę dają niesamowity efekt. Ultra niski bas, poszarpane, zapętlone riffy okraszone przesterem i solidną dawką niepokoju. Ich muzyka kojarzy mi się z anime Final Fantasy, a dokładnie z momentami w których dusza ludzka jest przez zjawy wyszarpywana z ciała.
Z uwagi na  występ Antone’ego „Shake” Shakira ostatnie 15 min odpuściłem na rzecz legendy z Detroit, który pierwszy raz w swojej długiej karierze gościł w naszym kraju. Rocznik 66, niestety wspierający się już laską, z nieco podniszczonym słuchem, ale jednak żywy kawał historii techno. Doświadczał w czasie rzeczywistym wszystkich głównych wydarzeń w tym nurcie. Niesamowicie było patrzeć na niego, jednocześnie słuchając jego ponadczasowej selekcji. Sztos!
Gdzieś z tyłu głowy zaświtało mi, że zbliża się godzina występu Pauli Temple. Słyszałem ją na żywo dwa razy, jednak tym razem w projekcie Dis.Integration przeszła samą siebie. Była niczym huragan Katrina najeżony katanami, chłodny syberyjski wiatr i masywna jak schodząca lawina.

Po wszystkim usiadłem w kącie racząc się piwem i oddając rozmowom. Przegapiałem występy Freda P i Voiski’ego, ale Unsound to nie wyścig tylko podróż. Dla każdego inna. Na deser zostawiłem sobie występy ekipy Radar na dwóch scenach. Znając doskonale i szanując ich style łączące czyste detroit, electro i minimal z domieszką nieszablonowego techno, zmieniałem je co kilkanaście minut oddając się błogiej kontemplacji. Jak zwykle festiwal był dla mnie czymś wyjątkowym i nie żałuję ani sekundy obecności na nim. To chyba jedyna impreza w Polsce, z której wracam absolutnie usatysfakcjonowany.
Niedzielnym wieczorem miał nastąpić powrót do szarej rzeczywistości i roku oczekiwania na kolejną edycję. Był co najmniej zabawny, a kiedy ucichł imprezowy gwar współpasażerów, patrząc na mijane światła latarni i odpływając w nicość obiecałem sobie: jak zwykle wrócę tu za rok. Tym razem na dłużej…
PS śniłem o świecących żyrandolach…
Tekst: Distant Lights (Scanate)
Zdjęcia:
Sonia Sonieq