Tych płyt i artystów słuchaliśmy. Flashback: czerwiec 2020

197
Artykuł
flashback czerwiec 2020

Z czerwcowego kalendarza zniknęły niestety większe imprezy klubowe i wydarzenia inaugurujące festiwalowe lato. Nie oznacza to bynajmniej, że fani muzyki elektronicznej zostali pozostawieni z niczym. Wśród gęstego katalogu nowości znaleźliśmy dla Was dziewięć płyt, które w ubiegłym miesiącu najbardziej przypadły nam do gustu.

W dzisiejszej selekcji – podobnie jak ostatnio, w marcu – postawiliśmy na różnorodność. Eksperymenty i dekonstrukcje w zestawieniu reprezentuje Arca i Amnesia Scanner. Łagodniejsze brzmienia na trudne, poimprezowe poranki zagwarantuje Bibio, a nutę zaskoczenia wprowadzi nasz klubowy towar eksportowy, czyli Catz ‚n Dogz. Co jeszcze znalazło się na naszych playlistach? Sprawdźcie sami!

Arca – KiCk i

wyd. XL Recordings 

Arca – KiCk I

Arca – KiCk I

Kiedy Björk ogłosiła, że jedną z gościń na jej płycie Utopia będzie Arca, nie byłem specjalnie zaskoczony. Współpraca artystki, która przecierała szlaki alternatywy przełomu wieków z postacią, która robi to samo dwadzieścia lat później, zdawała się tylko kwestią czasu. Cieszę się, że po wspólnym nagraniu dziesiątego albumu Islandki, ich drogi nie rozdzieliły się. Jak widać, poszukiwanie wspólnego mianownika w eksperymentowaniu nadal trwa. Utwór Afterwards na krążku KiCk I Wenezuelki, w którym wokalistka brawurowo przypomina o znakomitym wierszu hiszpańskiego modernisty Antonio Machado, to liryzm w czystej postaci.

Myli się jednak ten, kto stwierdzi, że Alejandra Ghersi interesownie korzysta z sukcesu koleżanki po fachu, nie wnosząc na scenę nic nowego. Nowe wydawnictwo spod jej rąk to emanacja transgresji, przekraczania granic współczesnej elektroniki i redefiniowania zaśniedziałych schematów kompozytorskich. Arca poszła krok dalej niż na poprzednim longplayu, prezentując zestaw wywrotowych, poskręcanych i opartych na silnych kontrastach utworów. Producentka odeszła od emocjonalnych ballad, stawiając na dekonstrukcję klubowej i popowej melodyki. Jej arytmiczna, miejscami nawet nieprzystępna narracja bynajmniej nie jest przypadkowa. KiCk I to opowieść o byciu niebinarną, nieprzeciętną jednostką uwikłaną w szprychy heteronormy. Brawurowa próba opowiedzenia o tym, że wysmyknięcie się płciowym konwenansom i próba poszukiwania własnej tożsamości może przynieść upragnione wyzwolenie.

Jessie Ware – What’s Your Pleasure?

wyd. Universal Music 

Jessie Ware – What's Your Pleasure?

Jessie Ware – What’s Your Pleasure?

O nowej płycie brytyjskiej wokalistki pisaliśmy już przy okazji wywiadu, który niedawno przeprowadził z nią duet redaktorski Huberta Grupy i Łukasza Kowalki. What’s Your Pleasure? warto przywoływać jednak jak najwięcej, zważywszy na to, że dawno na horyzoncie nie pojawił się podobny album utrzymany na takim poziomie. Po ukłonach skierowanych w stronę miłośników balladowego, eleganckiego popu Jessie Ware triumfalnie powróciła do swoich elektronicznych korzeni. Małą zapowiedzią romansu z klubowymi brzmieniami był jej singiel Overtime, do którego trzy grosze dołożył house’owy duet Bicep. Premierowe wydawnictwo artystki zdaje się naturalną kontynuacją obranej wtedy drogi.

What’s Your Pleasure to album idealnie skrojony pod niezobowiązującą, lekko oldschoolową imprezę. Angielka – podobnie jak Robyn, Róisin Murphy albo Empress Of – sięga po bogate dziedzictwo disco zmieszanego z alternatywnym R&B i synth popem. Nie zapomina jednocześnie o swoim eterycznym, sensualnym wcieleniu, dzięki czemu niemal każdy z kawałków kryje w sobie nowoczesny szyk. Esencja materiału, który ma szansę zaistnieć w wydawniczych podsumowaniach 2020 roku, tkwi w niewielkich, a cieszących ucho szczegółach. Syntezatorowe intro Soul Control, Prince’owskie chórki w Remember Where You Are albo nośne, radiowe refreny – każdy z tych elementów składa się na spójną, chyba najbardziej przemyślaną w dorobku Ware całość.

Amnesia Scanner – Tearless

wyd. PAN 

Amnesia Scanner – Tearless

Amnesia Scanner – Tearless

Przed jakąkolwiek oceną nowej płyty duetu trzeba napisać jedno – ich materiał studyjny nie równa się temu, co Finowie prezentują na koncertach. Miałem okazję zobaczyć Amnesia Scanner podczas zeszłorocznego festiwalu Tauron Nowa Muzyka i muszę przyznać jedno. To ten typ wykonawcy, któremu niestraszne są artystyczne ekstrema i jazda bez trzymanki. Immersyjne, balansujące na granicy epileptycznego widowiska wizualizacje, radykalne testowanie scenicznego nagłośnienia i inne postmodernistyczne popisy są u nich na porządku dziennym. Niemal ortodoksyjne podejście do dekonstrukcji klubowych brzmień słabnie nieco na płycie słuchanej w domowych warunkach. Jakkolwiek, nad Tearless warto pochylić się nie tylko z kronikarskiego obowiązku.

Charakter nowego albumu Skandynawów dobrze oddaje styl samej okładki – przejaskrawiony, niepokojący i niepasujący do przeciętnych wzorców estetycznych. Amnesia Scanner, flagowi reprezentanci berlińskiej wytwórni PAN, sięgają daleko poza granice przystępnej elektroniki idealnej do niezobowiązującego włączenia w tle. Każdy z ich premierowych utworów poszerza horyzonty dystopijnego, futurystycznego mikroświata, w którym aberracje są na porządku dziennym. Panowie nie wahają się kombinować z dokręconym do granic możliwości autotune’em. Eksperymentują z równoległymi liniami melodycznymi, a wreszcie zapraszają do współpracy bezkompromisowych punkowców (duet AS Flat z Code Orange). Co tu dużo pisać – tak brzmiałby soundtrack do Cyberpunk… 2356.

Daniel Avery – Love + Light

wyd. Phantasy Sound 

Daniel Avery – Love + Light

Daniel Avery – Love + Light

W marcu, jeszcze zanim na dobre rozpoczęła się społeczna izolacja i zamrożenie instytucji kulturalnych, Daniel Avery wydał pierwszy w tym roku album. Illusion of Time było efektem jego owocnej współpracy z włoskim wirtuozem syntezatorów modularnych, Alessandro Cortinim. Okazuje się jednak, że to nie ostatnie słowo stałego rezydenta londyńskiego Fabric. Pod koniec czerwca – o czym pisał na łamach Muno.pl mój redakcyjny kolega, Kamil Downarowicz – światło dzienne ujrzał jego kolejny, tym razem solowy krążek. Wydane z zaskoczenia Love + Light to nie lada gratka dla tych, którym nieobojętne są klimaty Skee Maska, Jamesa Holdena albo Aphex Twina z czasów …I Care Because You Do. 

Avery, wcześniej kojarzony przede wszystkim z minimal techno podbitym brudnym industrialem albo nawet EBM-em, od jakiegoś czasu konsekwentnie poszerza muzyczne horyzonty. Jego niesłabnący eklektyzm da się łatwo usłyszeć w czternastu premierowych utworach, które zostały w całości skomponowane podczas koronawirusowej kwarantanny. Sprawniej niż dotychczas idzie mu budowanie ambientowych teł (London Island), które wraz z krótszymi interludiami (Pure Life) kreują klimatyczny, nieco filmowy klimat. Nie boi się igrania z nieco oldschoolowym IDM-em (One More Morning), ale pamięta jednocześnie o miłośnikach swojego klubowego, tanecznego anturażu (Dream Distortion). Mimo tych skoków w bok, wciąż pozostaje starym, dobrym Averym, który – gdy trzeba – sięga po zniekształcenia i elektroniczne ściany dźwięku. Solidny i wciągający (to prawie godzina muzyki!) materiał.

Catz’n Dogz – Moments

wyd. Pets Recordings 

Catz’n Dogz – Moments

Ci, którzy kojarzą duet Grzegorza Demiańczuka i Wojciecha Tarańczuka z nieco bardziej house’owych, żywszych brzmień, mogą być nieco zaskoczeni ich nowym krążkiem. Moments wydane w macierzystej wytwórni Pets Recordings to propozycja dla tych, którym nad Wisłą brakuje dobrego downtempo. Gatunek ten, którego korzenie sięgają Wielkiej Brytanii lat 90., był niegdyś nieodłącznym elementem tematycznych imprez i modnych kawiarni. Teraz – niestety! – jego popularność nieco zmalała, ustępując w mainstreamie miejsca nieco szybszym, bardziej energetycznym odmianom elektroniki. Każde wydawnictwo utrzymane w tym klimacie należy zatem doceniać i wierzyć, że już wkrótce zaleje nas druga fala utworów o tempie oscylującym wokół 100BPM.

Moments w całości nagrane podczas społecznej izolacji zdaje się dobrą zapowiedzią powrotu łagodności na parkiecie. Duet producentów zdecydowanie zwolnił, ale bynajmniej nie ucierpiała na tym jakość ich kawałków. Choć spokojniejsze brzmienia pojawiły się już na zeszłorocznym krążku Friendship, to właśnie teraz Catz’n Dogz zaserwowali chillout w najlepszym tego słowa rozumieniu. Bywa, że w ich kompozycjach pojawiają się partie wokalne (m.in. Heather Chelan czy Angienowak), ale to łagodne oblicze clubbingu jest tu najważniejsze. It’s OK skrojone na modłę najnowszego Caribou czy Nothing przypominające Röyksopp w latach swojej świetności – każdy utwór z tego wyjątkowo spójnego albumu przywołuje pewne reminiscencje i skrawki miłych chwil.

Park Hye Jin – How Can I

wyd. Ninja Tune 

Park Hye Jin – How Can I

Park Hye Jin – How Can I

Peggy Gou od lutowego utworu Jigoo z Maurice Fultonem nie zaprezentowała żadnej nowości, a zatem tytuł najciekawszej przedstawicielki współczesnego k-house’u płynnie przechodzi w ręce Park Hye Jin. Niespełna dwudziestokilkuletnia artystka w stosunkowo niedługim czasie stała się jedną z najpopularniejszych postaci azjatyckiej elektroniki. Sama pisze teksty, śpiewa, rapuje, a przede wszystkim gra nieoczywiste, wciągające sety. Już pierwszą EP-ką If U Want It udowodniła, że może sporo namieszać na scenie klubowej. Jej bezpretensjonalne, autorskie podejście do tanecznych brzmień, uzupełnione charakterystycznym wokalem, nadzwyczaj szybko wwierca się w głowę i długo z niej nie wychodzi.

Nowa EP-ka producentki, czyli How Can I wydane pod szyldem renomowanej oficyny Ninja Tune, zdaje się spełniać pokładane w niej oczekiwania, ale przynosi jednocześnie sporo niespodziewanych zmian. Pierwsza część materiału to Hye Jin, jaką zdążyliśmy już poznać – lekka, rytmiczna i swobodnie meandrująca między balearycznymi podkładami a outsider house. Like This albo Can You to kawałki, które bez wątpienia umieściliby w swojej selekcji Baltra, DJ Seinfeld albo Yaeji. Nieco świeżości wnosi druga połowa płyty, w której Koreanka idzie o krok dalej i zaczyna odważniej eksperymentować ze stylem. Organiczne, upstrzone cykającymi hi-hatami NO zgrabnie koresponduje z How Come, intrygującą wariacją na temat footworku uzupełnionego samplami. Cieszy fakt, że artystka nie zamierza utknąć w dobrze sprawdzonej estetyce, tylko śmiało idzie do przodu. W tym miejscu pochwała należy się też samemu Ninja Tune – to po Juliannie Barwick, Bicepie i DJ Boringu (o nim za chwilę) mocny, elektroniczny strzał w ich katalogu.

Ellen Allien – AurAA 

wyd. BPitch Control 

Ellen Allien – AurAA 

Poprzedni krążek ikony berlińskiego clubbingu, Alientronic, czerpał pełnymi garściami z undergroundowych, nieco brudniejszych odmian elektroniki. W acidowych, bezkompromisowych aranżacjach nieokiełznana, organiczna energia była słyszalna na kilometr. Nowy album Ellen Allien, standardowo już wydany w jej labelu BPitch Control, również kipi nieposkromioną żywotności. Jej źródła są jednak głęboko zakorzenione w nieco innych rejonach.

Jak trafnie zauważył Paweł Gzyl w recenzji wydawnictwa opublikowanej na łamach Nowej Muzyki, Niemka składa symboliczny hołd brzmieniom klubowym z pierwszej połowy lat 90. Auraa, balansująca gdzieś na granicy klasycznego techno i przejaskrawionego trance’u, zdaje się przez to znacznie bardziej pozytywna, niekiedy skręcając nawet w stronę nieoczywistego popu na sterydach. Walking in the Dark brzmi jak Roxette w alternatywnym świecie, w którym zamiast Marie Fredriksson na scenie pojawia się undergroundowy DJ. Tak pieczołowicie skrojone brzmieniowe tło, któremu towarzyszą okazjonalne wokalizy (In Music We Trust), aż prosi się do włączenia na profesjonalnym soundsystemie.

DJ Boring – Like Water

wyd. Ninja Tune 

DJ Boring – Like Water 

DJ Boring – Like Water

Z DJ Boringiem, kolejnym zaskakującym narybkiem brytyjskiej wytwórni Ninja Tune, jest trochę tak jak z Jordanem Alexandrem, który na scenie przedstawia się jako Mall Grab. Obaj panowie zdobyli szerszy rozgłos, odkrywając rejony dziś już nieco wyeksploatowanego lo-fi house’u. Gdy już zdążyli przyzwyczaić fanów do swojego nieskomplikowanego, choć zapadającego w pamięci brzmienia, w ich stylach pojawiła się niemała wolta. Kompilacja Worship Friendship udowodniła, że Alexander doskonale czuje się w operowaniu połamanymi, brudnymi beatami. EP-ka Like Water Boringa to z kolei ukłon w stronę tych, którzy sądzili, że producent nudzi – nomen omen – swoimi utworami.

Jego nowy materiał to zwrot w stronę bardziej euforycznych, bulgoczących aranżacji z rytmem dyktowanym przez automat perkusyjny. Recenzentowi magazynu Pitchfork, Jesse Dorrisowi, przypominają nieco poptymistyczne (pozdro Carpigiani!) melodie Octo Octy i najnowszego Lorenzo Senni. Sam słyszę w tym oczko puszczone w stronę eurodance’owych hitów – w szczególności w kawałku Seems Like Yesterday, gdzie repetytywne, elektroniczne arpeggia rządzą aż miło. Tak brzmią współczesne wakacje z nutą nostalgii.

Bibio – Sleep on the Wing

wyd. Warp Records

Bibio – Sleep on the Wing

Bibio – Sleep on the Wing

Był house z Korei Południowej, techno prosto z berlińskich klubów i awangardowa elektronika, zatem warto zwieńczyć zestawienie najciekawszych płyt czerwca czymś spokojniejszym. Stephen Wilkinson, występujący pod pseudonimem Bibio, od lat specjalizuje się w folktronice. To stonowana odmiana elektroniki uzupełniona o akustyczne instrumentarium. Jego płyty – niezmiennie wydawane w raczej eksperymentalnej wytwórni Warp Records – stanowią emanację ciepła, łagodności i ukojenia w dźwiękach. Nie inaczej dzieje się w przypadku Sleep On The Wing, czyli jedenastej już pozycji w dyskografii Anglika.

Dziesięć premierowych utworów zdecydowanie nie nada się na parkietowe pląsy, a na niezobowiązujący, leniwy wypoczynek po całonocnych, weekendowych lotach. W odróżnieniu do innych krążków (jak choćby Silver Wilkinson albo Ambivalence Avenue) artysta zrezygnował z partii wokalnych. Pierwsze skrzypce grają tu lekkie, chwytliwe melodie. Niekiedy są muśnięte drobnymi, ambientowymi wtrętami, ale najwięcej w nich folkowej, sielankowej ornamentyki. Taka decyzja ukonstytuowała bezpretensjonalny krążek, który warto zabrać na wakacyjne, niezobowiązujące wyprawy, włączyć na słuchawkach i bez skrępowania patrzeć w niebo. Po dość piosenkowym Ribbons i ilustracyjnym Phantom Brickworks Bibio wraca do stylu, który zapewnił mu popularność poza granicami Wielkiej Brytanii. To dość przewidywalny, ale udany comeback.

Kup Bilet Otwarty na dowolny koncert

Biletomat.pl
50-500 PLN

Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.