Dlaczego w polskich klubach nie grają polscy artyści? Kuba Sojka o toksycznych relacjach rodzimej sceny
Tu nie trzeba zbyt wiele dodawać - to najmocniejszy, niezwykle szczery i z całą pewnością najbardziej gorzki wywiad, jaki przeprowadziliśmy do tej pory w tym roku. Wywiad, który pomimo swojego ciężaru, daje nadzieję na zmianę i motywuje, by tej zmiany wspólnie dokonać. Kuba Sojka bez gryzienia się w język o tym, dlaczego to kluby oraz grupy osób z nimi związane odpowiadają za sytuację polskich artystów i krajobraz sceny, na której dominują zagraniczni headlinerzy grający za horrendalne stawki, jednocześnie niebędący w niczym lepszymi od rodzimych twórców.
Dwa tygodnie temu, pod postem, w którym przedstawiliśmy wypowiedź Cranza z wywiadu udzielonego przy okazji premiery pierwszego winylowego wydawnictwa w labelu KYSH, rozgorzała ogromna dyskusja na temat kondycji sceny klubowej. Wydźwięk publikacji okazał się na tyle mocny, że wiele osób zdecydowało się dorzucić swoje trzy grosze do tych słów, często nie pozostawiając suchej nitki na krajobrazie współczesnego clubbingu.
Wśród mniej lub bardziej merytorycznych wypowiedzi, pojawiła się jedna, która przykuła uwagę w niemal równie wielkim stopniu, co sam wywiad z Cranzem. Jej autorem był Kuba Sojka. Pozwalam sobie wkleić ją tutaj w takiej formie, w jakiej została ona opublikowana pod postem na fanpage’u Muno.

Znając się z Kubą, mają przyjemność rozmawiać z nim m.in. przy okazji realizacji serii Munocast, poczułem obowiązek, by dać jemu, jednemu z najbardziej cenionych polskich producentów i live actowców, przestrzeni do rozwinięcia swoich myśli. Mówimy przecież o artyście, który w ciągu minionych dwóch dekad zbudował spektakularnie mocne CV, jakim niewielu w kraju może się pochwalić. Uznany producent, wirtuoz live actów, a do tego nauczyciel kolejnych pokoleń adeptów muzyki elektronicznej i nie tylko, do tego etatowy współpracownik takich marek jak Arturia czy Ableton. Kuba Sojka to dziś przede wszystkim postać, która mając wszelkie kompetencje, by zajmować stanowisko w temacie sytuacji na polskiej scenie klubowej, nie boi się wypowiedzieć na głos wielce niewygodnych słów i wskazać tych, którzy odpowiadają za to, że rodzimych twórców na próżno szukać w klubowych i festiwalowych programach w kraju i zagranicą. Jednocześnie Kuba na swoim przykładzie dokonuje analizy lokalnej sceny, zależności nią rządzących i producentów samych w sobie.
Ta rozmowa nie ma jednak na celu narzekania i szukania winnych. Wręcz przeciwnie. Wspólnie z Kubą chcieliśmy zastanowić się nad tym, co nie działa na polskiej scenie, co należy zmienić i jakie działania podjąć. W tym ostatnim obszarze Kuba apeluje do wszystkich, również do Was, uczestników kultury klubowej tego kraju, a my dołączamy do jego słów.

Kuba Sojka – wywiad
Podzieliłeś się ostatnio gorzką opinią, która zyskała ogromną aprobatę wielu czytelników Muno, moją także. Jakkolwiek wydawać się może, że nigdy nie było lepszych czasów dla produkowania muzyki i dzielenia się nią z ludźmi, to z drugiej strony realia, a raczej możliwości występów dla producentów czy live actowców są ponure lub po prostu żadne. Cytując Ciebie: „Trzeba też powiedzieć wprost: polskie kluby coraz częściej kierują się czystą kalkulacją finansową, chcą prostego i bezpiecznego przepisu na zarobek. Unikają dzisiaj inwestowania albo bardziej promowania zdolnych producentów, patrzę poprzez perspektywę swoją i innych znanych mi kolegów z branży, którzy też mają bogaty dorobek. Czasami mam wrażenie że najgorzej na scenie mają doświadczeni polscy producenci z dorobkiem, bo nie są tak atrakcyjni finansowo jak dopiero zaczynający DJ’e ale również nie dość rozpoznawalni jak zagraniczny headliner. Tyle że to sama scena i promotorzy kreują taką rzeczywistość i w niej tkwią.”. I teraz zastanawia mnie jedno – kto jest winien tej sytuacji najbardziej? a) kluby, które nie inwestują w jakościowych artystów-producentów? b) ludzie, którzy nie potrafią docenić artystycznego warsztatu i wolą łatwą rozrywkę? c) artyści-producenci, którzy nie potrafią zbudować swojej atrakcyjności?
Biorąc pod uwagę opcję A, czyli kluby, które nie inwestują w jakościowych artystów, producentów, ja myślę, że tutaj można postawić największy procent prawdopodobieństwa z tego powodu, że to kluby tak naprawdę tworzą gotowy produkt. Tworzą nam gotową rozrywkę jako konsumentom, ludziom, którzy chodzą do klubów. Same kluby, które powstają, nie wynikają z głosów – że tak powiem – ludu, który się domaga tychże klubów. To wynika wyłącznie z inicjatywy samych właścicieli klubów co oczywiście wiąże się z tym, że jest pewna postać, czy też grupa osób, i wizja tego klubu. Oczywiście, nie możemy tutaj zakazywać wizji tego klubu i tego, że dany klub ma działać w taki bądź inny sposób. Jednak wszystkie kluby w Polsce obecnie prowadzą ten sam, dokładnie ten sam schemat, który jest powtarzalny od wielu dobrych lat: zapraszamy bardzo znane postacie z zachodu, które mają bardzo wygórowane oczekiwania, jeżeli chodzi o gaże. Natomiast dodatkowe osoby, które mają je supportować lub mają grać closing seta, będą często gdzieś dobierane najtańszym kosztem lub są w jakiś sposób powiązane z klubem lub promotorem/kolektywem, który organizuje te imprezę. I tutaj już właśnie się zaczynają problemy, bo są promowane gwiazdy z zachodu, co autentycznie blokuje możliwość zabookowania polskiego producenta z dużym dorobkiem. I przez to, że jest ten duży headliner zagraniczny, który właściwie jest największym tutaj kosztem całej imprezy, potem brakuje już pieniędzy na pokrycie innych dodatkowych ludzi, co przekłada się na dobieranie osób, które będą w cudzysłowiu tańsze, nikomu nie ubliżając, ale niestety, poruszamy tutaj kwestie finansowe, które po prostu będą bardziej opłacalni, jeżeli chodzi w tym zakresie. I to jest już duży problem, bo tym samym dobrzy producenci polscy są w tym momencie pomijani.
Z drugiej strony, bardzo rzadko kluby chcą realizować duże imprezy z udziałem polskich producentów, artystów, bo wolą iść po prostu na łatwiznę i zaprosić tego zagranicznego myśląc, że ten zagraniczny na pewno zadziała i tutaj nie będzie żadnej wtopy. Nie zgodzę się więc z tym, że cała ta sytuacja, w której jesteśmy obecnie, jest tworzona przez słuchaczy, tylko właśnie przez kluby oraz całe to zaplecze. Nie ma tutaj jednego winnego, bo nie w tym rzecz, tylko chodzi o to, że pomiędzy klubami stworzył się taki wyścig szczurów, gdzie każdy się prześciguje w jak najlepszym line-upie, z jak najlepszym headlinerem, co jest oczywiście też fajne, bo pokazuje to, że jednak polski clubbing ma się dobrze i pieniądze, które za tym stoją. Ale niestety, opiera się to tylko i wyłącznie na takim wyścigu, przez co są zaniedbywane osoby z Polski i tym samym nie są one promowane, niestety.
Co do odpowiedzi B, czyli ludzie, którzy nie potrafią docenić artystycznego warsztatu i wolą łatwą rozrywkę. Z tym nie zgodzę się do końca, bo jednak kultura klubowa już w pierwszy rzucie odsiewa pewną grupę społeczną. Same kluby, gdzie gra się muzykę techno czy house, już odsiewają pewną publikę i nie zgodzę, że czasy są takie, że ludzie potrzebują coraz mocniej, coraz szybciej i głośniej, bo wielokrotnie, nawet w rozmowach z ludźmi z branży czy z ludźmi młodymi, z którymi mam ciągle do czynienia w Szkole Muzyki Nowoczesnej, sami już żartują sobie z tej wizji muzyki techno i tego głównego mainstreamu, który wszyscy nazywają muzyką techno, co często się nie pokrywa z rzeczywistością.
Wiem, że z kolei bardziej artystyczny warsztat i umiejętności są doceniane przez ludzi, bo jednak spotykam się ze świetnymi komentarzami po moich występach, moich setach, po szczerych reakcjach czy polubieniach. To nie jest tak, że na przykład gram mało i tym samym mam mało komentarzy. Gram faktycznie mniej, ale nie zauważyłem, żeby adekwatnie do tego spadła mi liczba, nazwijmy to, pozytywnych komentarzy, chwalenia mojego warsztatu, mojego artystycznego podejścia i tak dalej. Nie sądzę zatem, żeby ludzie szukali łatwiejszej rozrywki.
Odpowiedź C – artyści, producenci, którzy nie potrafią zbudować swojej atrakcyjności. Owszem, poniekąd jest to prawda, ale to też niestety wynika z tego, że wcześniej są oni trochę tłamszeni właśnie przez wspomniane kluby. Poniekąd kluby podcinają skrzydła artystom. Kluby, lecz także różnego rodzaju grupy ludzi tworzących kolektywy, bo często te kolektywy też są bardzo zamkniętymi grupami, które dopuszczają tylko własnych ludzi albo znajomych kolektywu. To wszystko zaczyna tworzyć coraz bardziej hermetyczne środowisko do tego stopnia, że doświadczeni producenci muzyki elektronicznej, którzy zaczynali tworzyć tę scenę 15, 20 lub nawet 30 lat temu, są dzisiaj niedopuszczeni albo – bardziej pasuje tu słowo – pomijani właśnie przez kluby, albo przez kolektywy, które tak naprawdę zostały zatrudnione przez te kluby, by wypełniły salę na zlecenie tychże klubów.
Żeby była jasność – nie mam nic do kolektywów czy klubów, każde z nich ma swoje zadanie i misję, ale moim zdaniem, tę misję można wykonać lepiej, kreując lepszy balans przy współpracy z polskimi artystami. Niestety, faktem jest, że polska scena niemal całkowicie zapomniała o artystach live czy też po prostu o polskich producentach, z małymi wyjątkami. Oczywiście, promocja jest bardzo ważna, ale też weźmy pod uwagę, że promocja poniekąd też wynika faktycznie z klubów i właśnie kolektywów. Gdyby zatem kluby i kolektywy bardziej były otwarte na współpracę z polskimi producentami, to tym samym też promocja artystów stałaby na wyższym poziomie. Byłaby bardziej dopracowana, bo jednak praca w grupie nie jest obarczona jedną osobą, tylko zadania lepiej się to rozkłada na poszczególne osoby, które koordynują pewnymi rzeczami w grupie. Myślę, że to ważny aspekt, że polscy artyści nie mają też wsparcia PR-owego w klubach i kolektywach i to przekłada na ich słaby PR w Polsce, a idąc dalej – niestety – za granicą. Skoro mało promujemy swoich, to nie liczmy na ich promocję za granicą.
Kuba Sojka – Promo Live Performance Mid
Kuba Sojka: Największy problem współczesnej sceny – brak otwartości i wsparcia dla polskich producentów
Kiedy rozłożymy to sobie na czynniki pierwsze, to pewnie moglibyśmy znaleźć przyczynę opisanej sytuacji w każdej ze wspomnianych grup. Jednak na końcu największe ryzyko podejmują kluby. Zapytam zarazem – skoro topowi polscy producenci są tak dobrzy, to dlaczego tak niewielu z nich udaje się regularnie występować? Tutaj wrócę do naszej rozmowy z Munocastu sprzed 5 lat – wtedy zapytałem Cię czy gdybyś 10 proc. z czasu, który spędzać na produkcji, poświęcał promocji to czy byłbyś dziś w zupełnie innym, lepszym miejscu kariery. Wtedy przyznałeś, że tak. Dziś – jako autor tego pytania – wcale nie jestem pewny, bo patrząc na line-upy rodzimych klubów nie widzę tam ani polskich, ani zagranicznych live actów.
Nie sądzę, że gdybym poświęcał więcej czasu na promocję coś by się diametralnie zmieniło patrząc po 5 latach od wywiadu. Oczywiście, promocja jest ważna, ale wciąż głównym problemem jest separacja środowiska i zależność od koneksji. Kluby i kolektywy wolą stawiać na swoje nazwiska niekoniecznie kierując się jakością, a jedynie przynależnością do pewnej grupy lub kwestia ekonomiczną. I to jest, moim zdaniem, największy problem współczesnej sceny – brak otwartości i wsparcia dla polskich producentów. Ludzie boją się mówić o tym głośno, bo boją się utraty szans. Ja natomiast czuję się w obowiązku poruszyć ten temat, bo dotyczy on wielu z nas.
Oczywiście, rozumiem że kluby podejmują się największego ryzyka, czyli finansów, ale jak wspominałem, pewien schemat biznesowy jest powielany już dawna i nikt nie potrafi lub nie zamierza tego schematu przerwać. Tutaj dobrym przykładem jest festiwal Wisłoujście, który jednak wyłamuje się z tej konwencji tworząc event równych sobie artystów – tych początkujących, tych z ugruntowaną pozycja czy też legendy polskich scen. To jest dobry przykład że da się zrobić z sukcesem świetny event bazując na polskich artystach i tym samym oddając hołd wszystkim, którzy włożyli coś od siebie do tej sceny na różnych etapach. Chciałbym zobaczyć coś podobnego w klubach.
Winić grę czy graczy? Kuba Sojka o stawkach i profesjonalizmie na polskiej scenie
W takich momentach przywoływane jest zdanie „don’t blame players, blame the game” – niskie stawki dla grających i tłumy zgadzających się na nie versus brak sprofesjonalizować po stronie większości artystów (brak umów, brak faktur, itd.) tworzą błędne koło, z którego nikt nie wie jak wyjść od dekad. Czy to taka nasza polska specyfika? Mamy coraz większe kluby, coraz więcej festiwali, a stawki dla polskich artystów stoją w miejscu.
Niskie stawki to temat równie trudny i niestety, bardzo aktualny, bo od lat praktycznie stoją w miejscu. Rozumiem oczywiście, że organizacja dużych wydarzeń generuje ogromne koszty, ale przykro patrzeć, że w tym wszystkim artysta często schodzi na ostatni plan. Wierzę, że rozwiązaniem mogłoby być większe otwarcie się klubów i organizatorów na współpracę z markami czy sponsorami. Można też tworzyć stowarzyszenia lub fundacje skupione wokół muzyki elektronicznej i kultury klubowej, które mogłyby ubiegać się o granty i dotacje. W wielu krajach to działa, kultura klubowa jest traktowana jako ważny element sztuki współczesnej, a nie tylko rozrywka. To wszystko wymaga jednak planowania i myślenia strategicznego. W Polsce tego brakuje, a przecież można łączyć działalność artystyczną z edukacyjną, co otwiera drogę do dofinansowań i promocji polskiej sceny. Wtedy też można byłoby lepiej wynagradzać artystów. Warto pamiętać, że płaci się nie tylko za występ, ale też za doświadczenie, za lata pracy i za to, że dany artysta coś sobą reprezentuje.
Co do drugiej części pytania, nie można mieć do końca pretensji do artystów, że nie prowadzą działalności gospodarczej czy nie wystawiają faktur. Wielu z nich po prostu nie ma tylu bookingów, by to było opłacalne przy kosztach firmy. To system naczyń połączonych – gdyby mieli więcej występów, mogliby prowadzić to bardziej profesjonalnie i intensywniej. A tak pozostają w szarej strefie, bo rynek nie daje im narzędzi do działania w pełni legalnie.
Kuba Sojka – Dance Of The Noise
Kuba Sojka: Nigdy wcześniej nie było tak dobrego momentu, by zacząć tworzyć muzykę
Czy faktycznie nigdy nie było lepszych czasów dla produkowania muzyki? Chodzi mi tu o dostępność narzędzi, zarówno tych cyfrowych, jak i hardware’owych, które po pierwsze są dostępne, po drugie są tańsze, a po trzecie można znaleźć wiele alternatyw.
Zgadzam się, że żyjemy w czasach, w których produkcja muzyki jest łatwiejsza niż kiedykolwiek. Dostęp do oprogramowania, instrumentów, wiedzy i supportu technicznego jest ogromny. Dwadzieścia lat temu to było nie do pomyślenia. Sam pamiętam, jak zdobycie instrukcji obsługi syntezatora w języku angielskim było cudem, a o polskim tłumaczeniu można było tylko pomarzyć. Dziś mamy darmowe DAW-y, świetne darmowe wtyczki i nieograniczoną liczbę tutoriali online. To niesamowite i bardzo pozytywne. Z drugiej strony, ta łatwość przekłada się na spadek jakości lub błądzenie ludzi szukających pomocy w produkcji muzycznej na forach czy grupach facebookowych. Patrzę też przez pryzmat nauczyciela, który zderza się z tym na co dzień w swojej pracy w edukacji. Kiedyś, żeby coś stworzyć, trzeba było poświęcić czas i przejść przez proces nauki samodzielnie, czasami na zasadzie eksperymentów i eksplorowania co nadawało też styl danemu artyście. Dziś wiele osób szuka gotowych rozwiązań i kopiowania schematów. To powoduje, że muzyka traci na oryginalności, mimo to uważam, że dostępność narzędzi to ogromne błogosławieństwo. Nigdy wcześniej nie było tak dobrego momentu, by zacząć tworzyć muzykę.
Kuba Sojka: Widzę zagrożenie w tym, że coraz więcej ludzi używa AI bez zrozumienia podstaw muzyki
Czy jednocześnie galopujący rozwój AI i implementacja tego typu rozwiązań do DAWów i wtyczek wkrótce zatrze granice między tym, co wyprodukowane przez człowieka, a co przez algorytm? A wspomniana różnica będzie dostrzegalna jedynie przez geeków produkcji muzycznej, nie zaś przez przeciętnego Kowalskiego?
Rozwój AI to ciekawy, ale i kontrowersyjny temat. Sztuczna inteligencja z pewnością przyspieszy proces tworzenia muzyki, ale nie zastąpi kreatywności człowieka. Moim zdaniem to narzędzie, które może pomóc, ale nie powinno dominować. Widzę zagrożenie w tym, że coraz więcej ludzi używa AI bez zrozumienia podstaw muzyki – rytmiki, harmonii, dynamiki czy syntezy. To prowadzi do muzyki pozbawionej duszy. Testowałem różne narzędzia AI do produkcji i sound designu, ale szczerze mówiąc, żadne z nich mnie nie zachwyciło. AI może pomóc w odświeżeniu starych nagrań, w poprawieniu miksu czy masteringu, ale jeśli chodzi o tworzenie muzyki od zera, to wciąż uważam że człowiek ma przewagę, biorąc pod uwagę też aspekt pomysłowości i abstrakcyjnego myślenia. Myślę, że wraz z rozwojem AI pojawi się też zapotrzebowanie na coś przeciwnego – na muzykę autentyczną, improwizowaną, graną na żywo. To może być impuls do powrotu live actów i prawdziwego performance’u na scenie. Napewno nie żałuję, że kiedyś wiedze zdobywało się latami – daje ona większą pewność siebie w tym, co się robi i możliwość dosłownie „żonglowania” różnymi poznanymi technikami, czy to w produkcji muzycznej, live performance, czy DJingu. Dla mnie to cudowna sprawa wciąż się cieszyć procesem twórczym w muzyce czy sound designie – daje to coś więcej niż muzykę samemu artyście, ale też satysfakcje i spełnienie.
Kuba Sojka – Long Trip
Kuba Sojka: Niestety, barter, znajomości i kolesiostwo są dzisiaj podstawą działania polskiej sceny
Współczesna scena bardziej premiuje umiejętność utrzymywania znajomości, tworzenia barterów, PR-u i biznesplanu niż faktyczne umiejętności muzyczne” – jednak czy nie było tak zawsze? Rozmawiałem z ludźmi, którzy grali 20-25 lat temu i wówczas tzw. „wymienianki” były na porządku dziennym – „my bookujemy Ciebie u nas w mieście, Ty bookujesz nas”. Nawet Catz ’n Dogz o tym wspominali. Moim zdaniem to potwornie psuje scenę i tworzy kolesiostwo. Może zatem problemem jest to, że dziś brakuje równowagi i proporcji w korzyściach, stąd łatwiej jest zabookować PRowo atrakcyjnego DJa, który „spłaci się” w promocji, na którą i tak trzeba byłoby wydać pieniądze, niż live actowiec, który przyjedzie, zagra, weźmie więcej pieniędzy, a narobi mniej szumu wokół imprezy?
Niestety, barter, znajomości i kolesiostwo są dzisiaj podstawą działania polskiej sceny. Wymienianki zawsze istniały, ale dziś to zdominowało cały system. Kluby i kolektywy często bookują siebie nawzajem, co utrudnia dostęp z zewnątrz. To nie jest zdrowa sytuacja, bo ogranicza różnorodność i rozwój. Nie mam nic przeciwko współpracy i wspieraniu się nawzajem, ale problem w tym, że często to jedyna droga, wciąż powtarzalna. Scena działa na jednym patencie i nie rozwija się przez to w żadnym kierunku. Artysta, który nie jest częścią żadnej grupy, nie ma szans się przebić. To frustrujące, bo wielu z nas-artystów/producentów, ma ogromne doświadczenie i coś do zaoferowania, ale po prostu nie ma jak tego pokazać, przez to człowiek staje na rzęsach, stara się zrozumieć algorytm Instagrama czy TikToka, kreuje kontent by być zauważalnym, co finalnie sprawia, że marnuje się i czas i energię na rzeczy niezwiązane z muzyką.
Kuba Sojka: Nie budujemy własnej sceny, tylko dokładamy się do scen innych krajów
„To oczywiście realia rynku, nie mam o to żalu to tylko fakt i przyjmuję to na klatę, ale warto sobie uświadomić, że w ten sposób nie budujemy własnej sceny, tylko dokładamy do scen innych krajów. A dopóki to się nie zmieni, dopóty trudno będzie mówić o dużych, międzynarodowych sukcesach polskich producentów” – czy problemem jest zatem postawa klubów czy preferencje klubowiczów, na które to kluby chcą odpowiedzieć? Ola Teks wspominała niedawno w wywiadzie ze mną, że ma wrażenie, że autopromocja w Polsce jest wciąż źle postrzegana co jest absurdem. Jednak gdy większość klubów lub festiwali pyta w mediach społecznościowych o to, kogo ludzie chcieliby zobaczyć w nadchodzącym sezonie, to odpowiedzi zawierających polskich artystów jest najmniej. Dlaczego?
To, że w ten sposób nie budujemy własnej sceny, tylko dokładamy się do scen innych krajów, jest absolutnie prawdziwe. Polskie kluby często promują głównie zagranicznych producentów, a polskich pomijają. Potem dziwimy się, że nikt nie zna naszych artystów. Ale jak mają ich znać, skoro nie mają okazji ich posłuchać?
To błędne koło, ludzie nie domagają się polskich artystów, bo ich nie znają. A nie znają, bo kluby ich nie promują. Gdybyśmy zmienili proporcje i np. 80% bookingów w Polsce stanowiłyby występy polskich artystów, a tylko 20% zagranicznych, to zapewne po roku wyniki ankiet wyglądałyby zupełnie inaczej. Publiczność poznałaby lokalnych artystów i zaczęłaby ich cenić. Tylko za mało promujemy swoich jako gwiazdy, jako headlinerów. Nie dajemy im szansy stać się headlinerami.
Kuba Sojka: Dziś każdy gra na siebie, a kluby wolą obstawiać swoje line-upy znajomymi
Często w tego typu dyskusjach pojawia się wątek braku profesjonalnych agencji obsługujących artystów, jednak ta dyskusja zawsze zamyka się w jednym zdaniu – nie ma agencji, bo nie ma czym się z nimi dzielić. Leon w Munocaście powiedział, że „500 euro za set dla polskiego artysty nie powinno być kwestią dyskusji”. Pomyślmy sobie jednak ile mamy klubów, które są w stanie płacić takie pieniądze? Pięć? Osiem? I to skali przeszło 36-milionowego kraju. Dlaczego tak się dzieje? Masz bogate zagraniczne doświadczenie – czy w innych krajach to wygląda lepiej i lokalny DJ dostaje większe pieniądze?
Jeśli chodzi o brak profesjonalnych agencji, to problem tkwi w tym, że nie ma czym się dzielić. Scena jest zbyt mała, by utrzymać profesjonalne agencje bookingowe. To też efekt zaniedbań przez lata. Kiedyś artyści współpracowali ze sobą, wspierali się i tworzyli coś razem. Dziś każdy gra na siebie, a kluby wolą obstawiać swoje line-upy znajomymi. Ja sam przez lata starałem się robić coś odwrotnego. Zawsze zależało mi na tym, żeby dzielić się wiedzą i doświadczeniem. Nie trzymałem swoich umiejętności tylko dla siebie, ale chciałem, żeby ta scena się rozwijała. Uczyłem, prowadziłem warsztaty, pomagałem młodym producentom. To dawało mi ogromną satysfakcję, bo widziałem, że ta wiedza idzie dalej i rodzi kolejne talenty. Kiedyś panowała na scenie zupełnie inna energia – było więcej pasji, chęci współpracy i radości z tworzenia czegoś wspólnego. Dziś brakuje mi tego ducha. Niestety, nie jestem w stanie się wypowiedzieć jak to wygląda za granicą, tutaj musiałaby zabrać głos osoba, która faktycznie mieszka od lat i obserwuje tamtejszy rynek i ma porównanie z polską sceną.

Kuba Sojka: Jeśli chcemy być profesjonalni, to musimy działać jak profesjonaliści
Zauważam dwie skrajności. Jako promotor i booker: każdy, nawet najmniejszy zagraniczny DJ przyjeżdżający grać do Polski za 500 euro, ma własnego agenta, który zatroszczy się o jego interes: o umowę, warunki występu, hotel, podróż, itd. Jako dziennikarz i didżej słyszałem wiele kuluarowych opowieści od polskich kolegów i koleżanek, którzy mieli agenta, że zrezygnowali z tego, bo polskie kluby krzywo patrzyły na fakt, że trzeba było jeszcze dodatkowo płacić agentowi „za nic”, więc odbijało się to na liczbie bookingów. Czy – podsumowując nieco trochę Twoją wypowiedź – jesteśmy sami sobie winni tej sytuacji na wielu poziomach? Kluby nie bookują polskich artystów, bo ci są mało atrakcyjni i nie tak profesjonalni jak zagraniczni, a to dlatego, że kluby płacą za małe pieniądze, by móc zatrudnić agenta lub założyć własną działalnośći w ten sposób błędne koło toczy się dalej?
Prawda jest taka, że agenci są potrzebni, jeśli chcemy profesjonalizować scenę. To nie jest żadna fanaberia ani „zbędny koszt”. Agent to ktoś, kto dba o interes artysty – o umowy, rider, podróże, hotel, finanse. To są rzeczy, które artysta nie zawsze może ogarniać sam, bo powinien się skupić na muzyce, a nie na dociekaniu w dniu występu czy będzie postawiony mikser, który był w riderze lub czy aby na pewno wystarczy mu miejsca by rozłożyć sprzęt na scenie, albo kiedy faktycznie dostanie gażę za swój występ. Tak samo jak agent nie powinien się dręczyć myślami czy DJ ma dobrze wyeksportowaną playlistę na pendrive albo albo czy działają kable audio i midi na live performance – to jest po stronie wykonawcy. Każdy ma swoją rolę, w której się spełnia i dba o inne rzeczy. Problem polega na tym, że w Polsce kluby często mają opory przed współpracą z agentami. Uważają, że to zbędny pośrednik, któremu trzeba zapłacić prowizję i przez to wielu artystów rezygnuje z agentów, żeby nie tracić bookingów. Ale to błędne koło, bo bez agentów scena się nie rozwija. Jeśli chcemy być profesjonalni, to musimy działać jak profesjonaliści. W scenie rapowej to jest normą. Nikt nie ma z tym problemu, że artysta ma menedżera, jest to wręcz atut, a w muzyce elektronicznej (przynajmniej w Polsce) to wciąż budzi kontrowersje.
To pokazuje, że mentalnie jesteśmy jeszcze kilka kroków za zachodem. I dopóki to się nie zmieni, to trudno będzie mówić o faktycznej zmianie jakościowej. Mamy dziwną specyfikę, która polega na tym, że chcemy aby nasza scena elektroniczna była taka prawdziwa, nie mainstreamowa, przyjacielska i otwarta, jednocześnie nie zachowując profesjonalizmu, z pewną dozą niechęci do agentów, ale jednocześnie ta sama scena chce poważnie zarabiać i obracać dużymi pieniędzmi – tak się nie da. Albo traktujemy się profesjonalnie wszyscy albo wcale.
Kuba Sojka: Po ponad 20 latach obcowania produkcją muzyczną, wciąż znajduję w tym coś świeżego
Z Twojej wypowiedzi przebija się jednak „spokój mędrca”, a raczej pogodzenie się z tą sytuacją – jak piszesz, nie masz do nikogo pretensji czy żalu, robisz swoje. Czy taka postawa pozwala Ci zachować radość z muzyki i motywację do tworzenia jej? Jak dziś wyglądają realia Twojej kariery? A mówimy przecież o Tobie – postaci doskonale znanej, z ogromnym dorobkiem, która może pochwalić się jednym z najbogatszych artystycznie CV na scenie elektronicznej całego kraju?
To prawda, mogę się pochwalić na całe szczęście bardzo bogatym CV, doświadczeniem i bardzo sobie to cenię. Bardzo się cieszę, że mogłem realizować wszystkie te rzeczy, które miałem dotychczas okazję realizować.
No i fakt, że pozostało mi pogodzenie się z tą obecną sytuacją i problemem, o którym dzisiaj rozmawiamy – bo co ja mogę zrobić? W pojedynkę nie zmienię całej sceny. Musiałoby tutaj być coś większego, żeby można było zaradzić tej sytuacji, która ciągle się powtarza w kółko. I podejrzewam, że niestety, tak może być, choć chciałbym się pozytywnie zaskoczyć.
Może znajdzie się zrzeszona grupa ludzi, która będzie chciała wprowadzić pewne nowe zasady gry na naszej scenie, wprowadzi nową świeżość, wprowadzi nową jakość, co też stworzy zdrowszą konkurencję klubów, artystów, kolektywów. To by było coś, co naprawdę by mnie ucieszyło.
To co wciąż sprawia mi radość w tej branży, to moje powołanie i pasja, bo gdyby to była tylko moda, to po pięciu latach muzyka by mi się znudziła. Natomiast mam w sobie element poszukiwacza – kogoś, kto lubi dojść do źródła. Dlatego nigdy ta muzyka mi się nie znudziła. Oczywiście, w życiu są różne sytuacje, które pozwalają być bardziej aktywnym na scenie muzycznej albo powodują, że się jest mniej aktywnym. W ostatnich latach też dużo się u mnie zmieniło, dużo się wydarzyło w życiu prywatnym. Również wszyscy byliśmy poddani wielu testom ekonomicznym, społecznym i globalnym – jak chociażby COVID.
Jednak wciąż ta radość z muzyki jest – jak nie w graniu na scenie, to w pracy jako sound designer. Trafiłem w odpowiednim momencie na tę ścieżkę – jako sound designer dla firmy Arturia, jednej z najważniejszych firm tworzących instrumenty elektroniczne. Tworzą zarówno sprzęt, jak i software. Jestem dużym szczęściarzem, że znalazłem taki wentyl bezpieczeństwa dla swojej artystycznej wizji. Nie musiałem się przebranżawiać. Wciąż jestem w tej samej branży, tylko patrzę na nią z innej perspektywy.
W ostatnim czasie doszła jeszcze współpraca z japońską firmą Sonicware, więc te kontakty się rozszerzają. Spełniam się także jako edukator – bardzo lubię kontakt z ludźmi, niezależnie od tego, czy tworzą techno, trap, czy inną muzykę. Dzięki temu mam też wgląd w to, jak młodsze pokolenie postrzega scenę muzyczną, zarówno tę sprzed 20 lat, i dzisiejszą. Widzę, że część z nich inspiruje się tym, co my robiliśmy na początku. To bardzo budujące.
Poza tym muzyka daje mi satysfakcję również przez sound design. Cieszy mnie, kiedy ludzie piszą do mnie maile albo komentarze, że korzystają z moich presetów Arturii i że moje brzmienia pomagają im realizować własne pomysły. To dla mnie ogromna radość – bo to znaczy, że moja praca ma wpływ i wartość.
No i oczywiście – wciąż bawię się muzyką jak dziecko. Tworzenie, łączenie kabli, brzmień, granie z modularów – to wszystko sprawia mi frajdę. Dlatego uczę się też DJ-ki. Nawet po tylu latach to nie jest dla mnie nudne, tylko ekscytujące. Daje nowe pomysły i kierunki. Po ponad 20 latach obcowania produkcją muzyczną, wciąż znajduję w tym coś świeżego.
Kuba Sojka – Before Life
Kuba Sojka o Radio Slave i albumie, który stał się EP-kami
W ubiegłym roku świętowałeś 15-lecie kariery, wydałeś dwie EP-ki w RSPX, sub-labelu należącym do Radio Slave’a, który również nie gryzie się w język, o czym miałem okazję się przekonać. Opowiedz o kulisach tych wydawnictw i pracy nad nimi.
EPki, które wydałem w RSPX, to materiał, który ma już około ośmiu lat. To były utwory stworzone z myślą o albumie, który przez lata nie mógł znaleźć wytwórni. W tamtym czasie scena skręcała w stronę coraz twardszego i szybszego techno, a mój materiał był zbyt melodyjny i emocjonalny lub odbiegający od współczesnej mody. W końcu trafiłem na Radio Slave’a, który sam jest trochę w kontrze do tej pogoni za trendami, złapaliśmy kontakt przez Instagram, od słowa do słowa padła propozycja abym wysłał do niego demo i bardzo mu się materiał spodobał. W ten sposób stary album stał się EPkami.
Myślę, że połączyła nas podobna mentalność, obaj jesteśmy z tej generacji, która widzi muzykę jako coś więcej niż tylko produkt. On zrozumiał tę muzykę i jej kontekst, a dla mnie to było bardzo ważne. Udało się to wydać, a przy okazji zamknąłem pewien etap w swoim życiu. Zyskałem spokój i poczucie, że coś, co długo we mnie siedziało i było dla mnie ważne, w końcu ujrzało światło dzienne.
Kuba Sojka o highlightach
15 lat to naprawdę pokaźny staż, co łącząc z bogatym dorobkiem producenckim składa się na godną uznania karierę, której Ci szczerze gratuluję. Co dziś – z perspektywy czasu – uważasz za swój highlight? Wiesz, chodzi mi o konkretny moment lub osiągnięcie, które będziesz wspominać do końca życia z uśmiechem na twarzy i ciepłem w sercu.
Trudno mi wskazać jeden moment, który byłby dla mnie „tym najważniejszym”. Moja kariera to suma wielu chwil, które złożyły się na coś większego. Jednym z najważniejszych momentów był na pewno kontrakt z Matrix Records – kultową wytwórnią z Detroit, założoną przez postać Sean Deason, przedstawiciela trzeciej fali Detroit techno. Dla mnie, fana tego brzmienia, to było spełnienie marzeń.
Kolejny duży moment to występ w Boiler Roomie. Wtedy ten projekt dopiero wchodził do Polski. Byłem jednym z pierwszych artystów, którzy tam zagrali – najpierw Warszawa, dzień później Kraków. To był moment, który naprawdę zapisał się w mojej pamięci. Do tego występy w Tresorze, Panorama Bar/Berghain – to były miejsca, które symbolizowały coś więcej niż tylko gig. To były etapy, które potwierdzały, że idę dobrą drogą. Współpraca z Ableton Live i propagowanie software’u oraz wchodzących wtedy nowości jak Push czy później Push 2.
Nie mogę też nie wspomnieć o współpracy przy „Cyberpunk 2077”, czy pracy dla Arturii. Każda z tych rzeczy to ważny punkt w moim życiu zawodowym. Mam nadzieję, że jeszcze wiele highlightów przede mną. Lubię być pozytywnie zaskakiwany.
Kuba Sojka Boiler Room Cracow Live Set
Kuba Sojka o priorytetach
Na czym chcesz się teraz skupić najmocniej? Czy samemu, dla równowagi, robisz coś innego, by mieć wolną głowę i nie zadręczać się tym, że cały sukces Twojego życia zawodowego i artystycznego zależy od pomyślności związanej z karierą na scenie elektronicznej?
Wciąż chcę się skupiać na muzyce – na produkcji, na graniu DJ setów i live performance’ów. To dla mnie sedno wszystkiego. W ostatnich latach mocno zaangażowałem się w życie rodzinne, więc naturalnie było mnie mniej na scenie i mniej wydawałem. Ale teraz wracam do rytmu, chcę działać aktywniej, grać więcej, wydawać więcej.
Nie rezygnuję przy tym z edukacji ani z sound designu. Oba te obszary są dla mnie równie ważne. Nigdy nie widziałem siebie w niczym innym niż muzyka. To moje życie, moje DNA. Oczywiście musiałem sobie poukładać priorytety – znaleźć balans między pasją a rodziną. Ale zawsze starałem się stawiać czoła wyzwaniom, nie uciekać od nich.
Teraz też buduję swoje studio, prawdziwe, niezależne miejsce pracy. Nie domowy kącik, tylko przestrzeń stworzona specjalnie do produkcji, nauki i eksperymentów. To dla mnie ogromny krok naprzód – bo wiem, że ta przestrzeń otworzy nowe możliwości twórcze i zawodowe oraz przełoży się na moją aktywność jako producenta.
Kuba Sojka o tym, czego nie żałuje
Wracając jeszcze na moment do Twojej wypowiedzi – wspominasz w niej fakt jak wielu ludzi funkcjonujących dziś na scenie wyszło spod Twoich skrzydeł. Ci ludzie pod Twoim okiem zdobywali umiejętności techniczne. Jak na to dziś patrzysz? Gdybyś dziś mógł zaczął od zera mając tę samą wiedzę po tylu latach kariery – na czym skupiłbyś się najmocniej, do czego przyłożyłbyś większą uwagę, a co byś nieco odpuścił?
Tak, to prawda, że wielu ludzi, którzy dziś działają na scenie, przeszło przez moje zajęcia, warsztaty, konsultacje. Część z nich była moimi uczniami na dłużej, część tylko przez chwilę, ale każdy kontakt coś wniósł. Miło mi widzieć, że ci ludzie dziś grają, wydają, uczą innych. To daje poczucie, że moja praca ma sens.
Zawsze chciałem zostawić po sobie coś więcej niż tylko muzykę. Dlatego też wydawałem na winylach – bo to trwa, zostaje na lata. Chciałem, żeby wiedza, którą przekazuję, też była trwała, żeby kiełkowała i rozwijała się dalej. Gdybym dziś zaczynał od zera, mając tę wiedzę, którą mam, zainwestowałbym mniej w sprzęt, a więcej w promocję, PR i marketing. To dzisiaj kluczowe elementy, ale to nie oznacza, że żałuję wydanych pieniędzy, otóż jak najbardziej nie żałuję, to była długofalowa inwestycja w moje doświadczenie, którego nie sposób kupić. Nie żałuję swojej drogi, każdy etap mnie czegoś nauczył. Może jedynie zwróciłbym też większa uwagę na dobór ludzi wokół siebie, ale to mówimy w kontekście rozwijania kontaktów.
Kuba Sojka – Life
Kuba Sojka o idolu
Czy masz jakiś polski lub zagraniczny wzorzec prowadzenia kariery? Wiesz, chodzi mi o artystę, który na pierwszym miejscu stawia muzykę i jakość, lecz jednocześnie udaje mu się wzbudzić na tyle duże zainteresowanie sobą, że nie musi uciekać się do nachalnego PRu, by utrzymać się na piedestale?
Jeśli chodzi o wzorce, to od zawsze podziwiam Jeffa Millsa. Dla mnie to kwintesencja artysty, który nie potrzebuje nachalnego PR-u, żeby budzić respekt. On niczego nie udaje, nie wyskakuje z lodówki, nie musi co tydzień wrzucać zdjęć na Instagram. Po prostu robi swoje i to się broni. Dla mnie Mills jest jak mnich – skupiony, konsekwentny, zdystansowany, a przy tym niesamowicie zaangażowany w sztukę. I to jest coś, co zawsze mnie inspirowało i dawało jasny znak że da się w ten sposób, że można iść inną drogą.
Zawsze powtarzam, że najważniejsze, żeby muzyka broniła się sama. Nie potrzebuję udawać kogoś innego, nie muszę pokazywać każdego dnia swojego życia. Takie osoby jak Jeff Mills pokazują, że można być ikoną, nie będąc celebrytą. I bardzo bym chciał, żeby taki model był częściej widywany i doceniany w Polsce.
Kuba Sojka: Gdyby moje ego było zranione, już dawno bym przestał produkować i się tym zajmować
Czy masz poczucie bycia artystą niedocenianym? Odpowiem z mojej perspektywy – tak, z pełną odpowiedzialnością uważam, że jesteś artystą wielce niedocenianym.
Tak, faktycznie uważam, że jestem niedoceniony. Ale nie wynika to z urażonego ego, tylko z obserwacji i opinii innych ludzi – słuchaczy, fanów, uczniów. Widziałem wielokrotnie, jak ludzie reagują na moje występy, jak do mnie podchodzą po koncertach, co mówią. Widzę, że ta muzyka oraz sposób jej przedstawienia czy wykonania robi na nich wrażenie. Samego siebie trudno ocenić, ale wiem, co potrafię. Wiem, jaką mam wiedzę i doświadczenie, bo za tym stoją wcześniej przywołane sukcesy: Boiler Room, Tresor, Berghain, Arturia, Cyberpunk 2077, Ableton Live – to rzeczy, które same w sobie świadczą o poziomie mojej pracy i zaangażowaniu. Być może gdybym mieszkał za granicą, byłoby inaczej, ale nie mam do nikogo żalu. Gdyby moje ego było zranione, już dawno bym przestał produkować i się tym zajmować. Wciąż tworzę, wciąż działam, więc to znaczy, że robię to z właściwych powodów.
Kuba Sojka: Polska scena bywa niewdzięczna
Gdybyś miał wskazać na artystów, którzy Twoim zdaniem zasługują na większą uwagę – jaki byłby Twój wybór?
Jeśli chodzi o innych artystów, którzy zasługują na większą uwagę, to jest ich naprawdę wielu. Mam na myśli tych, z którymi jeszcze kilka, kilkanaście lat temu dzieliłem scenę, a dziś są mniej aktywni lub zniknęli. To ludzie z ogromnym potencjałem, którzy mieli własny styl i coś do powiedzenia. Znam sporo utalentowanych ludzi, którzy tworzyli świetną muzykę, a dziś są poza obiegiem. To boli, bo wiem, że mogli zajść bardzo daleko. Ale polska scena bywa niewdzięczna. Wiele z tych nazwisk nie pojawia się już na line-upach, a szkoda, bo to oni współtworzyli polską scenę elektroniczną, a scena jest im dłużna za wkład jaki wnieśli.
Zbliża się koniec roku, a zatem jakie są Twoje plany na najbliższe miesiące?
Jeśli chodzi o plany to trudno coś planować w tych czasach. Wszystko się zmienia z dnia na dzień. Ale wiem, że w przyszłym roku chcę przede wszystkim tworzyć więcej muzyki. Jak już wejdę do nowego studia, ruszę pełną parą. Chcę też dalej działać w edukacji i sound designie, bo to mnie rozwija i daje satysfakcję. A co przyniesie przyszłość? Zobaczymy, czas pokaże.
Kuba Sojka – manifest
A korzystając jeszcze z okazji chciałbym wyjść małym manifestem albo bardziej inicjatywą do ludzi z naszej branży:
Myślę, że nadszedł moment, by polska branża muzyki elektronicznej naprawdę się obudziła. Nie chodzi o kolejny post w mediach społecznościowych czy dyskusję pod artykułem. Chodzi o prawdziwy, merytoryczny dialog, o stworzenie przestrzeni, w której spotkają się wszyscy, którzy tę scenę współtworzą. Marzy mi się inicjatywa, która poważnie traktuje problematykę polskiej sceny elektronicznej– miejsce spotkań producentów, DJ-ów, promotorów, właścicieli klubów, kolektywów, agencji i festiwali. Miejsce, gdzie nie chodzi o rywalizację, lecz o zrozumienie, współpracę i wyznaczenie wspólnych celów. Inicjatywa, który odbywałaby się co roku, za każdym razem podejmując ważne pytanie: dokąd zmierza polska scena i jak chcemy, by wyglądała za pięć, dziesięć, dwadzieścia lat? Mogłaby wypełniać swoje założenia i cele. Wiem, że zagranicą istnieją podobne konwenty, ale w Polsce nigdy nie powstało nic, co skupiałoby się w pełni na muzyce elektronicznej – techno, house, ambient, eksperyment, cokolwiek, co wywodzi się z tej wspólnej kultury rytmu i brzmienia. A przecież mamy tylu twórców, tyle pasji, tyle mądrości i doświadczenia! Dlaczego nie stworzyć przestrzeni, w której wszyscy moglibyśmy usiąść do jednego stołu i rozmawiać nie o podziałach, lecz o tym, jak wspólnie budować naszą przyszłość? Potrzebujemy stowarzyszenia, ruchu lub inicjatywy, która połączy te środowiska. Nie po to, by tworzyć hierarchie, lecz by wreszcie mieć wspólny głos. Bo dziś brakuje nam kręgosłupa, który porządkuje i integruje całą strukturę sceny, od artysty i promotora po edukatora i klubowego bywalca. Każdy z nas jest jej częścią, ale działamy osobno, w swoich bańkach. A przecież wspólny cel powinien być prosty – rozwój polskiej sceny i promocja polskiej muzyki elektronicznej. Taka inicjatywa mogłaby być miejscem, gdzie co roku omawiamy konkretne tematy: jak poprawić PR polskich artystów, jak wzmocnić wizerunek naszych klubów, jak wspierać festiwale, jak zachęcić zagranicznych gości, by przyjeżdżali do Polski posłuchać naszych artystów. Dlaczego nie możemy stworzyć własnej, rozpoznawalnej marki, o której będzie się mówić w Europie? Polska scena elektroniczna ma ogromny potencjał. Ma znakomitych artystów, świetnych producentów, ludzi z pasją, techniką i wizją, doświadczenie w promocji i marketingu. Brakuje tylko wspólnej platformy, instytucji, kręgosłupa, który pozwoliłby ten potencjał uporządkować i przekuć w coś trwałego. A dróg na stworzenie takiej inicjatywy jest wiele, poprzez zdobywanie środków z ministerstwa kultury lub innych grantów UE które pozwoliłby stworzyć taką platformę. Może brzmi jak utopia, ale warto się zastanowić czy więcej nie zrobimy wspólnymi siłami poprzez wzajemne wsparcie, edukację i tym samym stworzenie ugruntowanej pozycji. Mam nadzieję że kiedyś ta myśl zakiełkuje w głowach kilku osób, które będą chciały się podjąć takiego zadania i zaproszą do współpracy osoby z branży.