Time Warp Mannheim 2011 – RELACJA

6 301
Relacja
Time Warp Mannheim 2011 – RELACJA

Time Warp to obecnie fenomen wśród wydarzeń związanych z muzyką elektroniczną  - co roku gromadzi ludzi z całego świata oddanych bezgranicznemu hedonizmowi. Zapraszamy na relację z tegorocznej imprezy w Maimarkethalle!

Prawdopodobnie każdy kto kiedyś miał okazję zawitać do Maimarkethale na Time Warp, kojarzy poranno-południowe maratony Hawtina, magię Garniera w szklanej kuli czy miażdżące sety Liebinga. Time Warp to dla wielu jedna z najbardziej wyczekiwanych imprez roku. To pośrednik pomiędzy sylwestrowymi wydarzeniami a nadchodzącym sezonem na Ibizie. Dla wielu to pierwszy event roku, również okazja do zobaczenia i posłuchania w jednym miejscu najlepszych artystów… Ciśnienie związane z Time Warp odczuwa się już na parkiecie, po wstąpieniu w tłum ludzi z całego świata oddanych bezgranicznemu hedonizmowi. 

Osobiscie nie znam drugiego takiego eventu, gdzie spotkać można praktycznie każdą nację globu. Co więc sprawia, że na początku kwietnia wszystkie drogi świata kierują do Mannheim? Co stanowi o międzynarodowym charakterze Time Warp? To, co jest domeną niemieckich imprez ale i całego kraju – dążenie do bycia najlepszym. W Maimarkthalle spotkaliśmy wszystko co najlepsze – line-up, nagłośnienie, organizację – perfekcja w tym co robi Cosmopop widoczna była na każdym kroku.

Na Time Warp warto przyjechać już w piątek. Ilość i jakość oferowanych „rozgrzewaczy” jest dla przeciętnego, polskiego fana muzyki technicznej po prostu oszałamiająca. My udaliśmy się do Loft Club, miejscówki należącej do Cosmopop, organizatora Time Warp. Zwabiła tam nas impreza CLR z Liebingiem na czele. Rewelacyjny klub, gdzie rządził i dzielił Tommy Four Seven – po takiej introdukcji śmiało można było wracać do domu, jednak zgodnie z ostatnimi napisami „See you later” wyświetlanymi na ekranach w środku, najlepsze dopiero czekało przed nami.

Wiosenna aura udzielała się wszystkim zgromadzonym pod Maimarkthalle. Jak zwykle nad wyraz aktywne były pielgrzymki Włochów i Hiszpanów, którzy po prostu muszą zaakcentować swoją obecność na imprezie.  Energii wśród uczestników Time Warp nie da się porownać do żadnej innej – każdy wie po co tu przyjechał, każdy chce wykorzystać 100% tego, co daje to niezwykłe wydarzenie.

Dla sporej części ludzi bilet to najmniejszy koszt imprezy – wydając niemałe przecież pieniądze na samolot czy hotel, każdy stara się wykorzystać czas na Time Warp w możliwie najlepszy sposób – bawiąc sie na całego. Niemiecka edycja Time Warp, poza swoim wielkim rozmachem, w każdym elemencie tworzącym event wyróżnia się szczególnie jednym – rzadko spotykaną umiejętnością doboru artystów. Niektórzy zarzucają jej monotonie – nie będziemy jednak zajmować sie tymi, dla których obcowanie z najlepszymi dj´ami tego świata stało się nudne. Ponad 40 artystów, realna możliwość usłyszenia tylko niektórych – bolesna selekcja czekała nas wszystkich. Kto jednak nie lubi wybierać ze świetnych rzeczy, tych najlepszych dla siebie.

Na pierwszy ogień podobnie jak rok temu Monika Kruse oraz początek setu Aliego. Pierwsza euforia już na starcie przy ´Latin Lovers´ tej pierwszej,  cały set w jej charakterystycznym wytrawnym, półsłodkim stylu. Następnie na odpowiednie, ciężkie technicznie tory wprowadził nas Dubfire, po którym impreza zaczęła sie na dobre. Każdy kolejny występ był lepszy od poprzedniego – jak dobra książka, Time Warp rozkręcał się z minuty na minutę – a tych było wyjątkowo dużo, bo impreza zakończyła się praktycznie po południu.

Jeden z największych,dosłownie i w przenośni, dj´i świata Carl Cox został przyćmiony przez swoich poprzedników – chyba nikt nie spodziewał się takiej bomby po Slamie. Zamiast potężnych tribali, Cox zaserwował nam bardziej housowe granie, znane z jego co tygodniowego cyklu w Space na Ibizie. Typowo techniczny floor na którym grał Carl nie zapowiadał tak lekkiego seta z jego strony, dlatego szybko uciekliśmy na czwartą scenę.

Zazwyczaj okupywana przez rezydentów z Mannheim, tym razem skompletowany na niej skład nie odchodził poziomem od pozostałych. Usytuowany w LED´owej klatce Seth Troxler zagrał najbardziej wymagającego seta wieczoru – zwariowany Amerykanin perfekcyjnie żonglował rytmami – z mrocznych, głębokich basów przechodził na wybrzmiewające lekkim echem house’owe barwy.

Po tym wielokolorowym występie wróciliśmy na 1 floor, gdzie idealnie muzykę Techno swoimi dźwiękami zdefiniowali Planetary Assault System, Len Faki i Chris Liebing. Trzy różne persony, których łączy jeden wspólny pierwiastek – doskonałość w tworzeniu parkietowej dramaturgii. Absolutne zminimalizowanie kontaktu z publiką tego pierwszego oraz wspólna zabawa z nami przez pozostałą dwójkę – kompletnie skrajne podejście do swoich występów w żaden sposób nie odbijające się na jakości granej przez nich muzyki.

Potężne basy, ciekawe efekty, piekielny  klimat – sześciogodzinny kocioł na tej scenie to najlepsze momenty tegorocznego Time Warp. Ostatnie chwile imprezy spędziliśmy na skocznych setach Hawtina i Caroli, nic jednak tej nocy nie mogło przebić tego, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy na pierwszej scenie.

Wraz z południem opuścilismy Maimarkthalle. Koniec pomimo ‚późnej’ pory znowu nas zaskoczył – piękna przygoda pod tytułem Time Warp mogła by trwać wiecznie. Zmęczeni ale szczęśliwi wróciliśmy do domów – wspomnienia wracają po dziś dzień, jednak nie martwimy się, że już po wszystkim. Przesączeni energią i wspaniałą muzyką spokojnie wytrwamy do kolejnej, 18 już edycji prawopodobnie najlepszej imprezy na świecie – Time Warp.

text: Paweł Chałupa