Time Warp po raz pierwszy – RELACJA

2 314
Relacja
Time Warp po raz pierwszy – RELACJA

Nasz redaktor Paweł Chałupa, znający Maimarkthalle lepiej niż własną kieszeń, zadał kilka pytań jednej z uczestniczek, która po raz pierwszy udała się na Time Warp.

Za nami jeden z najpopularniejszych i najczęściej odwiedzanych przez Polaków zagraniczny, halowy event z muzyką techno. Time Warp należy do najmocniejszych marek na imprezowym rynku, zaś organizator Cosmopop to dzisiaj gigant, który od lat buduje swoją niezachwianą pozycję. Każdy miłośnik muzyki elektronicznej na świecie kojarzy legendarne sety Garniera w „szklanej kuli” oraz poranne, mordercze sety Hawtina. To właśnie artyści na Time Warp, obok monumentalnej produkcji, są największym magnesem, ściągającym do Mannheim całą rzeszę raverów z każdego zakątka świata.
Nasz redaktor Paweł Chałupa, który Maimarkthalle zna lepiej niż własną kieszeń oraz którego reportaże z Time Warp wielokrotnie mogliśmy czytać na łamach naszego portalu, postarał się w tym roku o nieco inną formę wspominek z Mannheim. Jak sam twierdzi – opisując wydarzenia, które miały miejsce na Time Warp od wielu lat, mam wrażenie, że taka formuła już się zużyła. To jedna wielka, nie mogąca się skończyć przygoda. Początek kwietnia od 2009 roku to taki dzień świstaka – 9 godzin w podróży, tani hostel, dzikie tłumy, szalejący Sven, miażdżący Liebing, Italia bez koszulek, magia Laurenta, świt żywych trupów i kopanie leżącego przez Richiego. Wszystko to zostało już tutaj dokładnie opisane, niewiele się pod tym względem zmieniło. Wielu hejterów tego festiwalu zarzuca mu powtarzalność, ale ja mam to gdzieś. Doświadczyłem tu masę wielkich momentów, za rok na pewno dojdzie ich kilka.
Zapraszamy na wywiad z jedną z uczestniczek, Beatą, która po raz pierwszy udała się na Time Warp.

„TIME WARP” PO RAZ PIERWSZY – WYWIAD


W którym momencie poczułaś, że oto Time Warp 2016 właśnie się rozpoczął?
O Time Warp po raz pierwszy usłyszałam kilka lat temu. Rok temu zabrakło jednego słowa i szybkiej decyzji, żebym tam pojechała (zwolniło się miejsce w busie z powodu rezygnacji znajomego na kilka godzin przed startem). W tym roku wiedziałam, że nie odpuszczę. Czekałam na ten wyjazd już od wielu miesięcy, więc tak naprawdę Time Warp 2016 rozpoczął się w mojej głowie dawno temu. Jeśli jednak miałabym wybrać konkretną sytuację, to była to zbiórka w centrum Wrocławia 18-osobowej uśmiechniętej bandy, z którą wybraliśmy się w podróż. Wszyscy, mimo wczesnej godziny, tryskali energią i entuzjazmem. Do tego pogoda nam dopisała, bo świeciło przepiękne, wytęsknione słońce.

fot. Photo-Company.nl / facebook.com/timewarpofficial
W internecie można znaleźć sporo materiału dokumentującego poprzednie edycje Time Warp – filmiki, sety, wywiady, relacje. Jak na tej podstawie wypada spotkanie z rzeczywistością, będąc już w środku? Spodziewałaś się tego, co zobaczyłaś, czy raczej zostałaś zaskoczona?
Nauczyłam się już, żeby nie jechać w nowe miejsce z konkretną wizją i wyobrażeniami. Kiedy poznajemy coś nowego, nie jest istotne ile o tym miejscu wiemy, ile słyszeliśmy opinii, co widzieliśmy i czego oczekujemy. Najważniejsze jest to, aby chłonąć jak najwięcej już na miejscu, aby mieć uszy i oczy szeroko otwarte, przesiąkać klimatem, oddychać miejscem, poznawać ludzi. Każda edycja mimo, iż jest w tym samym miejscu, z praktycznie takim samym line’upem, różni się między sobą i właśnie tę wyjątkowość chciałam uchwycić w moich wspomnieniach.
Jedyne czego się nie spodziewałam to brak przestrzeni. Prawie każda scena to ogromna hala, a mimo to brakowało miejsca! Najbardziej odczuwalne było to w momencie przemieszczania się z jednego flooru na drugi. Ta sytuacja zmieniła się dopiero nad ranem, kiedy część uczestników najzwyczajniej w świecie odpadła, jednak ten otumaniony tłum przez większość nocy był dość frustrujący. Spodziewałam się 20 tys. osób, ale nie spodziewałam się braku dla nich miejsca. Nawet w strefie chilloutu ciężko było znaleźć sobie kawałek podłogi na odpoczynek.
Przyjechałaś z gotowym planem i harmonogramem, czy działałaś spontanicznie? Na występach jakich artystów zależało Ci najbardziej i kto muzycznie zrobił na Tobie największe wrażenie – przedstawiciele starej gwardii czy może któreś z tegorocznych, świeżych nazwisk?
Jestem z tych, którzy zazwyczaj szkicują sobie wstępny plan działania. Przy Time Warp jest to bardzo trudne zadanie, ponieważ na każdej z 6 scen pojawiają się nazwiska z niezaprzeczalnej, światowej czołówki. Wiedziałam, że chcę zacząć tę noc z Reconditem. Jest to artysta który trafia w sam środek mojej wrażliwości. Nie zawiodłam się – od początku do końca był to bardzo dojrzały muzycznie set. Później wybraliśmy się dopingować królowej Ninie Kraviz, jednak ile razy słyszę ją na żywo, tyle razy czegoś mi brakuje. Mam nadzieję, że nadejdzie taki dzień (lub noc), kiedy usłyszę ją w formie jak na Awakenings 2014. Mój niedosyt szybko został zażegnany za sprawą Adama Beyera. Skradł moje serce w całości.
Najbardziej żałuję, że nie było mnie na Tale of Us, ale w tym czasie oddawałam dusze Svenowi Vathowi. Na dłuższą chwilę wciągnęła mnie też włoska scena z Ricardo Villalobosem i Luciano. Udało mi się też usłyszeć początek pokręconego seta Dixona, mimo, że miało mnie tam nie być. Wpadłam też na chwilę na Nicone i Sashę Breamera akurat w momencie, gdy grali swój megahit „Caje”. To były magiczne chwile ze wschodzącym słońcem. Uciekliśmy jednak stamtąd szybko, żeby ustawić się w wielkiej kolejce do przeszklonego akwarium, gdzie funkcje złotych rybek pełnią jak co roku nad ranem Laurent Garnier i Karotte. Niestety, każdy chce spełniać tam swoje poranne życzenia, więc miejsca, które nam zostały, były totalnie niesatysfakcjonujące. Wróciliśmy więc na scenę 6 i tam przeżyłam seta imprezy. Pan w kapeluszu – Kolsch – zrobił z moim ciałem co chciał i w końcu miałam miejsce, żeby tańczyć. Ze słońca uciekliśmy w mrok do Chrisa Liebinga, ale coś nam tam nie pasowało, może to nie wina Krzysia, a naszego zmęczenia. Nie wiem… Pokręciliśmy się jeszcze chwilę, wróciliśmy do Garniera, a później odwiedziliśmy jeszcze Richiego Hawtina. Nie dotrwaliśmy do 14, ale wychodząc koło 10 byliśmy w pełni usatysfakcjonowani.

fot. Elephant Studio / facebook.com/timewarpofficial
Wspominając dzisiaj Time Warp – jaki obrazek pojawia się u Ciebie w głowie jako pierwszy?
Pojawiają się białe kuleczki podwieszone pod sufitem na włoskiej scenie, falowały one w rytm muzyki i zmieniały kolory. Długo nie mogłam oderwać wzroku od tego tańczącego sufitu. Widzę też pierwsze promyki słońca przebijające się przez oszkloną scenę 5 i te wszystkie uśmiechy tysięcy ludzi z całego świata.
Z jakimi myślami opuszczałaś tegoroczny Time Warp?
Dlaczego to już koniec? To niemożliwe. Wrócę na pewno!
Rozmawiali: Beata Górska i Paweł Chałupa