Time Warp Mannheim 2015 – RELACJA MUNO.PL

2 890
Relacja
Time Warp Mannheim 2015 – RELACJA MUNO.PL

Nasz redakcyjny techno-turysta, Paweł Chałupa, po rocznej przerwie od Time Warp ponownie odwiedził Mannheim, a swoje wrażenia uważnie spisał. Czy Time Warp to wciąż król wśród imprez techno?

Rok przerwy od niemieckiej edycji Time Warp był świetnym pomysłem. Na chwilę przed wyjazdem do Mannheim przypomniałem sobie, jak bardzo kocham ten fest i jak wiele mu zawdzięczam. Kiedy wychodziłem w 2009 roku z Maimarkthalle po godzinie 14 sporo w moim spostrzeganiu techno się zmieniło. Zaczynałem wtedy dopiero na poważnie swoją przygodę z tą muzyką, wcześniejsze doświadczenia pochodziły głównie z polskich Mayday’ów – kontrast z tym co zobaczyłem i usłyszałem ówcześnie na Time Warp był zabójczy. Zamiast napakowanych wixiarzy i świecących panienek w dość dziwny sposób poruszających się na parkiecie przyszło mi spotkać się z kumającą, wielokulturową i kulturalną publiką. To wtedy po raz pierwszy wpadłem na „włoski floor” z Luciano i Magdą, Cox przeżywał swoje najlepsze lata a poranek z Hawtinem miał coś z  międzygalaktycznej jazdy bez trzymanki. Zacząłem rozumieć o co w tym wszystkim chodzi.
Tamte wrażenie było tak mocne, że nie wyobrażałem sobie nie wracać w kolejnych latach. Kto raz liznął tego klimatu, doskonale wie o czym pisze. Malkontenci co roku wypominają powtarzający się line-up. Fakt, nie ma w tym nic odkrywczego ale taka właśnie jest specyfika Time Warp. To jak święto, gdzie spotykasz się z najbliższymi. Absolutna światowa czołówka dj’ska, roszady polegają wyłącznie na pojawieniu się co roku kilku najświeższych nazwisk – line-up jest tutaj jak najlepsze zespoły, mieszające doświadczenie z kilkoma młodymi zawodnikami będącymi w wybitnej formie.
Steffen Charles. będący kapitanem w ekipie Cosmopop, stworzył potwora, machinę doskonałą pod każdym względem. Zebrał na tej imprezie swoich przyjaciół, będącymi obecnie globalnymi gwiazdami muzyki elektronicznej – nikt mu jednak nie zarzuci robienia kolosalnych pieniędzy przy użyciu komercyjnych, tanich zagrywek. Artyści pojawiający się na Time Warp to ikony, żyjące legendy, ludzie mający decydujący wpływ na obecny wygląd całej sceny – do Mannheim razem z nimi pojawiają się ich wyznawcy z całego świata. Koncepcja mająca tyle samo wrogów co przeciwników – tych drugich charakteryzuje głównie to, że na Time Warp nigdy się nie pojawili. Poza składem złożonym z superstar dj’s event ten wyróżnia organizacja. Perfekcyjna produkcja, pozbawiona negatywnych elementów jest tu wzorem dla innych imprez z muzyką techno. „Matka wszystkich festiwali techno” – to mocne słowa Resident Advisor, jednak do bólu prawdziwe. 6 scen, każda ze swoim własnym, autonomicznym klimatem. Obezwładniające nagłośnienie, kosmiczne wizualizacje no i logistyka pozwalająca bezkonfliktowo poruszać się wśród 20.000 rave’ujących freaków.
Tegoroczna edycja wypadła w święta Wielkanocne co było decydującym czynnikiem o nie stawieniu się wielu fanów tej imprezy z naszego kraju. W żaden sposób nie odbiło się to jednak na frekwencji – po raz pierwszy od wielu lat impreza kompletnie się wyprzedała. Na miejscu można było jeszcze liczyć na tak zwane „early morning ticket” – od godziny 5 nad ranem zaczęto wpuszczać za nieco tańsze bilety kolejnych ludzi. Pomysł nie głupi, zwłaszcza, że właśnie o tej porze impreza rozkręca się na dobre a headlinerzy dopiero pojawiają się za sterami. Wielu przyjezdnych, którzy przesadzili z dragsami na beforze już nie ma – wtedy pojawia się szansa dla tych, którzy spóźnili się przed sold-outem, mogących skorzystać z kolejnych 9 godzin imprezy.
Time Warp zaczęliśmy czuć na dobre około 60 km przed Mannheim, kiedy na autostradzie wyprzedziło nas około 20 wozów policyjnych – ktoś z tyłu busa rzucił tylko cichaczem „oho, ktoś tu jedzie w naszą stronę”. Przed halą tradycyjnie napotkaliśmy na multi narodową fetę z dominacją nadaktywnych południowców – na samej imprezie ma się momentami wrażenie, że Włochów i Hiszpanów jest tam więcej niż samych Niemców.
Wystartowaliśmy od pierwszego flooru, gdzie trafiliśmy na ostatnie 30 minut Felixa Krochera. Gość mający swoje najlepsze lata już za sobą niekoniecznie przypadł wszystkim do gustu gdy pojawił się w tegorocznym składzie. Trzeba było szybko przeprosić się ze swoim uprzedzeniem i przyklasnąć temu co zrobił Felix – sam zainteresowany wziął sobie do serca powagę sytuacji – nie pajacował, nie wskakiwał na głośniki, skupiając się na graniu samych techno perełek. Kiedy 5 lat temu podczas Melt Festival słyszałem mało wtedy jeszcze znanego, wydziaranego rudzielca grającego na najmniejszej tam scenie wiedziałem, że ktoś tu zrobi sporą karierę. Rodhad to dzisiaj jedna z najgorętszych postaci na scenie, kwestią czasu była jego obecność na Time Warp. Psycholog wśród techno dj’ów, perfekcyjnie stopniujący emocje w swoich setach – zapełniający się po brzegi wielotysięczny tłum na pierwszej scenie został w całości porwany przez muzyczny trip zafundowany przed Rudego.
Kiedy Rodhad skończył a floor 1 rozpalił się do czerwoności, postanowiliśmy dać chwilę grającemu po nim Paco Osunie. Szczerze było to jedno z ostatnich nazwisk, które uwzględniałem przy tegorocznych wyborach – nie moje granie, nie moja faza. Z jakiegoś jednak powodu ten łysy hiszpański kurdupel został rezydentem imprez Enter. w zeszłym sezonie na Ibizie. Hawtin raczej nie dokonuje złych muzycznych wyborów o czym bezlitośnie przekonałem się na własnej skórze – występ Paco to najlepsza niespodzianka tego Time Warp. Zostałem wystrzelony z butów, technicznie obłędny set, dużo skocznych motywów, raczej nie należących do gatunku tych ambitnych ale też nie o to tam chodziło. Paco, czapki z głów!
Wejście na Steraca i Villalobosa graniczyło z cudem, skorzystaliśmy więc z krótkiej chwili na chilloucie celem naładowania akumulatorów przed 4-godzinną mszą z Papą. Atmosferyczne, przestrzenne, delikatne techno od Ilario Alicante doskonale wprowadziło nas przed setem króla. Pojawieniu się Svena Vatha na scenie towarzyszyła tradycyjna eksplozja euforii – dla wielu ten set jest wkońcu głównym programem Time Warp. Pojawiający się na każdej edycji Sven doskonale o tym wie, zresztą to jedna z najlepszych okazji w Europie, aby w pełnej krasie móc usłyszeć wielogodzinny, festiwalowy set Vatha. Nie wiem czy to nie był jego najlepszy dzień czy po prostu ja oczekiwałem więcej po październikowej fieście związanej z obchodami jego 50. urodzin. Żonglując między techno petardami a wzniosłymi melodiami zagrał poprawnie, ale z wybitnym setem to raczej nie miało dużo wspólnego. Chris Liebing to walec który zdemolował 1 floor – więcej nie ma sensu pisać, to zwyczajnie trzeba przyjąć na klatę, żeby wiedzieć, jaką moc ma jego muzyka.
Profesor monsieur Laurent Garnier z kontraktem na słońce podczas Time Warp odpowiedzialny jest za poranek, który każdy fan elektroniki w swoim życiu powinien przeżyć. Absolutnie unikatowy, wielogodzinny trip z Laurentem to jedno z najwspanialszych doświadczeń w moim życiu. Garnier na swój sposób definiuje w szklanej kuli techno – it’s about love, nic poza tym. „Decompression” Jonsona było tutaj wisienką na torcie – moje życie stało się pełniejsze. Ostatnie chwile na festiwalu to już cyrk jednego aktora – po ostatnich wpadkach Richie Hawtin nadzwyczaj trzymał fason, robiąc to co potrafi najlepiej. Nikt mu nie zabierze technicznego geniuszu – charakterystyczny, niekończący się breakdown ścinał z nóg, po czym dokonywał mordu basem. Nikt tak obrzydliwie tłusto nie buduje i dokręca bas jak Hawtin – Rysiek wie, że ostatnie godziny na Time Warp przypominają nieco walkę o przetrwanie, jedynym więc wyjściem jest dokręcenie śruby do granic możliwości.
Time Warp jest dla mnie jedna wielką, niekończącą się przygodą, miejscem utopii i katharsis. To tutaj sezon rozpoczyna się na dobre, ciężko o lepszy start przed wakacyjnymi techno misjami. Muzyczny maraton w Mannheim to magnez dla każdego, kto choć raz postawił tam stopę. Niemiecka edycja uzależnia, z roku na rok stając się coraz lepsza. Przesączony energią i wspaniałą muzyką czekam z utęsknieniem na kolejną edycję prawdopodobnie najlepszej imprezy techno na świecie – Time Warp.
Tekst: Paweł Chałupa
Foto: Marta Głombowicz