Tauron Nowa Muzyka 2015 – RELACJA Muno.pl

2 781
Relacja
Tauron Nowa Muzyka 2015 – RELACJA Muno.pl

Jubileuszowa, dziesiąta edycja Festiwal Tauron Nowa Muzyka w Katowicach już za nami. Przygotowaliśmy dla Was relację z tego wyjątkowego i patrzącego w muzyczną przyszłość wydarzenia. Zapraszamy do lektury!

Nils Frahm has lost his mind” – tak nazywa się trasa koncertowa artysty, od którego rozpoczęliśmy naszą przygodę z Festiwalem Tauron Nowa Muzyka. Nils po przepięknym występie w ramach festiwalowego beforu w Krakowie skradł nasze serca i czuliśmy, że taki początek będzie absolutnie wyjątkowy. Wchodząc na teren festiwalu nie wiedzieliśmy w którą stronę patrzeć. Wszędzie coś się świeciło, kręciło, grało. Nie mogliśmy się zdecydować czy czytać śląskie słowa wprowadzające nas do tego magicznego świata Muzeum Śląskiego czy już biec w stronę tuneli świetlno-akustycznych, a może pokręcić się na karuzeli? Jedno jest pewne – przyjechaliśmy tam dla muzyki, dlatego zerkając na zegarek zaczęliśmy poszukiwania głównej sceny.
Oczywiście dostaliśmy mapkę, ale kto tam by na nią patrzył mając dookoła tyle wspaniałych widoków. Ruszyliśmy za tłumem i po przejściu dość sporego kawałka, w tym część drogi to długi most nad ulicą i parkingiem – dotarliśmy. Już sam budynek Międzynarodowego Centrum Kongresowego zrobił na nas duże wrażenie. Czy to na pewno tu? Zgasiliśmy ostatniego papierosa przed muzyczną ucztą i weszliśmy do środka. W powietrzu czuć było ekscytację. Maszerując pod samą scenę mijaliśmy kilkadziesiąt stojących, siedzących i leżących ludzi (już nie tylko na plażach ludzie zajmują sobie wcześniej miejsce:) ) Wokół sceny widniały nazwiska gwiazd, które pojawiły się na festiwalu w ciągu ostatnich dziesięciu lat.
JEST I ON! NILS FRAHM! Został powitany gromkimi brawami. Skromny, uśmiechnięty i niepozorny chłopak wśród swoich zabawek. Jego muzyka jest jak film, opowiada historie, wnika bardzo głęboko do umysłu i manipuluje sposobem myślenia. Jest pełna niepokoju, a zarazem nadziei i piękna. Tłum oddał się w jego ręce (które robią cuda na klawiszach). Nikt nie skakał, nie tupał, nie krzyczał. Każdy z pokorą i skupieniem przyjmował dźwięki serwowane przez Artystę. I celowo Artystę przez duże A, ponieważ w czasach kiedy nadużywamy tego słowa – wydaje się ono nieodpowiednie dla człowieka, który zastępuje całą orkiestrę. Nie zabrakło „Says” ale obydwoje zgadzamy się z tym, że pan Frahm największe show robi szczotkami do kibla (to na bank ma jakaś swoją specjalną nazwę). Szczotki po swoim fortepianowym performensie zostały wyrzucone w publiczność. Trochę szkoda, że nie trafiły w nasze ręce. „We lost our minds for Nils” – oto nasza odpowiedź na piątkowy koncert.

Wzruszeni i z uśmiechami na twarzach ruszyliśmy dalej. Potrzebowaliśmy chwili wytchnienia więc udaliśmy się do baru. Duży plus dla organizatorów za możliwość płatności kartą! Oprócz licznych barów, było mnóstwo stoisk z jedzeniem. Zapach pierogów zawładnął burczącymi brzuchami. Tak się złożyło, że wcinając pierogi staliśmy obok sceny Carbon Central skąd dobiegały energetyczne wibracje serwowane przez nieznanego przez nas do tej pory Krojca. Scena ta miała najbardziej tajemniczy klimat. Jubileuszowa 10. edycja Festiwalu Tauron Nowa Muzyka kontynuowała projekt Carbon Atlantis z ubiegłego roku. W nowej przestrzeni (wcześniej były to podziemia Muzeum Sląskiego – w tym roku scena pod gołym niebem), z udziałem artystów z Polski, Czech, Słowacji i Węgier. Potupaliśmy trochę nóżką i poszliśmy zobaczyć namiot Red Bulla, w którym zamierzaliśmy spędzić większość następnej nocy. Każda scena była oddalona na tyle, że muzyka nie nakładała się na siebie, co często jest dużym dyskomfortem.
Ok, widzieliśmy już wszystko, pora udać się do LittleBig/Tent Stage w którym chcieliśmy zostać do rana. Nie szliśmy w stronę światła… ponieważ właśnie w tym czasie w namiocie grali Autechre. Ich koncerty grane są zawsze w absolutnej ciemności nakazując przez to skupienie się wyłącznie na tym co najważniejsze – na muzyce. W namiocie widać było tylko diody przy dj’ce, a za nią dwóch panów z Wielkiej Brytanii- Rob Brown i Sean Booth. „(…) konsekwentnie kroczący własną drogą, nie przejmujący się obowiązującymi trendami (…)”. Ich muzyka jest trudna w odbiorze, mocno eksperymentalna. Większość utworów została skomponowana z naciskiem na skomplikowany rytm, który niejako jest motywem przewodnim dla towarzyszących mu zawiłych i obfitujących w elektroniczne brzmienia sekwencji. Niestety nie umieliśmy tańczyć do tych połamanych dźwięków, więc udaliśmy się na leżaki stojące pod namiotem i zafascynowani patrzyliśmy w mrok.
Po tym karkołomnym występie na scenę wkroczył Objekt. Tego pana nie trzeba przedstawiać fanom techno. Mimo, iż wypłynął dopiero w 2011 roku, szybko stał się jednym z najbardziej rozchwytywanych producentów. Dwie godziny muzyki klubowej na najwyższym poziomie. Nie wiedzieliśmy czego spodziewać się po Ellen Allien – jest to bez wątpienia jedna z legendarnych postaci. Ellen Allien na swoim koncie ma pięć solowych płyt długogrających oraz niezliczoną liczbę innych wydawnictw. Jednak grono ludzi wątpi w jej umiejętności techniczne. Tej nocy rozwiała wszelkie wątpliwości. Przejęła rozbujane towarzystwo od Objekta i do samego rana trzymała nas w swoich muzycznych sidłach. Cudownie się patrzyło na roztańczony tłum i roztańczoną Ellen. Jeśli takie wibracje panują na imprezach Circoloco, na których jest rezydentką, to jest to kolejny powód aby w końcu odwiedzić Białą Wyspę. Pierwszy dzień dobiegł końca… ale czy na pewno?

Organizatorzy postarali się o różnorakie rozrywki w ciągu dnia. Można było skorzystać z licznych wycieczek po Górnym Śląsku, pójść do kina festiwalowego gdzie wyświetlane były produkcje Resident Advisor, wybrać się na warsztaty Abletona, wystawę, bądź odwiedzić strefę designu. Nie było czasu  się nudzić. Warto także wspomnieć o Amfiteatrze NOSPR, miejscu w którym w piątek gościł Taco Hemingway, a w sobotę odbywały się koncerty kwartetu kontrabasowego i kwintetu smyczkowego. Program pękał w szwach, od razu wiedzieliśmy, że Tauron Nowa Muzyka to coś więcej niż festiwal muzyczny.
Sobotę rozpoczęliśmy dość późno ponieważ pojawiliśmy się dopiero na Die Vogel. Panowie od początku do końca grali tak wesoło i skocznie, że nie mogliśmy przestać się uśmiechać. W momencie gdy zagrali „Blaue Moschee” namiot RedBulla ogarnęła euforia w najczystszej postaci. Ludzie udawali, że grają na trąbkach wraz z nimi. Szaleństwo! Doczekaliśmy się też utworu „The chicken”. Dostaliśmy, co chcieliśmy –  bez dwóch zdań. Kiedy myślisz już, że lepiej być nie może to się mylisz, bo za sterami pojawił się znany i kochany magik – Dj Koze. Niestety pęcherze nie pozwoliły na nieprzerwany muzyczny trans, uciekliśmy na chwile do toitoi i stwierdziliśmy, że zostaniemy już w okolicach LittleBig gdzie za chwilę, po raz pierwszy w Polsce miał wystąpić Kiasmos. Rozmawialiśmy o tym, że zazwyczaj w setach nie grają klasyków ze swoich płyt i że trochę szkoda jakbyśmy nie usłyszeli „Looped” albo „Thrown”. Usłyszeliśmy obydwa utwory i o wiele więcej pięknych tracków. Parkiet się trząsł, ludzie płakali ze szczęścia, a chłopcy za dj’ką szaleli i nagrywali tłum tabletem. Chyba im się podobało. Chyba do nas wrócą. Czekamy z niecierpliwością. Kiasmos we loooveee youu!

Ostatni na naszej liście był Robag Wruhme. Sprawdzony zawodnik miał przywitać z nami wschodzące słońce. Zrobił to bezbłędnie, z pełną klasą. Przeszliśmy z nim każdy muzyczno-emocjonalny etap. Od mocnych brzmień nasyconych wylewającym się z głośników srogim basem, do delikatnych utworów  nad ranem. Na długo pozostanie nam w pamięci hipnotyzujący track Felixa Labanda – Ding Dong Thing. Robag bawił się doskonale, w pewnym momencie wyszedł przed dj’kę trzymając w ręce butelkę różowego wina i zaczął tańczyć razem z nami. Na sam koniec przekroczył granice barierek, podarował nam końcówkę wina i pozbijał piątki. To było coś! Mogliśmy mu osobiście podziękować, trzymając go za drobną dłoń odpowiedzialną za wprawianie w ruch ciał tysiąca osób. To trzeba przeżyć – żadne słowa nie opiszą tych pięknych ostatnich godzin festiwalu.

Nadeszła pora na wisienkę na torcie. Koncert zamykający Festiwal. Niedziela godz 19:30 – moment historyczny. Jeff Mills z Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia. Odpowiedni człowiek na odpowiednim miejscu. Sala koncertowa NOSPR, mieszcząca 1800 osób, wypełniona po brzegi. Przedział wiekowy od przedszkolaka do seniora. „Muzyka zaczyna się tam, gdzie słowo jest bezsilne, zapraszamy do podróży w czasie”- tym zdaniem Agnieszka Szydłowska zapowiedziała człowieka – ikonę. Skupienie na twarzy i blask w oku Millsa widać było nawet z odległego balkonu. Ciarki przechodzące po plecach świadczyły o tym, że obcujemy z muzyką z najwyższej półki. Klasyka i elektronika to nie dwa różne końce. To uzupełniające się ogniwa. Aplauz trwał bez końca, a „The bells” zagrane na bisie na długo pozostanie w naszej pamięci. Dziękujemy Festiwalowi Tauron Nowa Muzyka, za przepiękne chwile spędzone w Katowicach! Do zobaczenia za rok.

Tekst: Paweł Chałupa, Beata Górska