Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2011 – RELACJA MUNO.PL

6 595
Relacja
Tauron Festiwal Nowa Muzyka 2011 – RELACJA MUNO.PL

Emocje ostatniego weekendu sierpnia powoli opadają. Letni sezon festiwalowy zakończył odbywający się w Katowicach Festiwal Tauron Nowa Muzyka. Zapraszamy Was do przeczytania relacji Muno.pl z tego niezwykłego wydarzenia.

Z roku na rok Festiwal Tauron Nowa Muzyka przyciąga rzesze wielbicieli nie tylko z kraju, ale i zagranicy co słychać było na każdym kroku. Niewątpliwie stanowi to o sukcesie i rosnącej pozycji wydarzenia na mapie festiwalowej Polski i Europy.

Organizacja tegorocznej edycji FTNM oznaczała nie lada wyzwanie dla organizatorów – agencji More Music, która od lat serwuje nam – słuchaczom i uczestnikom festiwalu, iście wykwintne brzmienia. Tym razem załoga organizatorów musiała poradzić sobie z jednym z największych (o ile nie największym) szkopułów i zarazem największych plusów całego wydarzenia – miejscem. Dwie poprzednie edycje festiwalu pokazały, że poprzez zmianę lokalizacji z urokliwego polsko-czeskiego Cieszyna, festiwal nie musiał – co więcej nie stracił na wartości. Od 3 lat rokrocznie tereny nieczynnej już Kopalni Węgla Kamiennego Katowice zmieniają się w mekkę miłośników alternatywnych brzmień. W tym roku rozpoczęła się tam budowa nowej siedziby Muzeum Śląskiego, której otwarcie zapowiedziano na lipiec 2013 roku. W związku z budową organizatorzy festiwalu, nie chcąc korzystać z najłatwiejszej opcji – zmiany lokalizacji, podjęli się trudnego zadania przystosowania terenów, które nie zostały jeszcze objęte budową na miasteczko festiwalowe, zachowując tym samym wyjątkowy charakter festiwalu, o którym niewątpliwie świadczy nie tylko muzyka, ale również lokalizacja.

Być może to właśnie nie lada wyzwanie logistyczne sprawiło, że w opiniach uczestników zdało się widzieć rozczarowanie kwestiami organizacyjnymi, na co odpowiedzią jest krótkie podziękowanie i wyjaśnienie zaistniałej sytuacji na oficjalnej stronie festiwalu. Z czystym sumieniem można zatem przejść do najważniejszej kwestii czyli muzyki, w której i tym razem organizatorzy nie zawiedli.

Lineup skrojony został na miarę nawet najbardziej wybrednego festiwalowicza z tą różnicą, że w tym roku było więcej i dłużej. Więcej atrakcji dla uczestników w tym dodatkowa scena, dłuższe występy, które zresztą okazały się znakomitym rozwiązaniem dla festiwalowiczów nie nocujących w Katowicach. Tradycją festiwalu stały się już koncerty otwierające i zamykające całe wydarzenie. W tym roku inauguracja Tauron Nowa Muzyka odbyła się w Szybie Wilsona, na katowickim Nikiszowcu, gdzie zagrała brytyjska grupa Lamb, której wokalistka Lou Rhodes miała okazję solowym występem otwierać poprzednią edycję Taurona.

DZIEŃ 1

Pełnometrażowy program piątkowego popołudnia zaczął się małym zamieszaniem. O ile na Main Stage wszystko przebiegało zgodnie z planem, o tyle na scenie LittleBig w lineupie nastąpiły małe roszady. Z wyjaśnień organizatorów wynika, iż w ostatniej chwili musieli oni przesunąć występ When Saints Go Machine na wcześniejszą godzinę, co wynikało ze złego stanu zdrowia jednego z członków zespołu. Tym samym długo wyczekiwany występ Emiki, która miała wystąpić jako pierwsza, odbył się o 1 w nocy podczas występu headlinera tego wieczoru – Amona Tobina.

Scena główna podobnie jak w roku ubiegłym, ustawiona została nieopodal wejścia na teren festiwalu. Odwiedzających miasteczko zatem już na wstępie witały dochodzące z niej dzwięki. Najpierw delikatne, wprowadzające w nastrój festiwalu w ramach występu Wojtek Mazolewski Quintet i Niewinni Czarodzieje, po krótkiej przerwie taneczne wariacje i show w wykonaniu berlińskiego zespołu Bonaparte. W jednym w wywiadów określili swoją muzykę i artystyczną kreację jako wypadkową wielu składowych: energii z punka, kształtu piosenek z popu, beatów ze swinga, rytmu z techno, szaleństwa z novelty, wolności z jazzu i zabawy z folku. Sądząc po opisie nie można było spodziewać się niczego innego jak mieszanki wybuchowej. Na początku występu królowała zasłona dymna, która opadając pozwoliła wyłonić się członkom zespołu z maskami na głowach. Był psychodeliczny miś, na perkusji przygrywał ostatni Mohikanin, jedną z gitar opanował natomiast człowiek z lampionem na głowie. Jakby tego było mało podczas występów przez scenę przewinęli się jeszcze kobieta z olbrzymią czerwoną kokardą rozrzucająca croissanty we wszystkie możliwe strony publiki, biała dama rodem z czasów napoleońskich czy dyrygent w masce konia. Zastanawiam się, w którym miejscu teatralne show wygrało z muzyką tej kapeli, na którą z czasem zwracało się coraz mniejszą uwagę.

W tym samym czasie scenę Red Bull Music Academy opanowali polscy weterani: Chino oraz znany szerokiej publiczności w kraju Eltron John – miłośnik winylowych kręgów, który zgromadził pod sceną pokaźne grono fanów swojej djskiej twórczości, w tym mnie. Housowe zacięcie wymieszane z techdubowym splendorem rozbujało pod sceną spragnioną tanecznego odprężenia publikę, będącą jeszcze pod wpływem berlińskiego Modeselektora, który wystąpił na Main Stage tego samego wieczoru. Charyzmatyczny duet z polskim pierwiastkiem w roli głównej (Sebastianem Szarym) od samego początku hipnotyzował wizerunkiem małpy, będącej znakiem rozpoznawczym duetu. Zgrabnie wpleciony w wizualizacje podczas koncertu, nie pozwolił zapomnieć czyjego występu jesteśmy świadkami. Jeżeli musiałabym się poddać muzykoterapii będąc w potrzebie, i byliby to panowie z Modeselektor, to tylko z zastrzeżeniem wcześniejszego odsłuchu, bo niestety miewali słabsze momenty potocznie zwanej ‚łupanki’, czego balsamem na uszy z pewnością nie można było nazwać. Z rozpoznawalnych numerów wymienić należy remix utworu Bjork z Antonym Hegarty (piosenkarz znany m.in. z takich utworów jak słynne „Blind” zespołu Hercules and Love Affair) „Dull Flame of Desire” czy kultowe i mroczne „Let your Love Grow” z wizualizacjami prosto z zarośniętych bagien.

W okolicach północy pod sceną główną zaczęło robić się tłoczno. Oto bowiem przed festiwalową publicznością stawić się miał headliner FTNM – Amon Tobin, który występował już na deskach sceny ówczesnego Festiwalu Nowa Muzyka w Cieszynie. Tym razem wystąpił przez polską publicznością z materiałem z najnowszej płyty „Isam” wydanej nakładem nie kogo innego jak nieśmiertelnej Ninja Tune. Same dźwięki dochodzące zza bramek prowadzących pod scenę mogły nie zrobić na wielu większego wrażenia. Całość robi kolosalne wrażenie po wejściu w strefę cienia znajdującą się pod sceną. Bliższe zapoznanie się z połączeniem muzyki oraz wizualizacji 3D na specjalnie ustawionej na scenie instalacji, w której zresztą siedział sam Tobin (!) pozwalało wznieść się na wyżyny artystycznej ekscytacji. Ostatnia płyta brazylijczyka klimatem odbiega znacząco od produkcji artysty z czasów „Supermodified” czy „Bricolage” co w wielu kręgach mogło wywołać reakcje zwątpienia czy wychowanek Ninja Tune podoła wyzwaniu i przywoła czasy swojej świetności artystycznej. Rozczarowania nie było choć w nieco innym wymiarze. Mapping 3D – ostatnio coraz popularniejsza forma wyrazu, w połączeniu z leniwymi, momentami bajkowymi dźwiękami spełnił oczekiwania najbardziej wybrednych, a pozytywne komentarze po występie zdało się słychać z każdej strony. Blisko 2 godzinny show zakończyły bisy w tym „4 ton mantis” z wczesno – XXI wiecznej płyty wizytówki Tobina: „Supermodified”.

Tymczasem na scenie Red Bull Music Academy publiczność zaczął zjednywać sobie Daisuke Tanabe, japoński producent połamanej, chilloutowej i eksperymentalnej muzyki elektronicznej spod znaku Dancing Turtle Records z Londynu. Muzyka Tanabe dla wielu zgromadzonych pod sceną udowodniła, że warto zatrzymać się przy tym nazwisku na chwilę dłużej. Frekwencja mówiła sama za siebie. Po spokojniejszym brzmieniu przyszedł czas na prawdziwe piekło, które wypełnił Machinedrum grający jako ostatni na Little Big Stage. Szybkie rytmy wzniecały uśpioną energię pozostałych w sporej liczbie na terenie festiwalu uczestnikach. Niezwykle energetyczny artysta zawładnął sceną na ponad godzinę, nie zwalniając tempa i urozmaicając na każdym kroku grube bity o wokale rodem z lat 90. Niesmak po występie pozostawiły wizualizacje, które puszczane były również podczas wcześniejszego występu duetu Ford & Lopatin. Na sam koniec sobotniego poranka na scenie Red Bull Music Academy uspokojnienie przynosił Teebs, który skończył podwoje sceniczne w okolicach godziny 5 rano.

DZIEŃ 2

Pierwszy występ drugiego, sobotniego i pełnometrażowego lineupu rozpoczął występ Noviki & Lovefinders na Main Stage. Początkowe problemy z nagłośnieniem spowodowały opóźnienie występu o kilkanaście minut, warto było jednak poczekać. Z uwagi na wczesną godzinę trzeba przyznać, że publiczność mimo, iż licznie zgromadzona, nie dała się zbytnio porwać do tańca. Nie zmienia to jednak faktu, iż występ był niezwykle energetyczny a niedyspozycję publiki można było tłumaczyć wczesnorannymi podrygiwaniami w takt muzyki ostatniej pozycji piątkowego lineupu. Kiedy usłyszelibyście, że Lovefinders to m.in. Kasia Piszek – warszawska instrumentalistka i wokalistka, Agim Dzeljiji i Tomek Dogiel – obaj panowie z formacji Oszibarack – nie zastanawialibyście się długo czy przybyć na występ. Tych, których na koncercie zabrakło informujemy, że było tanecznie, eklektycznie i energetycznie. Uzupełnieniem muzyki zespołu z pogranicza inteligentnej elektroniki był ciepły głos Kasi Nowickiej, która zaśpiewała utwory z wydanej w zeszłym roku płyty „Lovefinder”. Mało tego, utwory takie jak „Mother’s duty” czy „Perfect Beach” zaprezentowane zostały w zupełnie nowych aranżacjach co nabiło sporo punktów tej koncertowej gromadce. Nie mogło być jednak idealnie. Nieodpowiednie nagłośnienie dawało się we znaki głównie podczas partii wokalnych Kasi Piszek.

Zaraz potem na Little Big Stage stery przejął Boxcutter. Ceniony wszem i wobec muzyk z angielskiej wytwórni Planet Mu, tej samej, która opiekuje się występującym na FTNM sobotniego poranka Travisem Stevartem znanym również jako Machinedrum. Reprezentacja tego labelu okazała się zatem jak było widać i co najważniejsze, słychać, dosyć okazała. Ze strony Boxcutter’a usłyszeć można było stylowe i inteligentne dubstepowe wariacje oraz akcenty dużo spokojniejsze. Spodziewałam się więcej szumu, bo całkiem nie dawno mogliśmy się cieszyć nowo wypuszczonym krążkiem tego artysty, który stylistyką odbiega od poprzednich. Jednak nie ma co narzekać, bo Bary Lynn uraczył publikę nie tylko komputerowymi dźwiękami, ale również gitarowym graniem live. „The Dissolve” (najnowszy krążek) udowodnił, że w artystycznym polocie artysty jest miejsce, na improwizacje, eksperymenty i odważne decyzje – na FTNM można było dostrzec to tylko momentami.

Przyszedł czas na scenę główną i tak wyczekiwanych Little Dragon z Yukimi Nagano na czele. Szwedzki zespół gościł w Polsce już nie pierwszy raz jednak tym razem w nie bardzo sprzyjających warunkach pogodowych, dodających dramatyzmu całemu występowi. W namiocie Main Stage zebrała się pokaźna pod względem frekwencji publika, która od samego początku raczona była urokliwymi podkładami zespołu i energią Yukimi. Jeszcze gorący krążek zespołu wydany w lipcu tego roku, sprawił, że oczekiwania i ciekawość dotyczące występu tej grupy były spore. Ja natomiast
w ciemno mogłabym kupować bilety na ich koncerty w kraju i zagranicą. Serwowane przez grupę utwory nie tylko z najnowszej płyty sprawiły, że sprawiedliwości stało się zadość i tłum wciągnięty został w swobodny i zarazem taneczny koncertowy nastój. „My step”, „Looking Glass” z płyty „Machine Dreams” czy nostalgiczny „Twice” z „Little Dragon” pozwoliły tylko potwierdzić, że na scenie zespół nie znalazł się przypadkowo. Kiedyś Yukimi mówiła, że występy na scenie to wzloty i upadki. Oczywistością jest, że otrzymując pozytywną energię od publiki podrygiwanie na scenie wśród trzech mężczyzn jest dużo łatwiejsze. W Katowicach Little Dragon dostali zastrzyk pozytywnej energii nie tylko pochodzącej od ludzi, ale również od wyjątkowego miejsca, na którym festiwal się odbywał, przy niezwykle wietrznych warunkach tego wieczoru można było obawiać się czy wszystko pójdzie zgodnie z planem. Tak czy inaczej określenie LD headlinerem dnia sobotniego w ujęciu subiektywnym nie byłoby zatem mocno przesadzone. Bo jeśli nie oni to kto?

Na występie kolejnej gwiazdy na Main Stage nastąpiła zamiana pozytywnych, tanecznych dźwięków, także na taneczne, ale momentami bardziej nostalgiczne. Trudno ocenić cały występ grupy Bodi Bill przez pryzmat kilku utworów, na których byłam jednak zastanowiła mnie jedna rzecz – mianowicie czy widowisko artystyczne w przedziwnych kostiumach (np. wielkiego ptaka) jest w stanie wyróżnić artystów z tłumu wielu podobnych. Niewątpliwie coś w tym jest jednak w przypadku Bodi Bill – zespołu przywołujących na myśl muzyczne klimaty programów popularnonaukowych lat 90. z  niepodległościowymi – taki image nie przystoi. Dałam się kupić muzyce, bez całej topornej kostiumowej otoczki.

Na sam koniec podrygiwań na scenie głównej pojawił się Apparat. Ten sam, goszczący na poprzedniej edycji FTNM jednak pod inną nazwą – Apparat Band Live. Sam występ całego składu nie można uznać za apogeum muzycznego uniesienia tego wieczoru. I choć po reakcji naprawdę licznie zgromadzonej publiczności sądząc, było bardzo dobrze, to zagrane „Rusty Nails” ni z gruchy ni z pietruchy z repertuaru Moderat wydawać się mogło dokładaniem wisienki do i tak dobrego tortu. Całość zgrabnie zaaranżowanego występu na tle oświetlonej wieży za plecami kapeli, tworzył nieziemsko intymny klimat.  Na bisie pojawił się „Black Water” z nowego krążka „The Devil’s Walk”.

W tym samym czasie na scenie sygnowanej nazwiskiem Mary Anne Hobbs (LittleBig Stage) publiczność raczyli panowie znani jako Darkstar. Najwięcej szumu w artyzmie tego zespołu stanowi wokal jednego z jego członków. Jeżeli miałabym jednym tchem wymienić najbardziej zastanawiający i niezrozumiały artist placement w lineupie tegorocznego festiwalu, z pewnością na pierwszym miejscu byliby oni. Na pewno fakt związku tego składu z kultową już wytwórnią Hyperdub, potrafił ukształtować oczekiwania w stylu nieco żywszych utworów z jaśniejszej przeszłości typu „Lillyliver” czy „Need you”. Tauronowa rzeczywistość pokazała jednak nieco inne oblicze tej trójki. Nie ma co jednak rozpaczać, honor sceny uratowała jej rezydentka – Mary Anne Hobbs. Podobnie jak w roku ubiegłym udowodniła, że jest właściwą osobą na właściwym miejscu. Okrzyknięta w wielu kręgach pierwszą damą dubstepu, z występu na występ udowadnia, że to miano słuszne. Mary Anne Hobbs była jedną z pozycji z serii ‚must be’ na tej scenie. To co dzieje się na jej występach zakrawa o pomstę do nieba – dupstepowe smaczki rzucane z rękawa, wizualizacje i niesamowity kontakt z publicznością stawia ten występ w czołówce wieczoru, bez dwóch zdań. Kolejne set na tej scenie sprawiały, że namiot pękał w szwach. Oris Jay i Roska poczuli chyba misję z racji załamania pogody, bo ich występy rozgrzały publikę do czerwoności.

Z powodu niesprzyjającej pogody występy początkowo przewidzianego na scenie Red Bull Music Academy Superpitchera przeniesiony został do klubu Flow. Sama akcja przeniesienia przeznaczona była chyba dla najbardziej wytrwałych festiwalowiczów. Szkoda, bo piątkowa aura zapowiadała spełnienie najbardziej skrytych oczekiwań pogodowych.

Podsumowaniem tegorocznej edycji festiwalu TNM było uspokojenie klimatu niedzielnego wieczoru. Na ołtarze katowickiego kościoła ewangelickiego wyniesiony został brytyjski wokalista Jamie Woon – bożyszcze licznie zgromadzonej publiczności. Z obserwacji wynika, że bilety na występ brytyjczyka na długi czas przed występem zyskiwały na wartości. Rad ten, komu w ostatniej chwili dane było zdobyć wejściówkę. A sam występ? Utwór „Wayfaring Stranger” zaśpiewany przez Woona na sam początek pozwolił rozpłynąć się we wręcz idealnie wykonanej arii. Początkowo solo, później z zespołem, Woon rozbujał kościół pękający w szwach. Choć klimat miejsca wymuszał zachowanie należnej mu powagi, nie sposób było usiedzieć w ławce cały koncert. Najpierw pojedynczo, później grupami przejście między ławkami zapełniło się bujającą biodrami publiką. „Mirrorwriting” to duży krok w karierze Jamiego Woona, co widać i słychać było w kościele. Wszechobecny pietyzm występu unosił się w powietrzu. Cały około godzinny występ z „Streets”, „Night Air” czy „Lady Luck” to idealna pozycja na niedzielne zakończenie tegorocznej edycji festiwalu.

Tauron Festiwal Nowa Muzyka zakończył się powodzeniem i choć nie obyło się bez wpadek organizacyjnych to na uwagę prócz muzyki zasługuje dostępność wydarzeń około festiwalowych, które mam nadzieję na stałe już przyrosły do tego wydarzenia. Wśród nich wymienić należy warsztaty i wystawy fotograficzne oraz muzyczne, możliwość skorzystania z wypożyczalni rowerów czy projekcje filmowe oraz wycieczki alternatywne w tym zwiedzanie terenów po byłej kopalni Katowice, na którym to od lat odbywa się festiwal. W tym roku pogoda dopisała festiwalowiczom tylko w połowie. Bez zbędnego narzekania warto podkreślić jednak, że to muzyka w dominującej mierze stanowi o wyjątkowości tego eventu. Frekwencja miłośników nowych brzmień z roku na rok przybiera bardziej międzynarodowy charakter o czym organizatorzy muszą pamiętać przygotowując kolejną edycję Taurona, aby wpadek uniknąć jak na Best Small Festiwal 2010 przystało. Skoro jednak jest całkiem spora gromadka ludzi ciągle podążających za klimatem festiwalu, nasuwa się jeden wniosek – ludzi głodnych festiwalowych brzmień ci u nas dostatek. Do następnego festiwalu!