‚Wesołe miasteczko dla dużych dzieci’ – relacja z Sonar 2016

2 869
Relacja

"W dzisiejszych czasach bitwa na festiwalowe lineupy wydaje się być pozbawiona sensu, dlatego o sukcesie lub porażce festiwalu będzie decydowała jego wartość dodana." Czym, oprócz muzyki, urzekł nas barceloński Sonar?

Reklama
Tegoroczny Sonar był dla mnie pierwszym – jednocześnie, co nie jest szczególnie chyba zaskakujące, była to największa z dotychczasowych jego edycji. Ponad 110 tysięcy osób – podobno tyle przewinęło się przez teren tego trwającego 3 dni festiwalu. Na szczęście przez większość czasu przebywanie w tłumie nie wiązało się z wieloma niedogodnościami, może z wyjątkiem olbrzymich kolejek do barów publicznych.
To, co rzucało się w oczy od pierwszej chwili na terenie festiwalu to doskonała organizacja – to zaledwie drugi tak duży (50k+) event, na którym miałem okazję gościć i muszę przyznać, że zorganizowany był wzorowo. Dostęp do terenu wydarzenia zapewniały opaski RFID, które w naszym wypadku powiązane były z prasowymi identyfikatorami. To rozwiązanie powoli staje się codziennością na festiwalach i ułatwia życie zarówno uczestnikom, jak i ochronie, a także pozwala na płynny przepływ „ludzkiej masy”, bez koszmarnych kolejek. Wyśmienite nagłośnienie pozwalało na kontemplację muzyki nawet w znacznej odległości od sceny, a jednocześnie nie ogłuszało, nawet w sytuacji znajdowania się blisko głośników. I to zarówno w trakcie dziennej, jak i nocnej części eventu.

No właśnie – choć zdecydowana większość festiwalowiczów do Barcelony przyjeżdża na Sonar by Night, dla mnie to część dzienna była głównym magnesem przyciągającym na event. I to wcale nie z uwagi na lineup – po tegorocznej wizycie w Reykjaviku, z największą niecierpliwością czekałem na Sonar+D, czyli część poświęconą mariażom muzyki, technologii i sztuki. I nie rozczarowałem się ani trochę, spędzając lwią część czasu na bieganiu pomiedzy poszczególnymi instalacjami, sprzętami do produkcji muzyki, budkami okupowanymi przez startupy czy stoiskami VR.
Czego tu nie było! Muszę przyznać, że czułem się trochę jak w wesołym miasteczku dla nieco starszych dzieci: testowanie mixerów i sprzętów do produkcji muzyki zajęło mi sporo czasu, ale szybko porzuciłem je na rzecz odwiedzania instalacji artystycznych, najczęściej w ten czy inny sposób powiązanych z dźwiękiem. Tu w pamięć wbiło mi się zwłaszcza niewielkie zaciemnione pomieszczenie oświetlone pasami świateł LED, w którym wibrująca podłoga i rozlegający się w pomieszczeniu dronowy dźwięk zmieniały swoją częstotliwość w zależności od fragmentu pomieszczenia, w którym aktualnie się przebywało. Jeszcze większe wrażenie zrobił wielki mapping w Sonar Plant – niesamowity A/V algorytm inspirowany ruchami tektonicznymi naszej planety. Ale było tego znacznie więcej: szumiąca poduszka, niezwykłe instrumenty DIY, możliwość „rysowania” algorytmów dźwiękowych czy też dźwiękowa huśtawka – gdybym mógł, spędziłbym tam kilka dni, testując wszystkie z tych atrakcji godzinami…
Kilkadziesiąt minut spędziłem w strefie startupów, w której wystawiali się zarówno twórcy oprogramowania muzycznego, developerzy aplikacji augmented reality, a nawet sprzedawcy rozwiązań SaaS (software as a service) i CRM dla branży muzyczno-interaktywnej. Jednak największe emocje wywołała we mnie strefa Virtual Reality (Realities+D), w której przez cały czas trwania eventu stały gigantyczne kolejki. Kilkanaście stanowisk z filmami i tzw. VR experience było nieustannie zapełnionych ludźmi, ja ograniczyłem się do wizyty na kilku z nich – na testowanie Sony Playstation VR załapałem się niemalże cudem, podobnie jak na niezwykły experience „In The Eyes of the Animal”, który z wykorzystaniem synestetycznych środków przekazu (oprócz wirtualnej animacji wykorzystywał także przestrzenny dźwięk i wibrującą kamizelkę niczym z laserowego paintballa) pokazywał świat widziany oczami zwierząt.
Cała atmosfera otaczająca Sonar+D przypominała mi nieco odwiedzony kilka miesięcy wcześniej SXSW Interactive w Austin. Tam jednak bezspornie królował interactive, tu zaś zdecydowanie przeważały „atrakcje” związane z dźwiękiem: zatonąłem w nich na tyle głęboko, że niemal zapomniałem, że jestem na festiwalu muzycznym…
No właśnie, część muzyczna nie do końca tym razem mi się udała – najbardziej interesujące mnie występy przegapiłem z uwagi na silną alergię, która dopadła mnie w piątek i nie pozwoliła odwiedzić części nocnej. Moja towarzyszka zaliczyła w piątkową noc koncert JM Jarre’a i wróciła zachwycona i zdumiona – klasyk francuskiej elektroniki podobno coraz lepiej daje sobie radę w muzyce klubowej. Po przespaniu piątkowej nocy poczułem się nieco lepiej i w pełni sił wróciłem na festiwal: jeszcze w trakcie Sonar by Day zaliczyłem zwalający z nóg występ Alva Noto. Jego audiowizualny show w ramach obchodów 20-lecia Raster Noton był pełen najwyższej jakości surowego techno. Byłem więcej niż zaskoczony – od delikatności „Xerrox” dzieliły go lata świetlne – ale nie przeszkadzało mi to jarać się każdą sekundą jego występu.
Gdy w końcu trafiłem na nocną część festiwalu, nie mogłem ukryć swojego oszołomienia. Cytując samego siebie: „O ku…a jaaaakie to wieeeeelkie”. Oddalona od centrum Barcelony o kilka kilometrów hala expo bez problemu pomieściła ponad 100 tysięcy spragnionych zabawy imprezowiczów i… nadal pozostało tam sporo wolnego miejsca. Dobre dwie godziny zajęło mi zwiedzanie jej terenu, rozbijając się pomiędzy występami Fatboy Slima, Laurenta Garniera czy chłopaków z Bicep. Wszyscy grali tanecznie i imprezowo, ale szczerze mówiąc, żaden z ich występów nie zapadł mi szczególnie w pamięć. Ku memu zdziwieniu, moim faworytem tej nocy został Eats Everything, który zaserwował piękną porcję klasycznego acid house’u: zaczynając od Green Velveta, a na Robercie Armanim kończąc. Zwiedzając zakamarki sal, dotrwałem do kończącego noc setu Bena Klocka, któremu tym tazem udało się wyjątkowo mnie znudzić swoim graniem, tym samym dając mi pretekst do w miarę wczesnego wyjścia.
Podsumowując, Sonar był dla mnie niesamowitym przeżyciem – jednak swoją wagę emocjonalną zawdzięcza przede wszystkim Sonar+D, który pokazuje jak wiele można osiągnąć dzięki umiejętnemu połączeniu muzyki, sztuki, technologii i biznesu. W dzisiejszych czasach „bitwa na festiwalowe lineupy” wydaje się być pozbawiona sensu (i tak wszędzie grają ci sami artyści), dlatego o sukcesie lub porażce festiwalu będzie decydowała jego „wartość dodana”. W moim wypadku ta wartość dodana okazała się być wartością najważniejszą, dla której do Barcelony z chęcią wrócę za rok.
Tekst: Artur Essence Szatkowski
Zdjęcia: Jagna Szaykowska