Słowo na piąteczek 11 FELIETON

3 670
Felieton
Słowo na piąteczek 11 FELIETON

Nieubłagany koniec lata w połączeniu z naszą narodową wrażliwością, skłania niektórych do refleksji dalekiej od optymizmu. Nadzieja na lepsze jutro umiera jednak ostatnia.

Nieregularny Felieton Weekendowy

ILUSTRUJE: Agnieszka Diesing

Weltschmerz

Co roku jest tak samo. Wystarczy, że Matki Boskiej Zielnej minie – dzień hucznie świętowany i dlatego, że zazwyczaj przypada w długi weekend, i z powodu szczególnej sympatii do akurat tego wizerunku patronki plonów wszelakich – a melancholia uderza bezlitośnie.

Nie jest to zwykły poafterowy dół, przypadający u początkujących imprezowiczów na znienawidzony poniedziałek, a u tych bardziej doświadczonych odczuwany dużo mocniej we wtorek. W każdym razie w obu wariantach można w miarę bezboleśnie przetrwać dzięki chociażby powszechnie dostępnym znieczulającym substancjom w stanie płynnym. W przypadku późnoletniej melancholii, która w tym roku od razu przybrała postać wczesnojesiennej, tego typu środki okazują się tylko półśrodkami.

Zaczyna się zazwyczaj dosyć niewinnie, bo od gęsiej skórki nad ranem, ale nie z powodu ekstatycznego zakończenia imprezy, tylko ordynarnego chłodu, który znienacka dopada po wyjściu z przecież jeszcze letniego festiwalu. A później już leci po całości: wieczorny ciepły zapach z pobliskiego parku zastępuje coraz bardziej uporczywy smród zgnilizny; przyjemną pustkę w tramwajach i autobusach wypełnia tłumnie powracająca z wakacji gimbaza; mija ochota na zimne piwo, za to pojawia się większy smak na coś zdecydowanie mocniejszego i bynajmniej nie chodzi o prosecco. W dodatku ulubione sezonowe miejscówki zaczynają się zwijać, co oznacza, że już za niedługo znowu trzeba będzie oswajać oczy z ciemnymi czeluściami klubów.

„Czy jeśli w klubowym świecie nadawano by stopnie naukowe, to byłby to tytuł magistra, czy może już doktora?”

I dziwne flashbacki nie dają spokoju… „Który to już sezon na placu boju?… Kiedy była ta pierwsza noc i w którym w klubie?… A może to było na festiwalu?… Czy czasem nie była to jednak jakaś domówka?… Ile było weekendów spędzonych w podróży na drugi koniec Polski, tylko po to, by usłyszeć dobrego dj-a?… Czy imprezowe przyjaźnie są cokolwiek warte poza klubem?…”

Nostalgiczne rozmemłanie to jeszcze pół biedy. Miasto plotkuje już o jesiennych bookingach, a w głowie wątpliwości… „Czy corocznie składana sobie samemu obietnica zdecydowanie ostrzejszego selekcjonowania  imprez i w tym roku okaże się bez pokrycia?… I ile razy nadzieja na chociaż kilka chwil uczucia cudownej euforii sprowadzi się w nadchodzącym sezonie tylko do pospolitego kaca?… A może już nigdy nie odczuje się tak bardzo przyjemnej intensywności z doświadczania techno, jak na samym początku?… Czy jeśli w klubowym świecie nadawano by stopnie naukowe, to byłby to tytuł magistra, czy może już doktora?… I czy nie lepiej zrezygnować z robienia habilitacji?…”

A może te wszystkie wątpliwości i obawy to tylko sentymentalne bzdury?

Nie jest łatwo, kiedy letnio-jesienny ból istnienia daje się we znaki, ale jest na to recepta – najwyższa pora planować kolejną wycieczkę do Berghain.

Łukasz Marcinkowski „Klubowicz”