Selector Festival 2010 – RELACJA

4 229
Relacja
Selector Festival 2010 – RELACJA

Za nami druga edycja festiwalu Selector. Jak wypadła krakowska impreza, czyje występy zwróciły naszą uwagę oraz jak sprawdziła się nowa lokalizacja – o tym w specjalnej relacji pisze nasza reporterka Natalia Wójcik.

Śmiało można stwierdzić, że dla wielu Selector stał się imprezą sztandarową. Może i tegoroczne festiwale kuszą line up’ami, prześcigają się w ilości i jakości zapraszanych artystów jednak to właśnie Selector jest jednym z wydarzeń, które rozpoczyna tak długo wyczekiwany sezon festiwalowy w Polsce.

 

 

W tym roku zainicjował go na dobre. Od poprzedniej edycji dużo w strukturze organizacyjnej nie uległo zmianie – ponownie festiwalowicze bawili się na 3 scenach – dwóch dużych CYAN i MAGENTA oraz dużo mniejszej scenie Burna, która tym razem „wstrzeliła się” w strefę gastronomiczną, dlatego na tej właśnie scenie istniała możliwość konsumpcji przy jednoczesnym oddawaniu się muzyce.  Ponadto do dyspozycji oddana została SPECIAL ZONE URBAN WAVE, która sprzyjała chilloutowi.

 

 

Najprzyjemniejszym zwiastunem powodzenia festiwalu była utrzymująca się dobra pogoda. Ta deszczowa, która nawiedziła Polskę ostatnimi czasy, wpłynęła na decyzję organizatorów o przeniesieniu festiwalu w inne miejsce. Początkowo, jak ubiegłej wiosny, festiwal miał odbyć się na Błoniach. Kto kilka dni temu miał okazję zobaczyć Błonia na żywo, zgodzi się, że decyzja o przeniesieniu była słuszna. Podmokły teren mógłby stanowić o powodzeniu a raczej niepowodzeniu imprezy.

Teren, na którym ostatecznie odbył się festiwal to teren Muzeum Lotnictwa Polskiego, który bardzo dobrze znany jest organizatorom. Na nim odbywa się coroczny Coke Music Festival. Jedynym minusem lokalizacji (chyba dla dużej części festiwalowiczów) była znaczna odległość terenu od centrum miasta. I nie byłoby w tym nic strasznego gdyby nie to, że wielu rezerwując noclegi w Krakowie, starało się znaleźć miejsce jak najbliżej Błoni. Po ogłoszeniu decyzji na zmianę było już za późno. Niemniej jednak Alter Art „wyciągnął rękę” do uczestników imprezy. Zorganizował z centrum miasta autobusy, które codziennie dowodziły i odwoziły festiwalowiczów na i z terenu Muzeum Lotnictwa Polskiego. Zatem przedfestiwalowa zabawa w drukowanie mapek Krakowa z zaznaczonym obszarem imprezy, stała się zbędna.

 

DZIEŃ 1

 

 

Po ok. 20 minutowej podróży podstawionym, oznaczonym SELECTOR FESTIVAL, autobusem, wysiąść można było pod wejściem głównym na teren imprezy. Organizatorzy zadbali również o dobrą orientację uczestników imprezy – każdy mógł zaopatrzyć się w książeczkę festiwalową, która dostarczała informacji m.in. o line up’ie, położeniu poszczególnych scen oraz pozostałych miejsc. Z tym niezbędnikiem nie można było się rozstać, chociaż sam lineup był już dobrze znany od kilku tygodni.

4 czerwca czas do „odpalenia” festiwalu upływał nadzwyczaj szybko. Godziną zero okazała się 18.00, która zapoczątkowała szereg szaleństw mających nastąpić  w ciągu 2 dni.

Pierwsze dwie godziny festiwalu należały do poznańskiej formacji KUKABARA SOUNSYSTEM na CYAN STAGE, warszawskiego PANDOIDa na MAGENTA STAGE oraz INVENTa na scenie Burna. Decyzja o umieszczeniu akurat tych artystów na rozpoczęcie festiwalu była słuszna. Szału nie było, Kukabara Soundsystem momentami mogła drażnić, repertuar mną nie potrząsnął. Poza tym skoro tworzą Soundsystem to ich występ mógłby obfitować w więcej sytuacji gdzie panowie grają wspólnie, równocześnie, uzupełniając się nawzajem. To znacząco urozmaiciłoby ten występ. Tymczasem były długie momenty gdzie dzielili się oni rolami, w dodatku nie prezentując wielu zaskakujących przebłysków. Podczas tego występu jedyne co można było z siebie wymusić to tupanie nóżką, nic więcej.

Jeżeli o PANDOIDa chodzi to pan krzesał ile mógł. Mocne electro, dudniący bas. Dj raczej tłumu nie poniósł, nie tylko dlatego, że podczas jego występu festiwalowicze dopiero schodzili się na teren Muzeum Lotnictwa. Momenty miał niezłe i chociaż nie znałam artysty wcześniej to głosy o jego dobrze wyćwiczonym warsztacie djskim dochodziły mnie już przed festiwalem.

Polska muzyka na MAGENTA STAGE gościła również i przy kolejnym punkcie programu. Zaraz po występie PANDOIDA na scenę wkroczyli muzycy z HELLOW DOG. Zwariowana panna z wymalowaną twarzą w towarzystwie kolegów z zespołu okazała się ciekawym, jeszcze słabo wypromowanym zjawiskiem na naszej rodzimej scenie. Umieszczenie akurat tego zespołu w line upie tak poważnego, z roku na rok zyskującego coraz więcej fanów, festiwalu, okazało się ciekawym posunięciem organizatorów.

Zamiast odgrzewać wszechobecne formacje, postawili na młodą krew. I choć frontmenka zespołu trochę na siłę próbowała utrzymać kontakt z publicznością, co nie wychodziło jej za dobrze, to muzycznie było przyzwoicie.

 

 

Kolejnym długo wyczekiwanym zespołem okazał się Friendly Fires. Mogłoby się wydawać, że ten punkt line up’u wraz z Metronomy i Delphic miał dogonić zeszłorocznego Franz Ferdinanda. Angielska formacja  to czterech muzyków, których wspierali saksofonista i trębacz. Zespół zagrał skocznie, na poziomie. Alternatywne granie rozbujało pod sceną dość pokaźną grupkę fanów. Wiadomo już było, że Selector zaczął się na dobre.

Tymczasem na MAGENTA STAGE prezentowała się Uffie. Wraz z 2 muzykami od A do Z zaprezentowała planowany materiał, który co prawda zgromadził pod sceną tłum jednak nie spełnił oczekiwań wielu słuchaczy. Uffie, obywatelka świata (urodzona w USA, wychowana w Hong Kongu, mieszkająca w Paryżu) miała być zaskoczeniem i zarazem muzycznym pewniakiem festiwalu, bo przecież wydaje w Ed Banger, wytwórni, której artyści w zeszłym roku pozytywnie „dali popalić” zgromadzonej na krakowskich Błoniach publiczności. Prawdę mówiąc, rapersko, wokalny styl wokalistki lepiej sprawdza się na odsłuchu w domu. Cóż, nie ma festiwalu, na którym dogodzi się każdemu.

 

 

Podczas gdy zgromadzeni pod sceną MAGENTA zrównywali festiwalową rzeczywistość z oczekiwaniami na występie Uffie, inni, zmęczeni podrygami wokalistki udali się tłumnie na scenę Burna. I SAY MIKEY i wszystko jasne. Zapewne wielu uczestnikom Selectora przyszło pierwszy raz zmierzyć się z człowiekiem, który ma już pokaźne doświadczenie sceniczne – na koncie ma występy w takich miejscach jak Saturator, Pankiewicza Trzy, Obiekt Znaleziony, Klub55 czy Powiększenie. I SAY MIKEY to rzeczywiście połowa duetu producenckiego AM RADIO, który co czwartek można usłyszeć w audycji Radia Roxy. Wielka szkoda, że punktem programu na scenie Burna okazała się 1/2 formacji jednak ku mojemu zaskoczeniu I SAY MIKEY zebrał na parkiecie spory tłum. Nie ludzi stojących w miejscu, ciekawych poczynań warszawiaka, lecz tych, którzy zgromadzeni pod namiotem wdali się w ostrą rave’ową zabawę. To wszystko zasługa prezentowanych najróżniejszych styli muzycznych od indiepopu, disco, od lat 70 i 80 po nowości z klubowego światka.

Zaraz po niezwykle energetycznym występie I SAY MIKEY na scenie pojawili się Tomek Ziętek oraz Marsija z mało słyszanego ostatnimi czasy LOCO STAR, którzy tym razem wystąpili pod nazwą LOCO STAR ORCHESTRA wraz z muzykami zespołu Dick 4 Dick.  Po D4D spodziewać się można było wiele jeżeli nie znało się zespołu wcześniej. Wytrawni obserwatorzy rodzimej sceny muzycznej na temat tego zespołu mogą mieć zdania podzielone. O ile kilka lat temu ekscentrycy w komediowych strojach mogli bawić, o tyle obecnie zakoczyć i rozbawić nie może już w ich wykonaniu nic. Chociaż muzycznie zespół dawał radę czyt. nie katował słuchaczy ostrym rockowym graniem jak to zwykło bywać na ich koncertach, to wydaje mi się, że zasługą tego była sama Marsija i Tomek Ziętek. Pojawił się nawet utwór z drugiej płyty LOCO STAR „In music we trust”, który dobrze było usłyszeć po tak długiej przerwie.

 

 

Tymczasem na dwóch pozostałych scenach trwały ostatnie lecz najbardziej wyczekiwane występy. Na MAGENTA STAGE – Bloody Beetroots DC 77 oraz Audio Bullys. Już po rozpoczęciu pierwszej grupy, klimat i to co działo się na scenie, można było wyczuć rzucając na nią oko z odległości kilkuset metrów od namiotu. Zapowiadał się jeden z najgorętszych o ile nie najgorętszy występ wieczoru
Szał rąk, roztańczony tłum, wszechobecne migoczące światła. Nie był to przeciętny występ. Panowie z BB DC 77 nie przystawali ani na chwilę, wizualizacje i maski, które widniały na twarzach muzyków, wprowadzały w istnie szaleńczy trans. Włoskie wpływy dały się we znaki nawet największym sztywniakom zgromadzonym pod namiotem a punkowo – elektroniczny pazur klimatu stworzonego przez grupę można było wyczuć wręcz w powietrzu.

I choć nie do każdego trafiła ich muzyka, jednemu zaprzeczyć nie można – klimat jaki stworzyli pozazdrościć może wielu.

Drugim zespołem, kończącym podrygi na MAGENTA STAGE byli Audio Bullys. Poprzednicy postawili poprzeczkę wysoko. Za wysoko. I choć namiot kipiał od zabawy to głosy zawodu po występie były słyszalne.

 

 

W międzyczasie na dużej scenie pojawili się Thievery Corporation, a zaraz po nich Calvin Harris. O ile występ tych pierwszych należał do udanych, bogatych zarówno w muzykę jak i skład koncertowy, o tyle występ wyczekiwanego (z ciekawości) przeze mnie Calvina Harrisa okazał się kompletną klapą.

Standardowe piosenki (niektóre co prawda w innych niż na płytach aranżacjach) i przeciętny występ potwierdziły wnioski wysunięte po przesłuchaniu drugiej płyty artysty, która bez wątpienia jest drzazgą w palcu zaserwowaną fanom tudzież słuchaczom Calvina wiernych mu przez perypetie kariery od czasów „I created disco”. Podczas pełnego tanecznych rytmów i chwytliwych melodii koncertu, nie zabrakło takich przebojów jak „I created disco”, „Flashback, „ Im not alone” , „Ready for the weekend” czy „Girls”, w którym  Calvin zapewniał, że lubi nie tylko hiszpańskie, nie tylko skandynawskie ale również polskie dziewczyny. Trochę za mało jak na tak obiecującego jeszcze kilka lat temu artystę.

Te koncerty zakończyły występy na dwóch scenach: MAGENTA i CYAN.  Line up sceny Burna zakończył Kosakot z warszawskiego duetu Sorry, Ghettoblaster.

DZIEŃ 2

 

 

Drugi dzień festiwalu zapowiadał się jeszcze lepiej. O 17.30 publiczność zagrzewał ostatnio dosyć dobrze promowany duet AXMUSIQUE. Ich netlabel to Brennnessel, ten sam, w którym wydaje zespół Kamp!, który na polskiej scenie ma już ugruntowaną pozycję. Axmusique hipnotyzowali dźwiękiem. Wokal i wizualizacje tworzyły całość. Z obserwacji wywnioskować można, iż sami artyści świetnie bawią się podczas występu, zarażając wszystkich wokół. Niesamowitą energię, którą wydobywali z ludzi zgromadzonych pod sceną czuć jeszcze dzisiaj. Duet grał nowocześnie, elektronicznie i tanecznie. Nie można było się zawieść.

Po udaniu się na scenę CYAN gdzie w tym czasie grali HUSH HUSH PONY, doszłam do wniosku, że opuszczenie MAGENTY było błędem. Jak zaznaczają organizatorzy HHP to skład djski łączący bmore club, 2step z afrykańskim kuduro, dubstep, fidget house i heavy bass. Od nazw gatunków, które grają może zakręcić się w głowie. Szkoda, że tylko od tego. Sam set nie przyprawił o wyskoczenie z butów, wręcz przeciwnie, wdeptał w ziemię wywołując jedynie lekkie przytupy zgromadzonej nielicznie publiczności. Z każdą upływającą minutą duet pozbywał się słuchaczy. Pojawił się remix utworu Kida Cudiego oraz Keshy. Kawałek tej drugiej znakomicie wpisał się w charakter występu – tick tock on the clock. Set skończyli ok. 19.30.

Podczas instalacji instrumentów zespołu Deplhic mającego wystąpić na CYAN STAGE o godzinie 20.00, na scenie MAGENTA trwał występ formacji STENDEK. I to własnie jeden z tych punktów, który od reszty line upu prezentowanego na Selector Festiwal, wyróżniał się nie tylko formą ale i treścią. Projekt audiowizualny Macieja Wojcieszkiewicza z Gdańska nie był tym do tańca. Występ był wypadkową styli, w których porusza się artysta – ambientu, minimalu i IDM. Punktem towarzyszącym były wizualizacje.

Po tym tajemniczym i mocno uspokajającym akcencie miał rozpocząć się występ grupy Delphic na głownej scenie. Zarówno pozycja w sobotnim time table jak i instalowane na scenie instrumenty, dla tych, którzy muzyków nie znali, mogły zwiastować dobre widowisko. Świadczyć o tym mogła też publika licznie zgromadzona pod sceną. Koncert zespołu opóźnił się o 15 minut i o te 15 minut niestety się nie przedłużył. Zespół zagrał energetycznie, z angielskim mocno tanecznym pazurem.

Jak na doświadczenia wydawnicze z francuską wytwórnią Kitsune, Delphic muzycznie wstydu nie przysporzył. Po tym występie, który dla wielu (w tym dla mnie) był pozytywną niespodzianką, na scenie zagrał zespół Metronomy. Pierwiastka brytyjskiego na Selectorze był dostatek.

Zgrabnym „elementem” podczas ich występu okazała się perkusistka zespołu. Chcąc nie chcąc kobieta na takim „stanowisku” przykuwa uwagę. Co więcej, dawała sobie radę, nie gorzej niż mężczyźni. Początek spektaklu Metronomy nastrajał bardzo pozytywnie. Muzycy z ciemności wyłaniali się powoli przy dźwiękach utworu „Nights out”. Ten właśnie początek mógł kojarzyć się z klimatem występów szwedzkiej grupy The Knife. „Przyodziani” w białe kloszowe lampy artyści uatrakcyjniali występ światłem.

 

 

Zaprezentowali utwory z ostatniej płyty „Nights out”. Pośród przyjemnego gitarowo – elektronicznego grania przebijały się również mocniejsze momenty wprawiające w stan szaleństwa. Występ zakończył się kilka minut przed 23. Dzięki temu możliwe było krótkie ochłonięcie przed zbliżającym się setem jednej z gwiazd wieczoru – niemieckiej formacji BOOKA SHADE, która wystąpić miała na MAGENTA STAGE.

Powróćmy jednak na chwilę do sceny Burna. Od początku sobotniego line upu na tej scenie pojawili się Spox, Buszkens oraz Niwea. I to własnie ostatnia grupa zasługuje na szerszy opis gdyż po pierwsze jest grupą, która ostatnimi czasy doświadcza wysokich lotów na polskiej scenie. Po drugie muzykę projektu, można wrzucić do wora z muzyką projektu STENDEK.

Oba projekty wyróżniały się podczas Selectora stonowanych charakterem. Wojtek Bąkowski – autor tekstów oraz Dawid Szczęsny tworzą formację nie serwującą wcale tanecznej muzyki elektronicznej, którą uczestnicy Selectora dawkowali w ciągu dwóch dni w znacznych ilościach. Kto już raz widział i słyszał poczynania Niwei, następnym razem może spodziewać się tego samego. Pod sceną w namiocie Burna zebrał się dosyć duży tłum. Delikatne spóźnienie nie odstraszyło ludzi, którzy zapewne w większości byli po prostu ciekawi poczynań  Niwei.

Scena Magenta po godzinie 21.00 należała już do duetu Pol_on. Warszawski skład dj’ski, na którego czekałam z niecierpliwością, jak zwykle nie zawiódł. Techniczne, momentami deep housowe utwory, którym nie brakowało również wokali, same rwały nogi do tańca. Panowie nie obniżali lotów podczas występu, grali równo, na dobrym warszawskim poziomie.

 

 

Przejdźmy teraz do wisienek na torcie krakowskiego festiwalu. Booka Shade i Faithless. Pierwszy – tak wyczekiwany, tak żywiołowy. Formacja od samego początku rozpaliła licznie zgromadzoną publiczność do czerwoności. Efekty świetlne oraz muzyka stanowiły jedność. Na ekranach po obu stronach sceny jak również tym na scenie pojawiały się abstrakcyjne wizualizacje.

Duet promował nową wydawą w maju płytę „More”. Nie zabrakło takich kawałków jak „ The door”, „Regenerate”, „Teenage spaceman” czy „Bad love”, podczas którego ustanie w miejscu graniczyło z cudem. Muzycy czarowali do trochę po 12 w nocy. Szkoda tylko, że kolejny występ nakładał się na set Booka Shade. Przez to podczas godziny zero (dosłownie i w przenośni) kiedy to na scenę wyszli Faithless, pod sceną MAGENTY wyludniało. Zostali najwięksi fani lub po prostu ci, na których Faithless w sobotnim timetable nie robił większego wrażenia.

 

 

A sami Faithless? Niewątpliwie gwiazda festiwalu Selector. Ich koncert zgromadził w największym namiocie ogromną widownie. Przed ich występem oczekiwań większych nie miałam. Podobnie jak wielu udałam się pod największy namiot z ciekawości. I ciekawość ta została zaspokojona. W 200%.

Nie było pod sceną nikogo kto nie znałby kawałków „God is a dj”, „Insomnia”, „Mass destruction” czy „We come one”, na którym to gra świateł, głos Maxi Jazza, akompaniament muzyczny oraz wymowny i widowiskowy kontakt z tłumem, oczarował kilka tysięcy ludzi. Powyższe to tylko kilka ze sztandarowych kawałków zespołu Faithless, które na terenie krakowskiego Muzeum Lotnictwa Polskiego porwały, powtórzę dosłownie – porwały tłum.

Widowisko jakie przyszło nam oglądać stanowiło o wyjątkowości sobotniej nocy. Maxi Jazz to człowiek petarda. Poruszał tłumem jak chciał, kontakt z wielotysięczną publicznością to dla niego nic trudnego. Nic dziwnego, że rzesze ludzi, chciało upamiętnić moment koncertu, przez co podczas występu, las rąk wzbogacony został o telefony komórkowe wyposażone w nagrywarki video.

 

 

Wspaniałe wizualizacje, mieniące się ze plecami muzyków były czymś niesamowitym. Spośród tak licznego tłumu na pewno znajdą się osoby, które Faithless na co dzień nie słuchają(w tym ja). Ale to czego doświadczyć można było w sobotni wieczór zakrawać może na nawrócenie. Bo choć to weterani sceny elektronicznej i odsłuch ich repertuaru w ciepłym domowym fotelu może być czymś przyziemnym, to występ na żywo już do przeziemnych rzeczy na pewno nie należy.

Po tym występie już nic nie było jak dawniej. Bogatsi o doświadczenia sobotniej pełnej wrażeń nocy, niektórzy udali się na ostatni występ BOYS NOIZE na mniejszej scenie. Tym akcentem zakończony został 2 dniowy festiwal Selector, na który wielu przed jego rozpoczęciem czekało z niecierpliwością.

Organizatorzy Alter Alt będą mieli nie lada zadanie, układając line up kolejnej edycji. Nie spodziewajmy się jednak ogromnej ilości artystów, Selector to ten festiwal, który bardziej niż na ilość, idzie na jakość. I tego się trzymajmy. Do zobaczenia podczas kolejnej edycji!

 

Text: Natalia Wójcik

Foto: Łukasz Gierałtowski