Byliśmy na festiwalu, na którym nie zachodzi słońce – relacja z Secret Solstice 2016

Relacja

"Kto by pomyślał, że kraj, w którym ludzie nadal wierzą w elfy i krasnale, gdzie jest więcej owiec niż ludzi, a zimą można dostać depresji od braku słońca, stworzy festiwal, który będzie porywał tłumy". Zapraszamy na relację z naszej wyprawy do tajemniczej Islandii!

„Od dawna chciałem przyjechać do Islandii, ale zawsze w jakiś sposób życie krzyżowało mi plany. Teraz tu jestem, mimo dwugodzinnego opóźnienia w podróży jestem z Wami! Piękny kraj i piękni ludzie!” – krzyczał nie kryjąc wzruszenia Ninja z Die Antwoord w ostatnich godzinach festiwalu Secret Solstice 2016. Oglądając mecze Mistrzostw Europy na polu namiotowym w Reykjawiku nigdy bym nie pomyślał, że reprezentacja Islandii wykręci tam taki wynik. Jedno jest pewne – zarówno w organizację, taniec na festiwalu czy bieganie po zielonej murawie, Islandczycy wkładają całe serce i są przy tym mega naturalni.

Kraina ognia i lodu

To co najbardziej charakteryzuje ten kraj to kontrasty. Ogień i lód – z jednej strony stoisz pod wulkanem, dotykasz zaschniętej magmy, podziwiasz wybuchający gejzer, kąpiesz się w gorących źródłach, a z drugiej widzisz krajobraz z lodowcem w tle. Na szczytach klifów latają maskonury, a owce z młodymi wygrzewają się na drodze. Nie, to nie jest wstęp do kolejnego odcinka National Geographic – chcę, żebyście wiedzieli, że aby dobrze przeżyć ten festiwal, trzeba uwolnić myśli od zmartwień, a najlepszym sposobem jest poznanie fauny i flory tego pięknego kraju. Dotyk Islandii to dotyk jednego z najbardziej niedostępnych miejsc w Europie, gdzie większość tras jest przejezdnych tylko dla fury 4×4, słońce w czerwcu grzeje przez 24 godziny na dobę, ludność żyje na niesamowitym luzie, wstając do pracy często dopiero po 11, a znalezienie wysokoprocentowego alkoholu graniczy z cudem. Po pełnej wrażeń kilkudniowej podróży w głąb Islandii, ze łzami w oczach musieliśmy wracać do stolicy na drugie danie – festiwal Secret Solstice 2016.

7 mitycznych scen

Nie wiem czy wiecie, ale Islandczycy są bardzo przywiązani do swojej kultury, języka i historii. Jako jedyny naród w Europie potrafią odczytać oryginalne 1000-letnie sagi Wikingów, ponieważ ich język przez tyle lat zachował swoją naturalną formę. Z niezwykłym entuzjazmem podszedłem więc do pomysłu organizatorów, którzy postawili aż 7 scen i mianowali je oryginalnymi nazwami z mitologii nordyckiej! Main stage, na której występowali najwięksi headlinerzy festiwalu to Valhalla, czyli miejsce przebywania poległych w chwale wojowników, kraina wiecznego szczęścia. Kolejną większą sceną, przy której tańczyliśmy chyba najwięcej, był Hel (Hella) – w mitologii nordyckiej władczyni krainy zmarłych. Trzecią z wielkich estrad była Jötunnheim – kraina olbrzymów, gdzie odbyły się tylko dwa specjalne występy. Ostatnią była Gimli – wzgórze Asgardu, które będzie istnieć po końcu świata i nieba.
Oprócz tego mieliśmy do dyspozycji 3 mniejsze, skromnie wystylizowane w drewnie – Fenrir (ogromny wilk, jedno z trójki dzieci Lokiego), Ragnarök (wielka walka pomiędzy bogami a olbrzymami) oraz Askur (pierwszy mężczyzna stworzony przez Odyna, Wili i We). Oprócz scen, organizatorzy przygotowali oczywiście sporą ilość food tracków. Był Odin Bar, sauna dla wikingów, Chill Tent z wódką Reyką oraz kultowa już Drop Tower – wieża, na której dobre kilka metrów nad ziemią umieszczono jacuzzi z gorącą wodą. Nie było większego problemu z przemieszczaniem się miedzy scenami, ale w godzinach szczytu, kiedy minuty dzieliły od wystepów największych gwiazd, naturalnie tworzyły sie kolejki większe niż w Berghain.

Wikingowie z dystansem

Przyjeżdżając na ten festiwal byłem niezwykle ciekaw zachowań ludzi i przenikania się kultur. Czy chłodna i niedostępna Islandia jest odpowiednim miejscem na festiwal? Czy ci poważni wikingowie mają w sobie choć trochę spontaniczności i potrafią się bawić tak, jakby jutra nie było? Było dużo pytań, ale pierwsze godziny festiwalu dały mi odpowiedź na wszystko. To nie tylko najbardziej kolorowy festiwal na jakim byłem, ale też kraina szczęśliwości, niezwykle otwartych, szczerych, uczciwych i wolnych od zmartwień ludzi. Nacje, jakie odwiedziły ten festiwal w tym roku, to chyba rekord Guinessa. Były reprezentacje Stanów, Brazyli, Korei, Rosji, RPA czy Australii. Tu nie mogło być ludzi z przypadku, wszyscy wiedzieli czego oczekują i kogo chcą usłyszeć.
Jako dowód tytułowego dystansu przedstawię jedną sytuację, która zdażyła się na scenie Hel. Zapamiętam ją chyba do końca życia. Północ. Gra Skream. Cały parkiet w tańcu, gdy nagle przez tłum ludzi przebija sie kamerzysta filmujący ludzi na żywo. Wszystko pokazywane na ekranie za grającym artystą. Nagle jeden z tańczących zabiera kamerę pracownikowi i zaczyna kręcić jego zachowanie. W sekundę przy nim pojawia sie kilka uśmiechniętych niewiast. Co robi kamerzysta? W takiej sytuacji w Polsce widzę tylko ochronę, którą wzywa pracownik, a ona wyrzuca „Spielberga” z parkietu. Ale nie w Islandii. Kamerzysta zaczyna tańczyć z uśmiechem na twarzy, jakby jutra nie było. Dosłownie erotyczny taniec pracownika z kilkoma nimfami, który kilka minut później nie ma już na sobie stroju służbowego. A to wszystko na dużym ekranie! Wyobraźcie to sobie! Piękne!

What the Hel?

Tak, jak krajem wielkich kontrastów jest Islandia, tak i spore kontrasty widzieliśmy w line-upie festiwalu. Z jednej strony potężni headlinerzy, z drugiej artyści rodzimej sceny, którzy stawiają pierwsze kroki, by podbić Europę. W sumie ponad setka występów w 4 dni – to robi wrażenie. Jeszcze przed samym festiwalem dostaliśmy informację, że organizatorzy dodają kolejny dzień do programu, więc zamiast trzech dostaliśmy aż cztery dni na zabawę. Jeżeli pierwszy dzień odbywał się w „typowo polskich” godzinach festiwalowych, tak kolejne na wzór zachodu rozpoczynały się już w południe. Nie sposób opisać tutaj wszystkich koncertów, które miały miejsce, dlatego zaprezentuję momenty, które najbardziej utkwiły mi w pamięci.
Nie zaczęło się za dobrze. Oprócz informacji, którą otrzymaliśmy już przed wylotem z Polski, że Africa Bambaataa odwołał całą trasę po Europie, dostaliśmy kolejne złe wieści. Pierwszego dnia organizatorzy poinformowali, że skład St Germain miał problemy podczas lotu i również odwołał kilka wystepów. Pieprzona logistyka! Dwa nazwiska, które obrałem sobie za cel! Mieliśmy tylko nadzieję, że będzie godne zastępstwo. Wszystkiego się spodziewałem, ale nie tego, że organizatorzy zrobią ekstremalny booking legendy Islandii – Gus Gus! Daníel Ágúst i Högni Egilsson na dwa głosy, do tego Birgir Þórarinsson na syntezatorach z uśmiechem przedstawiali kolejne, nieco zmienione wersje swoich utworów. Piękna, żywa elektronika na Valhalli to coś czego potrzebowałem do godnego rozpoczęcia festiwalu! Wcześniej Högni dawał pokaz w swoim nowym, jeszcze świeżym folkowym projekcie Hjaltalín.
Tymczasem w Askurze swoje umiejętności prezentował londyński duet Paranoid London. Acidowe wariacje z debiutanckiego albumu dodały energii na kolejne godziny. Gdy wybiła północ ruszyliśmy szukać pierwszej sceny pod dachem – Hel. Naszym oczom ukazał się ogromny parkiet, nagłośnienie Funktion One oraz fenomenalne światła i wizualizacje! Pierwszym, który przywitał nas wibrującym house’em był Stacey Pullen – legenda Detroit, którego pierwsze produkcje ukazywały się już 20 lat temu. Właśnie wtedy poczułem, że Islandia kocha house! Festiwal obsadzony legendami tego gatunku, a ich ilość mogłaby zasilić kilka festiwali! Wieczór mocniejszym akcentem zakończyli Art Department.

Bogowie czy headlinerzy?

Pierwszy dzień minął bardzo szybko i zanim się obejrzeliśmy, sluchaliśmy już Úlfur Úlfur – psychodelicznego hip hopu rodem z Islandii. Po drodze byli również Kelela i Goldie, który grał na scenie Gimli. Najważniejsze miało jednak nadejść. Przyznaję, że takiej kolejki w życiu nie widziałem. Dobre 300 metrów długości i to ponad godzinę przed występem. Prawdopodobnie pierwsze skojarzenie ze słowem headliner to Radiohead. Tak właśnie było. Stałem na miękkich nogach podczas „Creep”, „Lotus Flower”, „Burn The Witch”, „Fake Plastic Trees”, „15 Steps” czy „Idioteque”. Bogaty w różnorodne instrumenty zespół z dwoma  perkusistami i chyba trzema gitarzystami pokazał co to koncert z prawdziwego zdarzenia. Scena Jötunnheim pękała w szwach, a ludzi ogarniało coraz większe wzruszenie. Przyznaję, byłem sceptyczny, że to już nie to samo co kiedyś, ale Thom Yorke nadal jest bogiem, a najnowsza płyta „A Moon Shaped Pool” to mistrzostwo świata. Grali całe dwie godziny, które minęły jak 20 minut.
Wybiła północ, więc kierunek jeden. Na scenie Hel drugiego dnia dostaliśmy jeszcze więcej legend na tacy. Ręka do góry kto nie zna Cheza Damiera, Roberta Owensa, Lila Louisa czy Derricka Cartera? To były wspólne 4 godziny ekstremalnego house’u – czułem się jak w teatrze! Groove od Damiera, śpiew i pozytywna energia od Owensa, historia house’u od Louisa i mistrzowskie zakończenie od Cartera! Wzruszającym momentem było intro Lila Louisa. Przedstawił on w nim historię house’u, pokazał że większość dzisjeszych nowych gatunków właśnie od house’u pochodzi i pokazał różnicę między house’em a techno – prawdziwy nauczyciel! Wytańczyliśmy się za wszystkie czasy i mimo ciągłego dnia, należało w końcu naładować baterie przed kolejnymi występami.
Agent Fresco i Deftones – zmieniliśmy kierunek, aby sprawdzić jak dobrze nastroili gitary. Pomimo deszczu, energia płynąca zarówno z supportu jak i głownego headlinera dnia sprawiła, że nikt nie chował się pod dachem. Wręcz przeciwnie – niektórzy twierdzili, że Deftones zagrali najlepszy koncert festiwalu! Ich najnowsze wydanie „Gore” z tego roku pokazuje, że ich nu metal ma się świetnie nawet po tylu latach grania. Wcześnie słuchaliśmy też chillwave’ów od faceta w świecącej masce wilka – Slow Magic – oraz rap duo ze Stanów – niezniszczalnych M.O.P.. To już stało sie tradycją, że jak w teleporcie wybija północ i jesteśmy w Helu. Ten dzień kończyli Skream, Jamie Jones oraz Richy Ahmed. Delikatny poślizg godzinowy nie był problemem, bo i Skream i Jamie zagrali dłużej niż powinni. Wszyscy pamiętają Boiler Room Skreama z Londynu, gdzie po prostu zaczarował publiczność swoją selekcją. W Islandii grał bardziej techniczne, warmupowo, aby zrobić miejsce utytułowanemu koledze. Tańczyli wszyscy – kamerzyści, ludzie na widowni usytułowanej nad parkietem i nawet policja (tak, policja nie ochrona) pokazała, że potrafi się bawić.

Funk, królowa i tony basu

Zapewne wielu kojarzy kawałek Youandewana – „93” – właśnie przy takich chilloutowych rytmach zaczęliśmy ostatni już dzień festiwalu. Artysta, mimo skromnej publiki na Askurze, sam bawił się świetnie. Kolejnym pozytywnym akcentem tego dnia był spontaniczny funk session przy jednym z food tracków. Instrumenty do dyspozycji dla ludzi, tak że każdy mógł pokazać co mu w duszy gra! Przerodziło się to w zabawę, której przyglądała się już spora grupa festiwalowiczów. W drodze na Valhallę i Roisin Murphy zahaczyliśmy jeszcze o występ zjawiskowej Alexandry Richards oraz sprawdziliśmy jak prezentuje się Exos – jedyny stricte techno dj na festiwalu.
Chciałoby się rzec – 50 twarzy Roisin, bo to co zrobiła artystka przebierając się niezliczoną ilość razy, często na samej scenie nie robiąc przy tym żadnego fałszu, to dopiero performens. Negatywne komentarze po jej występie na naszym Audioriver być może wynikały z olbrzymiej publiki na występie. Tutaj było bardziej kameralnie. Królowa piosenki miała doskonały kontakt z publicznością, często się uśmiechając czy skacząc po scenie. Robiła kabaret, by potem zaskoczyć kilkuminutowym śpiewem acapella. To jedna z tych wokalistek, która może mi śpiewać do snu – jej wokal brzmi jeszcze lepiej na żywo. Ma 42 lata, a w duszy ciągle jest małą dziewczynką. Jak dla mnie występ chwytający za serce!
Zaraz potem organizatorzy ogłosili, że Die Antwoord mają problemy z dotarciem na miejsce, dlatego niektóre występy zostały przełożone. To był pierwszy występ na wyspie tego niezwykle oryginalnego składu, dlatego kolejka na przedstawienie była chyba jeszcze dłuższa niż na Radiohead. Widać było, że mają tutaj wielu miłośników i wszyscy przeczuwaliśmy porywający występ. Po kilkudziesięciu minutach byliśmy już w środku, a artyści z wyrachowaniem kazali na siebie jeszcze czekać. Ostatecznie koncert Die Antwoord odbył się w Helu. To był strzał w 10-tkę! Momentalnie cały parkiet był pełny, do tego widownia nad sceną oraz schody! To co zdarzyło się później to rave pierwszej klasy. Wzruszony Ninja, półnaga Yo Landi oraz tony basu z nagłośnienia Funktion One doprowadziły do pierwszego w historii festiwalu pogo pod sceną! Niektórym brakowało powietrza, inni nic sobie nie robili ze ścisku. Wszystko w ich występie było dokładnie zaplanowane – choreografia, skoki w publiczność, stroje oraz selekcja utworów. Artyści porwali do tańca wszystkich zgromadzonych, niejednokrotnie podkreślając jak bardzo chcieli tu w końcu przyjechać. Zdecydowanie najbardziej elektryzujący występ festiwalu!
Ostatnie godziny to set Kerri Chandlera. Facet jest po prostu stworzony do grania ostatnich setów na festiwalach! Zaprezentował najbardziej wyrafinowaną mieszankę funku, house’u i acidu, jakiej już dawno nie słyszałem. Chapeau bas Kerri!

Wyspa tajemnic

W samolocie do Polski obok mnie siedział miły, starszy pan. Kilkukrotnie zerkał w moją stronę, aż w końcu zapytał co robiłem w Islandii. Po dłuższej konwersacji okazało się, że zna człowieka, który wypromował Bjork w kraju. Pytałem go o artystów, czy kojarzy – znał wszystkich. Sądzę, że był pisarzem i opisywał wyspę tajemnic. Wyspę gdzie czas się zatrzymał, nie tylko podczas mojej podróży, ale także podczas kilku koncertów na festiwalu. Radiohead, Gus Gus, Roisin Murphy, Deftones, Die Antwoord – tak wiem, sami „wielcy”, ale każdy z nich pokazał klasę jakiej już dawno nie widziałem na jakimkolwiek festiwalu. Zwykle to ci „mniejsi” ratują event, ale tutaj było inaczej. Nie wiem czy to klimat tej wyspy czy publiczność – po raz pierwszy czułem, że oni właśnie takimi występami zapracowali na swoje obecne pozycje. Dołóżmy do tego wielką reprezentację Chicago i Detroit oraz artystów rodzimej sceny i mamy top 10 festiwali w Europie! Kto by pomyślał, że kraj, w którym ludzie nadal wierzą w elfy i krasnale, gdzie jest więcej owiec niż ludzi, a zimą można dostać depresji od braku słońca, stworzy festiwal, który będzie porywał tłumy. Już teraz wiem, że Islandia będzie miejscem, do którego wrócę za rok! Trzymajcie mnie za słowo!
Tekst: Piotr Lenda
Zdjęcia: Monika Sadłos
Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →