‚Detroit nie upadło’ – relacja z Movement Festival

2 782
Relacja
‚Detroit nie upadło’ – relacja z Movement Festival

"Organizatorzy tworzą festiwal zapięty na ostatni guzik, gdzie wszystko jest świetnie przygotowane i przeprowadzone. Ale w tym natłoku wielkich nazwisk, nie ma dużo miejsca dla historii i mieszkańców tego miasta". Zapraszamy do przeczytania obszernej relacji z Movement Festival w Detroit.

DZIEŃ 1

Detroit Never Stops, takie hasło ukazało się nam na jednym z bilbordów w centrum tuż po przyjeździe do miasta nazywanego Motown. Detroit to miasto kontrastów, bardzo trudne do jednoznacznego zaszufladkowania. Z jednej strony dawny światowy potentat w produkcji samochodów, z drugiej miasto bankrut z najwyższym odsetkiem przestępczości w USA. I mimo tych niebezpieczeństw czyhających w zakamarkach dzielnicy Eastside, organizatorzy festiwalu Movement już 16 rok z rzędu zapraszają fanów elektroniki do Motown. Producentami edycji 2000-2005 byli Derrick May czy Kevin Saunderson, natomiast od 2006 roku organizacja spoczywa na barkach agencji eventowej Paxahau. Festiwal cieszy się ogromnym zainteresowaniem, powierzchnia ok. 5 hektarów parku o nazwie Hart Plaza pękała w szwach.
Tegoroczna edycja przypadła na wydłużony weekend, od soboty do poniedziałkowego Memorial Day, dnia ku uczczeniu pamięci weteranów wojennych. Festiwal odbywa się w podobnej formule czasowej jak Dekmantel, czyli start w południe, a ostatni występ kończy się maksymalnie o północy. Specjalnie dla długodystansowych festiwalowiczów przygotowano bardzo bogatą ofertę afterów klubowych, ale o tym więcej kilka akapitów niżej.
Festiwal umieszczono w samym sercu miasta, w dzielnicy Downtown, wspomnianym parku Hart Plaza. Urokowi lokalizacji dodaje widok na rzekę Detroit, która oddziela USA od kanadyjskiego miasta Windsor (i tu ciekawostka – z tego właśnie miasta pochodzi sam Richie Hawtin, który mimo bookingu nie pojawił się na festiwalu). Movement to przede wszystkim bardzo dobrze zorganizowana przestrzeń – 5 scen, z czego 4 to sceny pod gołym niebem. Część z nich swoją nazwą nawiązuje do miasta, tu można przytoczyć Made in Detroit – Thump i Opportunity Detroit. Warte podkreślenia jest, że sama organizacja festiwalu stoi na najwyższym poziomie. Osobne wejścia dla osób posiadających „zwykłe”, VIP-owskie czy prasowe bilety znacznie ułatwiło przedostanie się na teren festiwalu. Już od początku było widać, że w festiwalowe zaplecze włożono mnóstwo pracy i zatrudniono wiele osób. Ciekawostką są zastosowane zabezpieczenia przed nielegalnym wejściem. W opasce znajdował się chip – każdy kto wchodził i wychodził poza teren obiektu miał ją skanowaną przez wolontariusza. Dodatkowo wokół festiwalu znajdowało się wysokie podwójne ogrodzenie.
Opisując uczestników, ciężko pominąć, co setki osób nosiło na plecach. Ku zaskoczeniu był to plecach z wodą i charakterystyczną rurką. Jak się później okazało, wiele amerykańskich portali z muzyką elektroniczną poleca ten przedmiot jako element przeciwdziałający odwodnieniu organizmu. Rzecz zupełnie niespotykana w Europie. Mieliśmy wrażenie, jakby co najmniej uczestnicy znajdowali się na pustyni, a specjalnych upałów tego weekendu nie było.
Po szybkim i sprawnym uzyskaniu akredytacji prasowych udaliśmy się na pierwszy dzień festiwalu. Początkowo swoją uwagę postanowiliśmy skupić na scenie z nazwą blisko związaną z miastem – Opportunity Detroit z niespotkanym soundsystemem na festiwalach – marki Pioneer. Scena zlokalizowana w spokojnym, ukrytym w cieniu drzew miejscu, dosyć blisko sąsiadującym z charakterystycznym kompleksem owalnych wieżowców General Motor, pozwoliła na odcięcie się od zgiełku głównej sceny i zatłoczonej części gastronomicznej. Tutaj należy wspomnieć o dwóch świetnych setach – pierwszym w wykonaniu Isreala Vinesa, który świetnie nawiązał do korzeni Detroit zamykając seta utworem UR – Final Frontier, oraz drugim w wykonaniu Patricka Russela – naszego ulubieńca ze stajni The Bunker NY, który rozpoczynał i kończył set produkcjami Aphex Twina.
Kolejnym naszym punktem programu była scena Red Bull Music Academy, zlokalizowana tuż nad rzeczką Detroit. Teren wokół RBMA stanowił idealne miejsce do wypoczynku, a przy selekcji cudownego dziecka Motown – Kyle Halla, mogliśmy obserwować panoramę kanadyjskiego miasta Windsor. Chwilę potem tłum porwał Dam-Funk, niestety występ trwał niecałe 40 min.
Na scenie głównej priorytetem było posłuchanie nowego materiału duetu Juan Atkins i Moritz von Oswald. Nietrafioną decyzją okazało się umiejscowienie tych dwóch znakomitości w nieckowym amfiteatrze, przypominającym ten z festiwalu Melt. Dźwięki dochodzące z pozostałych scen skutecznie zagłuszyły spokojny i niskotonowy występ projektu Borderland. Nadal nie sposób zrozumieć dlaczego nie jest wymieniany czynnie biorący udział inżynier dźwięku, Laurens von Oswald. Słysząc ich kolejny raz na przestrzeni 2 lat, ponownie dostrzegamy pomijanie w składzie bratanka Moritza. Po kilku godzinach powróciliśmy na scenę Opportunity Detroit, gdzie dj seta rozpoczął Claude Young. Zagadką jest dlaczego tak rzadko grywa w Europie, z taką selekcją i techniką grania zapewniałby pełne parkiety.
Na koniec pierwszego dnia organizatorzy przygotowali ogromny show, a jak to przy headlinerach bywa, prawie niemożliwym było przedostanie się na występ niemieckiej legendy Kraftwerk. Jak przystało na największa gwiazdę lineupu, zebrali ogromną publiczność . Pytanie tylko czy bardziej z ciekawości czy rzeczywistego zainteresowania, bo amfiteatr zaczął pustoszeć po niecałych 30 minutach. Kraftwerk jak zawsze był w znakomitej formie – materiał był perfekcyjnie przygotowany, wizualizacje ukierunkowane na Detroit, m.in. zdjęcie z map Google czy UFO lądujące na jednej z ulic. Idealne zakończenie pierwszego dnia festiwalu. W odróżnieniu od występów znanych z grania 8-albumowego katalogu, pojedyncze festiwalowe występy zaczynają się od intra rzeczywistych robotów, nie inaczej było też w Detroit. Pierwszy dzień festiwalu to też początek afterów, a było pośród czego wybierać. Naliczyliśmy ich co najmniej 20!

DZIEŃ 2

Dzień drugi rozpoczęliśmy nieco później i nietypowo, bo od zwiedzania festiwalowej areny. Lepiej dobrze przygotować portfel, bo przy takiej ilości stoisk z gadżetami, pamiątkami, wydawnictwami muzycznymi można łatwo stracić głowę. Po względem doboru artystów było zdecydowanie najbardziej niespójny muzycznie dzień, w którym trudno było nam się odnaleźć.
Z tego dnia warto wspomnieć o świetnie ułożonej trackliście Dj Seoula, znanego z Detroit Techno Militia, zamykającego 90-minutowego seta świetną produkcją Maxx-T – Detroit Techno Music. Na jeszcze większa uwagę zasługiwał Mike Huckaby. Niestety, smutnym faktem jest, że przy tak świetnych występach frekwencja była bardzo niska.

DZIEŃ 3

Poniedziałkowy Memorial Day był ostatnim dniem festiwalu, też zdecydowanie najtłoczniejszym, szczególnie na scenach z artystami mainstreamowymi. Nietypowo brzmiała scena Opportunity Detroit – umiejscowili się na niej tylko artyści grający drum`n`bass/jungle. Pierwszy raz pojawiliśmy się na scenie o nazwie Underground, która mieściła się w przejściu podziemnym parku Hart Plaza. Godzinny live Tin Mana różnił się od jego typowych klubowych występów, próżno było szukać charakterystycznego dla niego intra z łagodną acidową melodią. Ten występ brzmieniowo bardziej przypominał materiał, który Tin Man grywa z duetem Cassegrain.
Sumując zderzenie domysłów i rzeczywistości można powiedzieć, że jadąc do Detroit mieliśmy zupełnie inne oczekiwania, zwłaszcza co do samego festiwalu. Być może zawiedziemy wiele osób, ale na Movement trudno odnaleźć magię Motor City. Programowo jest to impreza, których w Europie można odnaleźć dziesiątki. Organizatorzy tworzą festiwal zapięty na ostatni guzik, gdzie wszystko jest świetnie przygotowane i przeprowadzone. Ale w tym natłoku wielkich nazwisk, sklepów z pamiątkami, różnorodnej i smacznej gastronomii nie ma dużo miejsca dla historii i mieszkańców tego miasta. Skoro jesteśmy w mieście, które ma bardzo bogatą scenę muzyczną, to dlaczego nie stawia się na promowanie lokalnych artystów, czy to tych uznanych czy dopiero początkujących? Na to pytanie odpowiedź może być tylko jedna, festiwal rządzi się okrutnymi prawami rynku – jest tylko po to, aby przynieść zysk. Żeby przynieść, zysk trzeba zaprosić światowe gwiazdy i znaleźć odpowiednio dużą ilość osób chętnych do kupienia biletu (a ten do tanich już nie należy). Na palcach można było policzyć występy lokalnych artystów, którzy w większości prezentowali stricte detroitowe brzmienia. Ich występy gromadziły też małą ilość słuchaczy. W zasadzie można pokusić się o wniosek, że przyjezdni, którzy stanowią zdecydowaną większość festiwalu, nie interesują się zbytnio korzeniami Detroit. A argumentem potwierdzającym, że to właśnie przyjezdni stanowią większość jest fakt, że wśród bawiących się nie ma  prawie żadnej społeczności afroamerykańskiej. W mieście, gdzie to właśnie czarnoskórzy obywatele je definiują, w samym obiekcie festiwalowym stanowią naprawdę mniejszość.

AFTERPARTY

Ale żeby nie kończyć recenzji w smutnym tonie teraz czas na prawdziwy smaczek dla fanów klasycznego brzmienia z Detroit – wydarzenia afterowe. Właściwie to pierwszy before, w którym mieliśmy okazję uczestniczyć, odbył się już w piątek, w Music Gallery Detroit, a zorganizowany był przez samego Theo Parrish’a. Jako, że miasto było nam zupełnie nieznane, skorzystaliśmy z usług taksówkarza, którego wprowadziliśmy w lekkie osłupienie podając mu nasz kierunek docelowy. Widząc miejsce, w którym wysiadamy, z niepokojem wypatrywał okolicy i dopytywał czy oby jesteśmy pewni poprawności adresu. Cóż, później wielokrotnie udzielono nam rad, aby w pewne punkty Detroit nie zagłębiać się samemu, zwłaszcza nocą. Ale tam, gdzie prawdziwe Detroit nie znajdziesz tłumów. Będą to w większości mieszkańcy, ale z muzyczną pasją i wiedzą. W podniszczonym obiekcie zlokalizowanym bardzo blisko torów kolejowych, na których co jakiś czas przejeżdżał pociąg towarowy, wieczór rozpoczął Harren Warris, znany też jako Hanna. Zagrał, m.in. Nirvana – Smells Like Teen Spirit w świetnym remiksie, który ostatnio słyszeliśmy na Unsound 2012 w secie Theo Parrisha. Chwilę przed północą, Gospodarz b2b Specter, rozpoczęli swój dj set ze sprzętem usytułowanym w dość dziwnym miejscu – w małym pomieszczeniu magazynowym, bardziej przypominającym składzik na rupiecie, niż DJ-kę.
Parkiet znajdował się w sąsiednim pomieszczeniu. Zdaje się, że takim rozwiązaniem chcieli pokazać, że nieważne czy ktoś znany serwuje muzykę, byle była zachowana jakość selekcji i techniki grania. Ponad 7-godzinny set składał się w dużej części z brzmień z przełomu lat 70 i 80, głównie funk i disco, m.in. Cameo – The Sound Table, Hudson People – Trip To Your Mind czy Christy Essien – You Can’t Change A Man. Zdecydowanie największe emocje wzbudził utwór William Onyeabor – When the Going is Smooth & Good. Po godzinie 2 pojawił się nieoczekiwany, ale najzabawniejszy punkt programu, a mianowicie funkcjonariusz policji wyłączający sprzęt z marsową miną. Po chwilowej konsternacji okazało się, że dodatkowe nagłośnienie na zewnątrz budynku gra za głośno i komuś w pobliskich pustostanach wadzi w ucho. Skończyło się na tym, że tancerze z zewnątrz musieli przemieścić się do galerii.
Sobotni after należał do celebracji 25-lecia Tresora i cieszył się największym zainteresowaniem wśród weekendowych propozycji. Zorganizowano go w Tangent Gallery na Eastside, choć mejsce z samą galerią niewiele miało wspólnego, bardziej przypominało typowy magazyn dla tej części miasta. Jadąc taksówką, ponownie usłyszeliśmy informację, że otoczenie nocą jest niebezpieczne, co potwierdzało wygląd pobliskiej stacji benzynowej z obsługą przebywającą za kuloodpornymi szybami. I tu, tak jak na festiwalu dało się zauważyć, artyści z Detroit nie cieszyli się wielkim zainteresowaniem. W sumie było to dość korzystne, gdyż na scenie było dużo komfortowego miejsca. Niestety, starzejący się już Anthony „Shake” Shakir, nie miał swojego najlepszego dnia i po około 30 minutach zmienił go Claude Young, który ponownie porwał publiczność. Grający po nim Moritz von Oswald, jak zwykle ułożył świetną tracklistę, zwieńczoną utworem Choice – Acid Aiffel.
Największym zaskoczeniem programu był live Terrenca Dixona, który zagrał w kooperacji z kolektywem Tech Beat, korzystających miedzy innymi z mini perkusji. Całość można określić jako psychodeliczny detroit minimal, przypominający brzmieniowo jeden z utworów Terrenca z albumu Train Of Thought, pt. A Game Called War. Scenę zamykał Dj Stingray, w którego selekcji oczywiście nie mogło zabraknąć utworów Drexciya czy Der Zyklus.
Niedzielny after to kolejne miejsce na Eastside, tym razem w klubie Grenadier. I znów od taksówkarza „My name is Jerry” usłyszeliśmy komunikat, że w tej okolicy lepiej nie stawiać nogi. Jak już na klub przystało, miejsce było odpowiednio przystosowane do serwowania muzyki, tej nocy wyjątkowo do dyspozycji był soundsystem marki Meyer. Tego weekendu to był już trzeci występ Moritz Von Oswalda. Pomimo udaru, którego doznał w 2008 roku, jego chęć do grania muzyki budzi szacunek i podziw. W secie Johna Collinsa nie mogło zabraknąć utworów z repertuaru Underground Resistatnce, m.in. Timeline, Hi Tech Jazz czy Jupiter Jazz.
Jednak najbardziej parkiet poruszył Delano Smith, grający m.in. K-Hand – Remember When, Chez Damier – Sometimes I Feel Like czy Fred P – Memory P. Na koniec, scena przeniosła się kondygnację wyżej, tu usłyszeliśmy The Guy Called Geralda, który zagrał 2-godzinnego live’a dla niespełna 30 osób.
Na ostatni after tego weekendu wybór padł na klub The Works w zachodniej część Detroit, miejsce zlokalizowane stosunkowo blisko terenu festiwalowego. W okolicy próżno było szukać pustostanów i klimatu ze wschodniej dzielnicy Detroit. Klub mocno przypominał sam festiwal – podwieszane nagłośnienie i widowiskowe wizualizacje na ledach, też i publiczność podobna do tej z parku. Co mogło wydać się dość śmieszne, spora cześć gości zapomniała zdjąć okulary przeciwsłoneczne. A tym czasie w Detroit publiczność jest jak odzwierciedlenie gustów i charakteru imprezy – im bardziej festiwalowa, tym bardziej przewidywalny jest klubowy line-up. Drumcell jako special guest nie zrobił na nas większego wrażenia, tu jedynie na uwagę zasługuje wspomnienie o setach FaltyDL i Jeoy Andersona. Ten pierwszy świetnie zmiksował utwory Phil Collins – Take Me Home and Aphex Twin – 21 Vtnm2.

PODSUMOWANIE

Podsumowując cały weekend nasuwa się nam na myśl rzecz jedna – Detroit nie upadło, bo ciągle je tworzy społeczność tam mieszkająca. Ludzie są pełni życzliwości, sympatii i dobrego uśmiechu. Dla przykładu, poranne spotkania na chodniku czy w miejskim autobusie rozpoczynały się od sympatycznego i kulturalnego, ale nietypowego dla innych miast w USA, przywitania. Ze smutkiem patrzyliśmy na opustoszałe dzielnice, niszczejące domy i zabytkowe obiekty. Ale nawet tu widać jeszcze tlące się życie, mimo faktu, jak bardzo jest obecnie ciężko mieszkać i utrzymać się w Detroit.  Miasto to też liczne murale, w naszym odczuciu forma niemego krzyku i sprzeciwu, że jeszcze nie da o sobie zapomnieć i powróci do dawnej świetności. Śmiało można stwierdzić, że prawdopodobnie jest to jedna z niewielu amerykańskich osad, która posiada tak ogromną tożsamość i własny charakter. Zdaje się, że od jego mieszkańców bije duma i manifest: „Patrz skąd jestem i się tego nie wstydzę”.
Próżno szukać prawdziwej historii i duszy miasta podczas festiwalu. Jeśli chcesz spojrzeć na historię techno musisz szukać jej w samym mieście i jego mieszkańcach. A jest też i ogromna szansa, że trafisz na miejscowego policjanta, który za młodzika chodził na imprezy z Delano Smithem.
Tekst: Kamil Kuczyński & Katarzyna Bujno
Zdjęcia: Kamil Kuczyński & Katarzyna Bujno