Festiwal tylko dla muzycznych 'freaków’? Relacja z Moogfest 2016

Relacja

Moogfest to amerykański festiwal posiadający ogromną renomę wśród producentów, inżynierów i innych osób związanych z branżą muzyczną. Byliśmy tam i sprawdziliśmy, czy "zwykły słuchacz" również może znaleźć na Moogfest coś dla siebie.

Nie bez przyczyny 11. edycja festiwalu została po raz pierwszy zorganizowana w mieście Durham w stanie Północna Karolina. To właśnie z tej niespełna 250 tys. miejscowości pochodzi 2 noblistów z 2015 roku. Dzięki ośrodkowi badawczemu Triangle jest miejscem o dużym zagęszczeniu firm z branży informatyczno-medyczno-chemicznej. Miasto idealnie pasuje do koncepcji imprezy kładącej duży nacisk na warsztaty z programowania i budowy syntezatorów. Moogfest to festiwal posiadający ogromną renomę wśród producentów, inżynierów i innych osób związanych z branżą muzyczną. Nietypowo jak na festiwale muzyczne, główny nacisk położny jest na stricte techniczną stronę muzyki. Świadczy o tym chociażby sprzedaż biletów – jako pierwsze wyprzedały się karnety przeznaczone dla inżynierów dźwięku w cenie $1000 ! Kochamy mózgi – tak głosi hasło promujące miasto Durham.
Z przyczyn od nas niezależnych nie mogliśmy uczestniczyć w pierwszym dniu festiwalu. Luźny styl życia Amerykanów spowodował, że zabrakło dla nas wolnych opasek dedykowanych dla mediów. W sumie to problemy z akredytacjami zaczęły się już kilka dni przed, kiedy okazało się, że zapomniano nam przesłać zaproszenia mailowego, pozwalającego zapisać się na warsztaty za pośrednictwem strony festiwalu. Na miejscu okazało się, że o warsztatach możemy zapomnieć, gdyż wszystkie są w pełni zajęte. Zainteresowanie tą częścią festiwalu było ogromne, wszystkie miejsca warsztatowe zostały zarezerwowane online w ciągu kilku minut. Niestety, ten dzień pozostanie nieodżałowany z powodu nocnego „śpiącego” występu Roberta Richa, który niezwykle rzadko koncertuje. Wracając do hotelu ponownie dało się zauważyć luźny amerykański styl życia, tym razem u taksówkarza, który odwoził nas w rytm utworu Neila Diamonda – Sweet Caroline, mocno się przy nim kołysząc.
Drugi dzień rozpoczęliśmy wczesnym popołudniem i tak oto z wywalczoną akredytacją stawiliśmy się na pierwszych wydarzeniach muzycznych. Warto zaznaczyć, iż festiwal jest podzielony na kilka bloków tematycznych, tj. wydarzenia muzyczne, instalacje, panele dyskusyjne, warsztaty, filmy oraz targi. Co za tym idzie, festiwal to kilkanaście lokalizacji, z czego większość przypada na teatry i ośrodki kulturalne miasta. Na początku ustawiliśmy się w dość pokaźnej kolejce do Durham Arts Council PSI Theatre, aby móc usłyszeć doświadczonych i uznanych muzyków, m.in. Suzanne Ciani i Mortona Subotnicka, celebrujących syntezatory Buchla. Za dobór artystów był odpowiedzialny inżynier dźwięku Richard Smith, z którego usług korzystał m.in. Aphex Twin. Pierwszy występ należał do utalentowanej kanadyjki Sarah Davachi. Po koncercie, ku naszemu zdziwieniu, publiczność zaczęła spontanicznie kierować pytania do Sarah i rozgorzała się dyskusja, dlaczego gra z takiego setupu, a nie innego. W tym momencie dostrzegliśmy, że festiwal składa się z fanatyków hardware’u, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Sytuacja zupełnie niespotykana w Polsce czy ogólnie Europie, to tak jakby po występie Jurka Przeździeckiego zaczął się ktoś publicznie pytać dlaczego gra akurat z tego modulatora Buchla. Gdy pojawił się weteren Morton Subotnick, jeden z konstruktorów Buchla, na sali zapadła cisza. Występ brzmieniowo przypominał ten z Unsound sprzed kilku lat, początek spokojny, z repertuaru Silver Apples Of The Moon, a dalej bardziej złożona kompozycja. Całość przypominała bardzo dobrze ułożoną opowieść.
Po krótkiej przerwie pojawiła się kolejna legenda kreowania dźwięku – Suzanne Ciani, która wielokrotnie w wywiadach wspominała, że syntezator Buchla jest dla niej żywą istotą, dlatego nie bez przyczyny cały setup był odwrócony przodem do słuchaczy. Cały występ to była zabawa przestrzennością. Za pomocą aplikacji na tablecie przekierowywała dźwięk na odpowiedni kanał, tworząc niesamowicie wierne odwzorowanie szumu fal. Na koniec pozostał Alessandro Cortini, znany z występów na klawiszach w Nine Inch Nails. Jego solowe prace charakteryzują się bardzo ciepłymi dronowo-ambientowymi pejzażami. Zagrał głównie utwory z zeszłorocznego albumu Forse 3 w pozycji siedzącej, tuż przed pierwszym rzędem kameralnej 180-osobowej sali teatralnej.
Niespełna pół godziny później mieliśmy okazję ponownie usłyszeć Alessandro Cortini, tym razem z materiałem z albumu Risveglio oraz wizualizacjami. Koncert odbył w sali głównej teatru Caroline ze zdecydowanie mocniejszym nagłośnieniem. Dalej w programie teatru znalazło się miejsce dla Liz Harris, znanej jako Grouper. Jej nostalgiczne brzmienia były ciszą przed burzą.
Tą burzą był Gary Numan (na marginesie – Numan otrzymał 3-dniową rezydenturę, więc możliwość obcowania z jego muzyką znacząco wzrosła) z materiałem z albumu The Pleasure Principle, uznawany za najbardziej elektroniczny w jego karierze. Jak na album powstały w 1979 roku, całość brzmiała bardzo aktualnie. Przy klawiszowych partiach ciężko było usiedzieć w miejscu.
Po bardzo gorąco przyjętym występie Gary’ego Numana szybko przemieściliśmy do obiektu The Armory po drugie stronie ulicy, gdzie parę chwil wcześniej dj set rozpoczął Robert Hood. Właśnie w tym miejscu dotrzegliśmy jak wygląda kwestia sprzedaży alkoholu. W Stanach Zjednoczonych jest zabronione spożywanie alkoholu osobom poniżej 21. roku życia. Na wejściu wszyscy, którzy potwierdzili odpowiedni wiek dowodem tożsamości, dostawali opaskę z zabawnym napisem: „I can drink good beer and I’ve got the ID to prove it”. W ten sposób podchodząc do baru można było sprawnie zakupić alkohol. Żeby tego było mało, na parkiecie porządku pilnowali funkcjonariusze policji. Słysząc po raz kolejny w secie Roberta Hooda utwory Frankie Knuckles – Get Over U, Donna Summer – I Love You, Plastikman – Spastik czy Floorplan – Never Grow Old mamy wrażenie, że legenda Detroit bardziej skupia się na promocji córki, której nie mogło zabraknąć u jego boku.
Wieczór zakończyliśmy w oddalonym od centrum barowym zagłębiu na hip-hopowym koncercie jednego z członków Wu-Tang Clanu – GZA. Po licznie zebranej publiczności można stwierdzić, że amerykańska scena hip-hopowa ma się bardzo dobrze.
Kolejny dzień przyniósł możliwość odwiedzenia nowych miejsc, ale też i trudnych wyborów, na które wydarzenia warto się zdecydować. Tu muszę wspomnieć o Museum Hotel i 4-godzinnym występie Richarda Devine’a, który dość zaskakująco nie cieszył się popularnością. Dla przykładu, 2 miesiące wcześniej w Filharmonii Szczecińskiej zagrał zupełnie inaczej, korzystając z laptopa, natomiast w Durham grał tylko z analogowego sprzętu, kładąc nacisk na jam session. Pozostałe miejsca koncertowe to małe kluby, ośrodki kulturalne, hotele i muzea, ba, nawet kościół wyznania prezbiteriańskiego, gdzie usłyszeliśmy Juliannę Barwick oraz Julie Holter.
Tego samego dnia w klubie The Pinhook dj seta zagrała Veronica Vasicka. Kazała na siebie chwilę czekać, na jej przykładzie zobaczyliśmy jak bardzo absorbujące może być podpinanie laptopa i kontrolera Evolution. Set nie należał do wybitnych, można było usłyszeć, m.in. Kevina Saundersona – Rock The Beat, Room 506 – Drop Out czy Severed Heads – Dead Eyes Opened. Liczymy, że kiedyś posłuchamy ją z dłuższym setem, wymagającym ciekawszej techniki miksowania, gdyż prowadzenie wytwórni Minimal Wave zobowiązuje.
Jednym z najlepszych występów był koncert Bena Frosta. Na przestrzeni roku grany materiał z ostatniej płyty mocno ewoluował, dużym zaskoczeniem było wkomponowanie w jeden z utworów odgłosów wściekłego psa/zarzynanej świni – te dźwięki wciskały w fotel słuchaczy niczym w najlepszych kinach akcji. Dodatkowo z nieukrywaną przyjemnością można przytoczyć występ Daniela Lopatina, znanego jako Oneothrix Point Never. Co prawda, materiał z jego ostatniej płyty jest aż za bardzo innowacyjny i mało porywający, ale ten performance pokazał inne oblicze artysty. Zamiast schowanego i dziwnego chłopaka, zobaczyliśmy tę zabawną stronę muzyka, co rusz rzucał żartami i docinkami swoim komputerowo zmienionym głosem. Niestety, niemiłym zaskoczeniem był słabszy występ Tima Heckera. Być może w nowym materiale brakuje dynamiczności, do której zdążył już przyzwyczaić swoich fanów.
Na osobny wpis zasługuje niejako warsztat, pogadanka i występ 3 w 1 wspomnianej wcześniej legendarnej Suzanne Ciani. Ta 70-letnia kobieta okazała się pełną werwy, pasji i humoru artystką, której nieobca jest muzyka elektroniczna. Jej 4-godzinny występ pełen był anegdot, rozmów o muzyce i historii jej kariery. Wiele tych informacji można było przeczytać w różnych wywiadach, jednak pewnej historii wcześniej nigdy nie opowiedziała w pełni, tu prowodyrem zapytania był uczestnik koncertu. Na przełomie lat 60 i 70, podczas przeprowadzki Suzanne do Nowego Jorku, został skradziony jeden z jej syntezatorów Buchla serii 200 (w tej chwili ten model z tamtych lat jest wart majątek!). Po 15 latach w skrzynce pocztowej znalazła zdjęcie skradzionej Buchli. Okazało się, że znajduje się w Wielkiej Brytanii, jednak bez wielu istotnych części. Niestety, historia nie miała szczęśliwego końca i Ciani nie odzyskała brakujących modułów.
I jeszcze na szersze słowo zasługuje Moogfest pop up store. „Sklepik” na czas festiwalu zadomowił sie w dawnej fabryce papierosów Lucky Strike. Nazwa imprezy zobowiązuje, więc w ofercie przeważały produkty marki Moog. Sam sklep był połączony z warsztatami nauki gry na najprostszych syntezatorach (co ciekawe, znaczną większość uczących się stanowiły dzieci), studiem budowy syntezatorów oraz małą wystawą dotyczącą historii maszyn Moog. Krótko mówiąc – przyjdź, zagraj, poczuj, kup. Dla gości festiwalu przygotowano specjalną ofertę – każdy mógł zakupić nawet małego Mooga z dość znacznym upustem.
Moogfest to festiwal z ogromnym zapleczem technicznym, skierowany przede wszystkim do muzycznych „freaków”. Na uwagę zasługuje idealne nagłośnienie w większości obiektów marki D&B Audiotechnik. Ten, kto lubi nowinki, interesuje się produkcją urządzeń i tworzeniem muzyki, poczuje się w Durham jak wśród swoich. Bogactwo paneli dyskusyjnych, spotkań z producentami i różnych warsztatów trafi w gust zarówno początkującego jak i zaawansowanego muzyka. Na wyciągnięcie ręki zdaje się być możliwość ucięcia pogawędki z ulubionym artystą czy producentem. Zatem, jeśli chcesz zaczerpnąć muzycznej wiedzy, Moogfest będzie jej doskonałym źródłem. Występy artystyczne zdają się być tutaj trochę mniej ważnym aspektem, więc jeśli szukasz muzycznych maratonów, lepiej wybierz się w innym kierunku, gdyż po tym festiwalu możesz poczuć lekki niedosyt.
Tekst: Kamil Kuczyński & Katarzyna Bujno
Zdjęcia: Kamil Kuczyński & Katarzyna Bujno
Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →