Melt! Festival 2012 – RELACJA MUNO.PL

Relacja

Melt pobudza wszystkie zmysły: słuch niesamowitymi dźwiękami artystów z prawdziwego zdarzenia, wzrok ciekawymi ludźmi i niespotykaną scenografią oraz węch nieprawdopodobnym umiejscowieniem w samym środku natury!

Kiedy rok temu opuszczałem Melt wiedziałem, że nic lepszego nie ma prawa mnie już spotkać. No chyba, że kolejna edycja. Nie myliłem się – jeśli poprzednia edycja wykraczała poza ramę mojego wyobrażenia o festiwalu idealnym tak tegoroczna odsłona jeszcze wyraźniej pokazała, gdzie jest moje miejsce na tym świecie.
Przynajmniej na cztery dni w roku. Wyjeżdżając z Ferropolis poczucie, że moglibyśmy tak naprawdę zostać tam na zawsze jest tak silne, że łzy u ludzi przy okazji składania namiotu to widok zupełnie naturalny. Festiwal to za małe słowo aby zdefiniować to, co każdego roku dzieje się zaraz za zachodnią granicą naszego kraju. Żadne słowa nie są w stanie oddać ducha tego festiwalu, opisanie go utrudnia dodatkowo stosunek emocjonalny, który pozostaje na tak samo wysokim poziomie jak podczas jego trwania. No ale spróbujmy.
Zacznijmy od tego, że całe zamieszanie odbywa się pod Berlinem, czyli na dobrą sprawę jest to kwestia kilkugodzinnej jazdy samochodem z większości miast w Polsce. W związku z tym ciężko mi wytłumaczyć tak słabą frekwencję ludzi z Polski na tym bezprecedensowym w skali świata festiwalu. Cena biletów podobna jak do Open’era, muzycznie to przecież ta sama półka ze wskazaniem na Melt, gdzie gwiazdy świecą większym blaskiem no i jest ich sporo więcej. A i do Gdyni nie jest wszystkim po drodze. Trudno nie doceniać naszego szlagierowego polskiego festiwalu, to jedna z lepszych muzycznych inicjatyw w naszym kraju – warto jednak czasami rozejrzeć się dookoła, zwłaszcza, że niedaleko mamy do czynienia z festiwalem nie z tej planety.
Do Ferropolis warto przyjechać już w czwartek, znana festiwalowa zasada, kto pierwszy ten lepszy w przypadku Melt jest wyjątkowo ważna. Pole namiotowe dzieli się na kilka sektorów, ten najlepszy umiejscowiony jest najbliżej bramek wejściowych, również tam znajdują się najpotrzebniejsze dla każdego festiwalowicza stoiska. Prysznice, darmowy fryzjer, bar, monopolowy, restauracje z każdym możliwym jedzeniem (o świcie furorę robi stoisko z jajecznicą i świeżo wyciskanym sokiem pomarańczowym), kilka profesjonalnych scen z muzyką na okrągło, stoisko z gadżetami każdej maści, na miejscu także sklep z namiotami, śpiworami i krzesełkami – na Melt śmiało można przyjechać wyłącznie z portfelem, na miejscu znajdziemy dosłownie wszystko. Kto miał ochotę zacząć imprezować już w czwartek, proszę bardzo – oficjalnym preparty za 5 euro kusili Blood Red Shoes, WhoMadeWho, Mike Skinner oraz DJ Supermarkt.
Podstawowe składowe, na jakich opiera się każdy festiwal na świecie jak publika, miejsce i muzyka w przypadku Melt zyskuje zupełnie innego wymiaru. Nie ma tutaj zwykłych ludzi, aspekty wizualne zasługują na miano cudu zaś dźwięki nas otaczające to prawdziwa kopalnia złota. Ciężko mi się zdecydować, który składnik stanowi o największej sile Melt – nie da się ukryć, wszystkie aspekty tworzą tam niezwykle spójny monolit. Wiele festiwali może pochwalić się niesamowitym krajobrazem, muzycznie sporo z nich może równać się z Melt – to, co jednak odróżnia ten festiwal od miliona innych, to ludzie w nim uczestniczący. Magnezem, który przyciąga do Ferropolis kilkadziesiąt tysięcy osób z całego świata, ze wskazaniem na środowisko z Berlina poza muzyką jest właśnie pragnienie zostania częścią układanki Melt, którą na miejscu tworzą sami ludzie.
Fot. Jan Kapitän
Przeciętność na Melt nie istnieje, każdy przyjechał tutaj z jakąś misją, nie koniecznie muzyczną. Odbija się to przede wszystkim w ubiorze i zachowaniu – stężenie abstrakcji na metr kwadratowy powala, wchodzę w zakład, że poza Burning Man bardziej zakręconego w tej kwestii festiwalu na świecie nie ma. Kontrast z polskimi realiami wypada zabójczo – na miejscu nie brakowało rodzin z dziećmi, spory procent festiwalowej publiki to ludzie po trzydziestce, uśmiechnięta obsługa bawiła się razem z nami zaś ochrona przypominała ortodoksyjnych klimaciarzy – wytatuowana i okolczykowana za zadanie miała wtapiać się w tłum. Melt tworzy wokół siebie specyficzną społeczność, własne środowisko, tutaj chodzi głównie o pewna formę ekspresji i ucieczkę od rzeczywistości – warto to zobaczyć raz w życiu. Rzecz niezwykle inspirująca.
Miejsce, w którym odbywa się festiwal, na pierwszy rzut oka może napawać trwogą. Opuszczona kopalnia odkrywkowa nie brzmi zbyt przyjaźnie, jednak domeną na Melt jest fakt, iż większość zaobserwowanych tam rzeczy wcale nie są takie, na jakie wyglądają na papierze. Otoczenie zapiera dech w piersi, nieskażona natura w postaci otaczającego wokół jeziora wśród bujnych łąk i gęstych drzew to tylko dodatek do kilkunastometrowych koparek, które swoje oblicze odkrywają dopiero w nocy, przy akompaniamencie ognia, świateł i neonów . No i to powietrze…
Muzycznie Melt Festival to skarb dla eklektycznych fanów, którzy za priorytet stawiają sobie przede wszystkim jakość. Od szorstkiego techno rodem z Berghain, po ciepłe, deep housowe wibracje prosto z Watergate i ostre, bezkompromisowe electro aż do alternatywnego grania włącznie. Mieszanka wybuchowa, jednak nigdzie indziej nie spotkałem się z tak dużym szacunkiem dla muzyki u osób skrajnie gatunkowo zróżnicowanych. Najbardziej otwarta publika na świecie, ciężko mi zliczyć pytania od obcych osób o mój muzyczny powód, dla którego zjawiłem się na Melt – zazwyczaj kończyło się to kilkunastominutową wymianą poglądów. Wszechobecne hasło „We are Melt” ma swoje uzasadnienie na każdym kroku, zwłaszcza podczas takich sytuacji – żaden festiwal tak wyraźnie nie definiuje sensu muzyki elektronicznej.
Oscar dla aktorów i scenografię już wręczony, pora na muzykę. Melt to dla mnie osobiście jedyna okazja w roku, aby móc usłyszeć nowe, świeże rzeczy często pomijane przy okazji innych eventów. Mainstream miesza się tutaj z undergroundem, zdawać by się mogło dwa różne światy wyłącznie na Melt tworzyć mogą spójną całość. Charakterologiczna perfekcja, balans między gwiazdami z okładek magazynów muzycznych a artystami z podziemia berlińskich klubów to coś, czego nie doznamy na żadnym innym festiwalu na świecie.

PIĄTEK

Piątkowa noc minęła pod znakiem muzyki na dwóch technicznych scenach, czyli Big Wheel Stage oraz Melt!Selektor, za której skład odpowiedzialni byli panowie z Modeselektor. Już na początku muzyczne zaskoczenie, eksperymentalnego, lecz bardzo melodyjnego live-actu dokonał Tobias, którego częste występy w Berghain tego nie zapowiadały. Klimat podtrzymał występujący po nim John Talabot, nie brakowało wokali i ciepłych brzmień, perfekcyjna muzyka przy zachodzie słońca. Czarnym koniem całego festiwalu okazali się panowie z Brand Brauer Frick – przy pomocy fortepianu i perkusji z pomocą analogowych syntezatorów odtworzyli na scenie muzykę bezdyskusyjnie kwalifikowaną jako pogranicze techno, house’u i odrobiny jazzu.
Fot. Geert Schäfer
Bliski współpracownik Modeselektor, jeden z ciekawszych rezydentów Berghain Shed dosłownie zawładnął sceną Melt!Selektor – po jazzowych klimatach przyszło nam zmierzyć się z mroczną wizją muzyki elektronicznej, Shed sięgnął głównie po własne produkcje, gdzie głównym punktem jego seta było jego własne „Equalized” – plaża na chwilę zamieniła się w betonowy parkiet Berghain, ludzie oszaleli z radości. Claude von Stroke swoimi tłustymi bitami z hip-hopowym zacięciem nie dał nam odczuć lejącego się strumieniami deszczu, narkotyczny klimat ‘Who’s afraid of Detroit’ przy zminimalizowanym oświetleniu zapamiętam na długo.  Dave Clarke, ikona muzyki Techno, niepodważalny guru całej sceny, znany często ze swojego aroganckiego podejścia do występów na Melt pokazał się z zupełnie innej strony. Zachwycony tym, przed kim i w jakich okolicznościach przyszło mu grać zaczął w pewnym momencie filmować swój występ – standardowo żując gumę zagrał jednego z najlepszych techno setów, jakie miałem okazję usłyszeć w życiu, tak technicznie zaawansowanego występu nigdy nie widziałem. Ostatnie występy należały do herosów Drumcode – progresywny Joel Mull to od wieków idealna introdukcja do muzyki Adama Beyera, który ponownie udowodnił, że w dziedzinie selekcji tracków nie ma sobie równych.

SOBOTA

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

Sobotnią noc zaczęliśmy od Tale of Us, Dixona i Steffi – występy posiadające ten sam wspólny pierwiastek – pierwszorzędną muzykę deep housową, prawdziwy rarytas dla fanów gatunku. Coś wyjątkowego wytworzyło się na parkiecie podczas występu Dixona, grającego „Song of los” w remixie Michaela Meyera – magia to za małe słowo. Mathew Jonson wielkim artystą jest i udowadnia to podczas każdego swojego występu – skupiając się z miną seryjnego mordercy Kanadyjczyk zachwycił każdego, poważna muzyka elektroniczna w tanecznym wydaniu.
Fot. Jan Kapitän
Sobota to jednak spektakl dwóch aktorów, których zobaczyć mogliśmy na scenie poza teren festiwalowym – mówiącym wszystko Sleepless Floor. Abstrakcyjna, dziwaczna, piękna w swej brzydocie scena to dla wielu główny punkt programu – dla jednych wymarzona afterownia, dla drugich główny powód, dla jakiego pojawili się na Melt. Nigdzie na świecie nie ma takich wibracji, wyjątkowo hedonistycznie usposobiona publika wytwarza coś wyjątkowego, narkotyczna lecz wyjątkowo pokojowa atmosfera to coś, co zapamiętuje się na zawsze. Boris i Rødhåd, rezydenci Berghain zawładnęli swoją brudną, betonową i duszną muzyką, swoista uczta dla fanów niegrzecznych brzmień. To prawdopodobnie jedyne miejsce na świecie, gdzie spotkać możemy Berghainową publikę – nie brakowało rosłych, brodatych typów z zaciągniętymi podkolanówkami, którzy swoim sunącym krokiem wprowadzili sporo zamieszania na parkiecie, ciśnienie w wytwarzanych przez nich kotle z pewnością nie jest dla wszystkich.

NIEDZIELA

Niedzielne popołudnie spędziliśmy w gronie gości mr. Hawtina. Najgorszy muzycznie dzień, Magda znudziła, tak słabego Winka nigdy nie widziałem, główna gwiazda wieczoru Richie Hawtin też nic ciekawego nie pokazał. Z całego towarzystwa najlepiej wypadł Matador oraz Nina Kraviz – ten pierwszy mocno lansowany przez Hawtina pokazał, że będzie o nim jeszcze głośno. Radio Slave miał nosa, przygarniając do swojej rodziny Rekids utalentowaną Rosjankę – oszałamiający występ, kolaż deep house’u i techno, wszystko to podkręcone tańcem Niny. Promienie słońca, leniwie unoszące się bańki wodne, tysiące uśmiechniętych ludzi oraz prawdopodobnie najładniejsza dj’ka na świecie grająca nowoczesną, wielowątkową muzykę – lepiej być nie mogło.
Fot. Jan Kapitän
Festiwal się zakończył, najlepsze czekało jednak dopiero przede mną. Po krótkiej drzemce powróciłem jeszcze raz na Sleepless Floor poniedziałkowym wczesnym rankiem, gdzie doświadczyłem najintensywniejszego przeżycia w swoim muzycznym życiu. Ostatni set przypadł Kuriose Naturale, tak głębokiego deep house’u jeszcze nie słyszałem, pomimo wolnego rytmu dźwięki przeszywały ciało. Może sto osób, które zostało w całości oddało się wręcz metafizycznym egzorcyzmom duetu z Berlina, taka muzyka w takich okolicznościach nie zdarzyła mi się nigdy wcześniej. Zjawiskowe przeżycie, powodujące u mnie trwałą zmianę w postrzeganiu muzyki house.
Melt pobudza wszystkie zmysły: słuch niesamowitymi dźwiękami artystów z prawdziwego zdarzenia, wzrok ciekawymi ludźmi i niespotykaną scenografią oraz węch nieprawdopodobnym umiejscowieniem w samym środku natury. Wszyscy są tam, by dawać – czuje się wielki impuls kreatywności. Podsumowując: rzeczy, których doświadczyłem na Melt, zdarzenia, które widziałem, ludzie, których poznałem, to jak czułem się, gdy stamtąd wyjeżdżałem, wszystko to dało mi kolejny powód do życia. Melt silnie uzależnia, spróbujcie sami!
Tekst: Paweł Chałupa
Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →