Zgubiłem się na Mayday – RELACJA 2016

Relacja

Sprawdź czy odnaleźliśmy się na jednej z największych i najstarszych halowych imprez techno w naszym kraju. Czy odważny line-up wyszedł Mayday na dobre?

Z zapasem Świętomarcińskich Rogali, 10 listopada ruszyłem z Poznania do Katowic na Mayday. Impreza „matka wszystkich rave’ów”, która odbywa się w Polsce po raz 17., przetrwała niełatwe polskie gospodarcze warunki czy nagonkę komercyjnych mediów, co rok podających tylko ilość złapanych dilerów. Chwilowy odskok w stronę komercyjnej „klubówki” nie zatrzymał też maszyny rejwu, za którą, niczym jak za klubem piłkarskim, podążają tłumy fanatyków, na dobre i na złe.
W tym roku szum był porównywany do czasów afery z Westbamem, który porzucił projekt, lecz tym razem były to emocje pozytywne. Line-up tegorocznej edycji obfitował w jedne z najgłośniejszych nazwisk dzisiejszego świata techno – bez kompromisów, bez półśrodków.

Polski Mayday zaczął się komercjalizować kilka lat temu, ponieważ Niemcy zaczęli komercjalizować swój. W Dortmundzie się to sprawdziło, chcieli zjednoczyć ludzi z różnych nurtów elektroniki razem, za pomocą jednego festiwalu. Ten rok to duży krok w rozwoju polskiej edycji, daje nowe możliwości, stawia na indywidualność, odcięcie się od niemieckich schematów… a to bardzo wiele! – stwierdziła Sonia, napotkana pod Spodkiem znajoma, a zarazem weteranka Mayday, która ma za sobą już 12 edycji. Trzeba przyznać, że my również takie decyzje organizatorskie szanujemy.
Pierwsze wrażenie po wejściu do Spodka dobrze obrazują słowa Pfirtera, który później tej nocy występował na scenie Showroom: It really felt like going back to the 90’s, the good way! (naprawdę czuć jakby się cofnęło do lat 90. – w dobrym znaczeniu – tłum. red.)

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

Spodek ma moc przenoszenia w czasie – stadionowe krzesełka i sportowe stroje sprawiły, że miałem wrażenie, iż to miejsce i ten czas jest spełnieniem marzeń ludu, który skanduje hasło: „chleba i techno igrzysk!„. No i dostali czego chcieli – lasery, światła, a miażdżące nagłośnienie, w pewnych miejscach z charakterystycznym pogłosem wielkich obiektów, potęgowało wrażenie melanżu ostatecznego.

Wybacz wariacie! – usłyszałem od nieznajomego rejwera, który przypadkowo potrącił mnie ramieniem w tłumie. Inne „łobuzy” wdrapały się na barierkę przy schodach na drugiej scenie i wymachiwali flagą Mayday. Ściągnięci przez panią z ochrony, grzecznie powiedzieli przepraszamy! i wrócili do tańca. Trzeba przyznać – pełny luz, brak tego mrocznego techno „kija” trzymającego wszystkich na baczność.

Nie miej jednak najmniejszych złudzeń, techno „hipsterka” przyciągnięta bogatym line-upem była w zdecydowanej mniejszości w stosunku do osób ubranych „na sportowo/roboczo” – wszyscy jednak byli nastawieni pokojowo. Taki techno Woodstock, tylko zamiast trzech pasków rastafari, królowały trzy paski Adidasa. Dla mnie było to pozytywne doświadczenie – taki nasz polski folklor – nigdy nie będziemy Berlinem, pogódźcie się wszyscy z tym wreszcie.

Mimo takich tuz techno, jak Chris Liebing, Speedy J czy Rodhad, to właśnie ta druga scena i jej skład zatrzymały mnie na dłużej. „Uroczych” momentów nie brakowało, jak mina Henning Baera, który wszedł z mrocznym techno po ostatnim kawałku zagranym przez Dincsoya, tj. „pump up the jam”… Jonas Kopp miksował szybko i widać/słychać było w jego występie spontaniczną energię, Pfriter po nim zagrał równie mocno, ale bardziej przeciągał klimat gryzącymi kawałkami, niż po prostu bombardował.


Henning Baer

Sety piękne i wspaniałe, ale zaczynałem zastanawiać się nad pomysłem na obie sceny. Czy one nie powinny być różne? Dawać alternatywę? Speedy J pokrywał się z Koppem, Len Faki z Pfriterem, Liebing z Garym Beckem. W menu do wyboru techno albo techno. Tylko, że nie da się być w dwóch miejscach naraz.

Do myślenia dał też „występ” Friends Of Mayday, gdzie zostało odegrane kilka hymnów imprezy. Słychać w nich wpływy z różnych gatunków muzycznych, break beat, electro, nawet na upartego trance. Przez większość czasu na imprezie nie można było tego odczuć w ogóle. Techno i tylko techno. A szkoda, bo ta muzyka niejedno ma imię i oblicze. Siłą napędową muzyki elektronicznej od zawsze były nieustanne zmiany, przekraczanie granic gatunkowych i eksperymentowanie. Ale jak widać, skoro dostało się za eklektycznego seta w Melbourne nawet Ninie Kraviz, to może dzisiejsi imprezowicze tego właśnie oczekują? A może techno osiąga właśnie swój kulturowy peak i zaraz znów odejdzie na kilka lat w niełaskę na rzecz innych gatunków? W końcu co za dużo to niezdrowo.

Mimo, że zgubiłem się na tej imprezie i nie do końca odnalazłem, to ciężko mieć o niej obiektywnie złe zdanie po widoku tylu uśmiechniętych i szczęśliwych ludzi, skaczących od 17 do 9 rano.

To całe przeżycie było dla mnie jak wyprawa na remake kreskówki z lat 90-tych w multipleksie. Pcha Cię do tego sentyment z dzieciństwa, niby fajnie „bo dużo się biją i efekty są super”… Oprawa, nagłośnienie, line-up… tak jak ciężko odmówić rozmachu czy relatywnie „dobrej wiksy przez całą noc”, to jednak jak śpiewała Budka Suflera… „Scenarzysta forsę wziął, potem zaczął pić” – fabuła i narracja całej nocy, moim skromnym zdaniem, gdzieś już uciekła.
Będę dalej śledzić Mayday, tak jak śledzę to wydarzenie praktycznie od dzieciństwa. To w końcu fenomen w Polsce, jeśli chodzi o historię klubowej i festiwalowej sceny. Jestem niezmiernie ciekawy w jaką stronę poleci Mayday w Spodku w następnych latach, Kapitan już czeka w gotowości.


ZOBACZ TEŻ: MAYDAY POLSKA 2016 – PEŁNA FOTORELACJA

Tekst: Mariusz „Zariush” Zych
Zdjęcia: Sandra „Vadi” Biegun

Polub muno.pl na Facebooku:

Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →