Lucy – Wordplay for Working Bees

2 570
Recenzje
Lucy – Wordplay for Working Bees

Info

Data wydania:
2011/03/03
Ocena:
Wytwórnia:
Artysta:

Techno, jak każdy muzyczny gatunek, niejedno ma imię, co nieraz ma przełożenie na popularność tej formy. Techno na wskroś mroczne, z jakim mamy tutaj do czynienia, wydaje się być odnogą jedną z najstarszych, a także jedną z bardziej wielbionych. Pytań w tym przypadku powstaje wiele, co przesłuchany zbiór utworów może rozwiązać. A może i nie powinien.

Luca Mortellaro, bardziej gawiedzi znany jako Lucy, reprezentuje właśnie styl opisany powyżej. Początkowo jako kolejne przystanki w drodze do mety Luca obiera dość karkołomną trasę. Z rodzinnych Włoszech przeprowadza się do Paryża. Nie mając tam wiele widoków na przyszłość zaczyna marzyć o miejscu bardziej oczywistym dla jego muzyki. Tym samym Berlin w jego paszporcie pojawia się później, gdy już ochłonąwszy zaczyna wydawać swoją muzykę, organizować szereg imprez oraz stawać się zauważalnym, między innymi dla Jamesa Holdena czy Luke’a Slatera. Dzięki tym sukcesom wyrusza wreszcie do wspomnianej mekki, gdzie na stałe osiada i gdzie staje się też biznesmenem, zakładając własną oficynę – Stroboscopic Artefacts.

To jej nakładem zaczyna promować jeszcze intensywniej siebie oraz artystów sobie podobnych, którzy lubują się w przytłaczających i ogłuszających rejonach miarowego dudnienia (dość wspomnieć Xhina albo Jonasa Koppa). Szereg odwiedzonych gigów, nagranych podcastów i promomixów eksplorujących wystarczająco rzeczony podgatunek (i nie tylko ten, dubstep godny Soho też tam się znajdzie) tylko potwierdzają mocarstwowe aspiracje Luki.

I również nakładem Stroboscopic Lucy decyduje się wydać nareszcie autorski pełnowymiarowy materiał tytułując go mianem „Wordplay for Working Bees”, co może już rozświetlać mroki niewiedzy na temat charakteru tego porywającego zbioru.

Porywającego dosłownie, bo nie sposób, mimo pozornie hipnotyzujących pasaży, tempo poszczególnych utworów przypomina o tym, że serce nie sługa i nie zawsze musi nadążać za naszą percepcją oraz nogami. Raz przyprawione solidnym, solidnie osadzonym (a nie jak to zwykle – rozleniwiającym) dub-techno, innym razem penetrującym abstrakcyjne terytoria IDM (tu często pobrzmiewają echa choćby Autechre). Trudno się tu zatrzymać na moment przy którejkolwiek z odsłon albumu. Wszystkie przemykają od poprzedniej do następnej i tak jest od początku do końca, co może po części wyjaławiać, a innych znowu fascynować.

To Berghain skumulowany w czasie swoich najbardziej ognistych godzin i chyba jeszcze bardziej bezkompromisowy.

Mortellaro prochu nie wynajduje, Ameryki nie odkrywa, Nobla za teorię konkurencji też nie zdobywa, ale nie sposób nie docenić kilku elementów tej zmyślnie ułożonej układanki.

Przede wszystkim bardzo gęste brzmienie, odbiegająca gdzieniegdzie struktura utworów w rejony bliższe eksperymentowi niż typowemu 4/4. Równo, prosto, czasem z szalonym przyspieszeniem, ale niestety częściej bez wyczekiwanego elementu zaskoczenia, czy liryzmu.

 

POSŁUCHAJ

Tracklista

01. Thear
02. Of
03. Bein
04. Gas
05. Lav
06. Eis
07. Torul
08. Eon
09. Es
10. Mas
11. Ter