Kraftwerk w Poznaniu – RELACJA MUNO.PL

2 775
Relacja

Oczekiwania były ogromne. Jak mogło być inaczej, skoro na scenie festiwalu Malta wystąpił zespół, o którym już od dawna piszą encyklopedie. Było też zaciekawienie. Czy innowacyjne wprowadzenie efektu 3D okaże się trafnym zabiegiem zespołu?

Koncert zespołu Kraftwerk został umiejscowiony na terenie kompleksu budynków Starej Gazowni w Poznaniu. Miejsce okazało się unikatowe, bowiem podczas obecnej trasy zespół nie występował jeszcze pod gołym niebem, a dodatkowo w tak ciekawym otoczeniu. Stare budynki dawnej gazowni podświetlone wokoło kolorowymi lampami dawały dobry efekt po zmroku. Dokładając do tego użycie technologii 3D do wyświetlania projekcji na ekranach powodowało, że kolejny występ Kraftwerk w Polsce stawał się jeszcze bardziej wyjątkowym wydarzeniem.

Koncert rozpoczął się jak to na Niemców przystało punktualnie o godzinie 22. Pierwsze dźwięki, które wydobyły się ze sceny rozwiały wszelkie moje obawy dotyczące nagłośnienia koncertu na otwartej przestrzeni. Dźwięk wydobywający się ze sceny był w powalająco wysokiej, wręcz studyjnej jakości. Krystalicznie czysty i przestrzenny dobrze roznosił się po całej widowni.

Bas został wyważony bardzo dobrze, dzięki czemu nie zagłuszał całej gamy drobnych dźwięków. Początkowo dało się odczuć, że zespół gra odrobine za cicho, lecz technicy bardzo szybko zareagowali i podnieśli głośność.

Koncert trwał niemal dwie godziny uwzględniając w tym bis składający się z czterech finalnych utworów. Łącznie Kraftwerk zaprezentował poznańskiej publiczności set składający się z 24 utworów. Zespół wykonał niemal wszystkie flagowe numery uwzględniając choćby „Das Model”, „Robots” „Music Non Stop” czy „Numbers”. Miłą niespodzianką okazał się utwór „Pocket Calculator”, który wykonany został w języku polskim.

Jestem absolutnie pewien, że Panowie ciężko pracowali przygotowując się do nowej trasy.  Efekty ich pracy przełożyły się  na urozmaicony wydźwięk większości utworów. Wiele z nich zostało znacznie „podrasowanych” w stosunku do pierwowzoru czy też do jednej z najbardziej znanych i kojarzonych tras, czyli „Minimum-Maximum”. Zmiany nastąpiły także w aranżacjach, a czasem nawet w całych podkładach utworów. Gdzieniegdzie dodano wręcz całą paletę nowych dźwięków, które świetnie wtapiały się w znaną nam resztę.

Efekt 3D również od samego początku zrobił ogromne wrażenie, co dało się odczuć po reakcjach publiczności. Ani przez moment nie było potrzeby ściągania okularów 3D otrzymanych przy wejściu na teren festiwalu, bowiem każdy utwór bazował na tej technologii. Warto podkreślić, że wizualizacje również zostały znacząco zmodyfikowane i wzbogacone. Dodano do nich wiele nieznanych wcześniej przestrzennych ujęć tak, aby efekt 3D został w pełni wykorzystywany i pojawiał się znacznie częściej.

Sugestywnie poruszające się roboty, przelatujące statki kosmiczne czy mknące w nas witaminki – wszystko to było na wyciągnięcie ręki. Podniosła się również jakość i rozdzielczość obrazu, a także częstotliwość jego odświeżania. Obraz był płynny, pozbawiony jakichkolwiek irytujących przycięć. Co ważne wspomniane modyfikacje i unowocześnienia nie pozbawiły prostego, surowego i charakterystycznego dla zespołu przekazu. Zachowano najważniejsze elementy takie jak kolorowe, poruszające się i pulsujące na różny sposób napisy „We Are The Robots” czy „Radioactivity”, a także proste animacje bazujące na grafice wektorowej.

Podczas koncertu dało się odczuć bardzo dobrą atmosferę wśród zespołu. Tak jakby ani na chwile nie wkradła się rutyna i znużenie podczas dwugodzinnego występu. Panowie uśmiechali się nie tylko do publiczności, ale i do siebie sugestywnie bujając i potupując przy swoich konsoletach w charakterystyczny dla siebie sposób. Zdarzało im się nawet gawędzić między utworami.

Koncert zespołu Kraftwerk był dla mnie jak i pewnie dla wielu obecnych fantastycznym doświadczeniem. Zespół udowodnił, że nie bez powodu od wielu lat stoi na szczycie w swoim gatunku a także, jako obiekt inspiracji wielu cenionych dziś muzyków czy grup. Kraftwerk to zespół, który jak żaden inny dba, aby muzyka podczas koncertu brzmiała perfekcyjnie. Tak też było 28 czerwca w Poznaniu. Życzę nam wszystkim, aby Panowie tworzyli i grali swoje magiczne koncerty jeszcze wiele lat. Każdemu, kto nie miał okazji przeżyć koncertu, szczerze go polecam. Jest to bowiem doświadczanie niezwykłe.

Nie potrafiłbym nie wspomnieć również o supporcie. Z drugiej jednak strony dałbym wiele, aby o koncercie poprzedzającym Kraftwerk zapomnieć na zawsze. Dwóch bardzo poważnie wyglądających panów pojawiło się na scenie w okolicach godziny 21 robiąc wrażenie niezbyt zadowolonych ze swojej obecności w tym miejscu. Z równie mizernym rozmachem rozpoczęli występ skupiając się bardziej na wypalaniu papierosów i popijaniu kolejnych piw.

Nie wiedziałem wówczas, że „najlepsze” dopiero nadejdzie. Mimo szczerych chęci nie potrafiłem zrozumieć potoku słów, które kierowali w stronę publiczność członkowie zespołu Niwea. Zapamiętane szczątki tekstu takie jak np. „Nie ma w tesco mleka” czy „wszystko gra, trawa gra” wypowiadane na zasadzie melorecytacji odcisnęły w mojej psychice i tak spory uszczerbek. Całości towarzyszył wymuszony i sztuczny do granic możliwości patos. Od strony technicznej i muzycznej nie mam większych zastrzeżeń. Melodie były momentami naprawdę ciekawe. Początkowo publiczność nagradzała zespół drobnymi brawami. Nikt jednak na dłuższą metę nie mógł znieść tego, co wyprawia się na scenie.

Szczerze uważam, że widownia i tak w bardzo grzeczny sposób próbowała zmusić zespół do opuszczanie sceny. Tak też się stało w okolicach 30 minuty „występu” Niwei, co zostało nagrodzone wielkimi brawami i zachwytem. Nie potrafię pojąć i zrozumieć, czym kierował Malta Festival zapraszając właśnie ten zespół. Negatywne odczucia będą też mieć widzowie z zagranicy, a była to spora grupa. Fani Kraftwerk mając nadzieję, że zobaczą dobry lokalny zespół musieli zmierzyć się z Niweą. Czy naprawdę nie mamy kim się pochwalić? Czy właśnie takie zespoły powinno się nagradzać, dając szansę wystąpienia przed prawdziwą legendą? Ktoś tu się bardzo pomylił…

Tekst: Marek Cisek

Fotografie: Marcin Oliva Soto (źródło: facebook.com)