Kosmalski: co oferują polscy artyści, czego chcą ludzie i jaka jest dziś rola klubów? [wywiad]
O tym, co oferują polscy twórcy, czego powinni nauczyć się od zagranicznych kolegów, co ryzykują artyści, a co kluby, czego chce publiczność, co „sprzedaje” event i dlaczego przed nami jako krajem jeszcze długa droga - Kosmalski z perspektywy klubów opowiada o problemach, o których wcześniej w rozmowie z Muno wspominał Kuba Sojka.
Głośny wywiad z Kubą Sojką na temat sytuacji polskich artystów – w tym zwłaszcza producentów i live actowców – na rodzimej scenie klubowej, wywołał ogromne poruszenie. Już dziś możemy napisać, że jest to jedna z najchętniej czytanych i komentowanych rozmów, jakie w tym roku przeprowadziliśmy. Kuba nie gryzł się w język i w jasny sposób przekazał co myśli na temat roli klubów w kształtowaniu krajobrazu lokalnej sceny, o zależnościach, jakie dziś nią rządzą oraz o tym, co dziś tak naprawdę jest priorytetem dla ludzi tworzących tę branżę. Wypowiedzi cenionego artysty spotkały się z ogromnym odzewem, a wśród komentarzy można było zauważyć zarówno ogrom aprobaty dla opinii Kuby, jak i kilka konfrontujących lub co najmniej kontestujących wypowiedzi. Do mnie jako do autora wywiadu, spłynęły dziesiątki wiadomości od osób reprezentujących środowisko. Jedni twierdzili, że „w końcu ktoś powiedział prawdę”, inni byli odmiennego zdania i to zdanie chcieli wyrazić, a następnie je uargumentować. Tymi osobami byli przede wszystkim przedstawiciele rodzimych klubów, którzy zestawiają swoją perspektywę z perspektywą Kuby Sojki. Nie trzeba wspominać, że oba punkty widzenia różnią się od siebie, choć momentami zbliżają się, a nawet zazębiają.
Maciej Kosmalski – od blisko dwóch dekad DJ, producent, ale przede wszystkim booker, promotor i właściciel cenionego w Polsce klubu Drugi Dom, który w opinii wielu jest jednym z czołowych spotów rodzimego undergroundu. Ponadto to Kosmalski odpowiada za projekt Ultimate, unikalny koncept kameralnych, plenerowych eventów, które muzykę techno łączą z dopracowaną oprawą wizualną i przede wszystkim energią przestrzeni. Za wisienkę na torcie jego CV należy uznać DD Oldschool, czyli powiązaną z Drugim Domem szkołę didżejską, gdzie oprócz technicznych aspektów, młodzi adepci poznają historię kultury klubowej. Mowa zatem o człowieku, który na rodzimej scenie zdobył niemałe doświadczenie oraz odnalazł się w wielu rolach, co pozwala mu patrzeć z szerokiej perspektywy na złożoność problematyki tego zjawiska i co najważniejsze, zabierać głos na ważne tematy, które go dotyczą.

Kosmalski – wywiad
O tym, co oferują polscy twórcy, czego powinni nauczyć się od zagranicznych kolegów, co ryzykują artyści, a co kluby, czego chce publiczność, co „sprzedaje” event i dlaczego przed nami jako krajem jeszcze długa droga – Kosmalski konkretnie odpowiada zarówno na pytania, jak i opinie Kuby Sojki, które według niego, jako właściciela klubu i bookera, nie pokazują pełnego obrazu polskiej sceny. Zapraszam do lektury.
Dlaczego w polskich klubach nie grają polscy artyści? A może to nieprawda?
Nie zgodzę się. Polscy artyści stanowią zdecydowaną większość w line-upach krajowych klubów.
Czy mamy w Polsce artystów elektronicznych, którzy realnie są w stanie sprzedać event na 300-400 osób, gdzie wejściówka kosztuje, powiedzmy, 40-50 zł? Oczywiście wyłączmy z tego grona nazwy takie jak Catz 'n Dogz czy VTSS.
Jeśli pytasz, czy mamy w Polsce artystów, którzy są w stanie wyłącznie swoją marką sprowadzić 400 osób na swój występ w klubie – odpowiem, że nie. To nie znaczy, że nie ma u nas imprez na 300 czy 400 osób wyłącznie z polskimi artystami.
Kosmalski: „Artysta to nie tylko muzyka, ale marka, komunikacja, storytelling”
Jeśli nie mamy, to dlaczego? Dlaczego polski artysta będący nie tylko DJ-em, lecz również producentem, nie jest w stanie zapełnić niedużego klubu? Bo umówmy się – miejsce na 300-400 osób w sporym, często wojewódzkim mieście to naprawdę niewielka przestrzeń.
Bo rynek w Polsce jest młody i wciąż uczymy się, że artysta to nie tylko muzyka, ale marka, komunikacja, storytelling. Te elementy dopiero powstają, a wielu twórców nie miało od kogo nauczyć się profesjonalizacji. Brak wzorców, autorytetów. To samo dotyczy klubów.
Idąc dalej – czy polskie kluby są w stanie regularnie organizować eventy z wyłącznie polskim line-upem? Powiedzmy od 3 do 5 polskich artystów przez całą noc co weekend lub co dwa?
Są, przy czym jest to bardziej kwestia lokalnej dynamiki. To, co w większości przypadków zadziała w średnim wielkościowo mieście, niekoniecznie zadziała w Warszawie, Wrocławiu czy Poznaniu.
Kosmalski: „Kalkulacja w klubach wynika ze względów gospodarczych, a nie ze złej woli”
Przechodząc od ogółu do szczegółu – dlaczego mamy taki stan rzeczy? Wypowiedź Kuby Sojki wskazuje na to, że ta sytuacja zaczęła się od ekonomii w klubach, czego „ofiarami” mają być polscy artyści, zwłaszcza live actowcy. Przytoczę fragment:
„Trzeba też powiedzieć wprost: polskie kluby coraz częściej kierują się czystą kalkulacją finansową, chcą prostego i bezpiecznego przepisu na zarobek. Unikają inwestowania albo bardziej promowania zdolnych producentów. Patrzę poprzez perspektywę swoją i innych znanych mi kolegów z branży, którzy też mają bogaty dorobek. Czasami mam wrażenie, że najgorzej na scenie mają doświadczeni polscy producenci, bo nie są tak atrakcyjni finansowo jak dopiero zaczynający DJ-e, ale również nie dość rozpoznawalni jak zagraniczny headliner. Tyle że to sama scena i promotorzy kreują taką rzeczywistość i w niej tkwią.”
Jak – jako przedstawiciele klubów – ustosunkowujecie się do tych słów?
Jeśli pojawia się kalkulacja, wynika to z realiów gospodarczych, a nie ze złej woli. Polskie kluby, w przeciwieństwie do wielu zachodnich, nie mają wsparcia miejskiego, nie funkcjonują jako instytucje kultury, nie mają grantów ani ulg podatkowych. Wszystko finansują samodzielnie w kraju, który dopiero od 30 lat buduje rynek eventowy od zera. Zresztą nie tylko eventowy.

Kosmalski: Kosmalski: „Artysta potrzebuje podstawowego poziomu autoprezentacji”
Idąc dalej za słowami Kuby:
„Kluby nie inwestują w jakościowych artystów i producentów. (…) Kluby tak naprawdę tworzą gotowy produkt. Tworzą nam gotową rozrywkę jako konsumentom – ludziom, którzy chodzą do klubów. Same kluby powstają nie przez głosy – że tak powiem – ludu, który się domaga tychże klubów. To wynika wyłącznie z inicjatywy samych właścicieli klubów, co oczywiście wiąże się z tym, że jest pewna postać czy grupa osób i wizja tego klubu. Oczywiście nie możemy tutaj zakazywać wizji tego klubu i tego, że dany klub ma działać w taki bądź inny sposób. Jednak wszystkie kluby w Polsce obecnie prowadzą ten sam – dokładnie ten sam – schemat, który jest powtarzalny od wielu dobrych lat: zapraszamy bardzo znane postacie z zachodu, które mają bardzo wygórowane oczekiwania, jeśli chodzi o gaże. Natomiast dodatkowe osoby, które mają je supportować lub mają grać closing seta, będą często dobierane najtańszym kosztem lub są w jakiś sposób powiązane z klubem lub promotorem/kolektywem, który organizuje tę imprezę.”
W dalszej części wywiadu Kuba zwraca uwagę na brak PR-owego wsparcia ze strony klubów dla polskich artystów. Spotkałem się z opinią, która łączy oba te wątki i sugeruje, że polscy artyści nie potrafią przygotować „atrakcyjnego produktu”. Jakkolwiek źle to brzmi, ale nazywajmy rzeczy po imieniu – wśród tak szerokiej oferty imprez i osób na nich grających, trzeba „ubrać” siebie, czyli artystę, oraz imprezę, którą ma się zamiar zagrać, w jakiś koncept, który zainteresuje odbiorców. Tymczasem – jak pokazało wiele komentarzy pod wywiadem z Kubą – w Polsce jest grono artystów, którzy wychodzą z założenia, że to nie należy do ich roli – to rola klubów, by wymyślić ciekawy pomysł na imprezę, wrzucić w line-up rodzimych artystów i „sprzedać” to odbiorcom. Co o tym sądzicie?
Prawda leży pośrodku. Artysta potrzebuje podstawowego poziomu autoprezentacji – sety, zdjęcia, storytelling, social media. Klub powinien budować narrację wydarzenia, ale nie jest w stanie zastąpić działań artysty. W scenach bardziej dojrzałych oba elementy współistnieją – u nas to się dopiero kształtuje. Oczywiście można się obrażać na taki stan rzeczy. Też wolałbym, żeby było jak w latach 90., ale nie jest. Profesjonalne działania wokół siebie nie muszą odbierać pasji czy autentyczności.
Kosmalski: „Rynek muzyczny w Polsce jest młody i wciąż się rozwija”
Dlaczego w polskich klubach live acty stały się rzadkością? Co jest powodem? Mamy przecież znakomitych artystów w tej dziedzinie.
Scena jest wciąż zbyt młoda – dla przeciętnego odbiorcy nie ma wielkiego znaczenia, czy ktoś gra live czy DJ set, natomiast koszty takiego przedsięwzięcia siłą rzeczy muszą być wyższe. W warunkach dużej presji kosztowej kluby wybierają bardziej przewidywalne rozwiązania.
Hranko by Granko 05/25 w/ Kosmalski
Co kto ryzykuje?
W komentarzach na wywiad z Kubą pojawiła się opinia, że artyści nic nie ryzykują – nikt ich nie zmusza do podejmowania ryzyka. Produkować i wydawać można dziś w zasadzie bez kosztów, a dla większości to przede wszystkim pasja po godzinach, w którą – jak w wiele innych – można inwestować, lecz nikt nas do tego nie zmusza. Tymczasem kluby, bookerzy, promotorzy czy kolektywy – do których jeszcze wrócimy – nie mogą już powiedzieć tego samego. Organizacja imprezy, koszty najmu lokalu, mediów, promocji, obsługi baru, zatowarowania, kwestie podatkowe, wynagrodzenie artystów – to wszystko nie jest już „hobby”, lecz realną inwestycją, której należy ponieść koszty i ryzyko, że się nie zwróci. Naturalnie, że w takich sytuacjach pojawia się kalkulacja, bo nie mówimy o paru stówach. Co macie w tym temacie do powiedzenia, by uzmysłowić ludziom, jak złożone to przedsięwzięcie i jak duże to ryzyko, by zorganizować dziś event?
Ryzyka są różne. Artysta ryzykuje czas i energię. Klub ryzykuje realne pieniądze i płynność finansową. To dwa odmienne światy, dlatego czasem trudno o wzajemne zrozumienie.

Czego „kupują” klubowicze?
Media społecznościowe, zasięgi i rozpoznawalność artysty, storytelling wokół wydarzenia. Obecnie dla klubowiczów liczy się emocja i FOMO, nie portfolio branżowe. To jest wynik naszego etapu rozwoju.
Jak duża jest rola klubu w sprzedaniu danego eventu? Czy sam skład imprezy i np. obecność jednego zagranicznego headlinera potrafi załatwić sprawę powodzenia imprezy, czy może jednak każde wydarzenie wymaga odpowiedniego wkładu w promocję itd.?
Ogromna. W kraju, gdzie kultura klubowa dopiero dojrzewa, klub często musi wykonać pracę, którą na zachodzie robią wytwórnie, media, agencje i promotorzy. U nas tego ekosystemu jeszcze nie ma. Nawet obecność znanego artysty nie gwarantuje frekwencji bez działań promocyjnych, narracji, kreacji i właściwego targetowania.
Czy ludzie nadal chodzą „do klubów”, czy już tylko „na artystów” lub na konkretne, ubrane w sprecyzowany koncept imprezy, bez znaczenia na to, gdzie się odbywają i kto na nich gra?
W Polsce głównie „na artystów” lub „na koncept”. To wynika z tego, że kultura clubbingu nie zdążyła się zakorzenić pokoleniowo.
Brak autorytetów
Na początku tego roku przeprowadziłem wywiad z Virtual Geishą i w jej wypowiedziach wybrzmiewały gorzkie opinie na temat rodzimej sceny klubowej, głównie dotyczące niskiego stopnia profesjonalizacji – mowa tu choćby o kwestiach formalnych, które zamykają się w błędnym kole: kluby płacą niskie stawki polskim DJ-om → większość polskich DJ-ów nie prowadzi działalności, nie wystawia faktur, bo za mało zarabia → nie ma w Polsce agencji, które profesjonalnie zaopiekowałyby się DJ-ami, bo ci mają za niskie stawki, by było się czym dzielić → nie ma agencji, nie ma profesjonalnego podejścia i obsługi, więc polscy DJ-e muszą wszystko robić sami, więc nie mają takiego przebicia jak zagraniczni artyści, dlatego przegrywają z nimi w rywalizacji w klubach → itd. Zgodzicie się z tym?
To w dużej mierze efekt krótkiego okresu rozwoju sceny. To nie jest cecha polska – to po prostu etap, w jakim się znajdujemy. I znów – brak autorytetów, wzorców itd.
Dlaczego polskim artystom płaci się mało? A może powinienem zadać pytanie inaczej: dlaczego polscy artyści zgadzają się grać za niższe stawki niż zagraniczni, skoro podobno nie mają się czego wstydzić wobec nich?
Polski rynek muzyki elektronicznej jest po prostu młody, a publiczność mniej liczna i mniej zasobna niż na zachodzie. Gaża nie jest oceną jakości – jest odzwierciedleniem siły marki i popytu, które w Polsce dopiero się budują. To problem strukturalny, nie personalny.

Złe wzorce i potrzebne do wypracowania standardy
Czy tutaj też nie mamy przypadkiem do czynienia z kolejnym błędnym kołem? Ostatnio usłyszałem od ex-bookerki pewnego klubu, że ulubiona stawka DJ-owska jego właściciela to 0 zł, a jeśli – to jego słowa – ktoś chce więcej niż 300-400 zł za set, to „niech się w*pierdala”, bo „DJ-ów jak grzybów” i ktoś to na pewno weźmie. Co jest gorsze i bardziej szkodliwe dla sceny -DJ-e zgadzający się grać na takich warunkach, czy osoby lub miejsca płacące takie pieniądze?
Oba zjawiska utrwalają złe wzorce.
Co musi się wydarzyć, by polscy artyści zarabiali więcej? Pytam zarówno pod kątem tego, co powinni zrobić sami artyści, by mogli zapytać np. o 800-1000 zł za set i dostać te pieniądze, ale również pod kątem klubów, które często zostają same ze wszystkimi kosztami i tym samym ryzykiem. Umówmy się – prowadzenie klubu w Polsce, mając na uwadze kwestie podatkowe, to nie jest łatwy kawałek chleba.
To jest proces społeczno-gospodarczy, nie jednorazowa decyzja. Niezbędne jest wypracowanie standardów, które będą stanowiły wzorzec dla nowych osób. Potrzebne są takie dyskusje jak ta.
Zgłasza się do Was polski artysta – co musi sprawić, że zagra u Was na imprezie choćby warm-up lub closing?
Czasem wystarczy, że napisze. Polscy artyści w naszym klubie wypełniają ponad 90% slotów.
O kolektywach
W wypowiedziach Kuby pojawia się wątek kolektywów. Dla jednych może być to swego rodzaju „kasta”, która organizuje imprezy i obsadza je jedynie znajomymi ludźmi. Z drugiej strony, mam wrażenie, że to właśnie działanie kolektywne jest czasem jedynym sposobem, by móc realnie myśleć o organizacji i powodzeniu imprez z wyłącznie polskim line-upem. Jak zresztą zauważył Kuba, łatwiej się działa w grupie i rozdziela zadania, a poza tym więcej osób to większe community i szansa na to, by organicznie przyciągnąć wystarczające grono ludzi, by impreza się udała. Co Wy o tym sądzicie? Czy faktycznie tylko takie działania, w grupie, są szansą dla młodych artystów, by zaistnieć?
Kolektywy są naturalnym zjawiskiem w krajach, gdzie scena rozwija się oddolnie. Gdy brakuje instytucji, agencji, struktur – ludzi łączy wspólna pasja, praca i relacje. To nie wada, to mechanizm, który buduje społeczność od podstaw.
Wrócę na moment do kwestii wizerunku polskich DJ-ów i artystów. Zestawię ze sobą trzy perspektywy, z którymi spotkałem się w ostatnio przeprowadzonych wywiadach:
- Ola Teks uważa, że wiele osób w Polsce postrzega samopromocję jako coś złego.
- Kuba Sojka mówi: „To frustrujące, bo wielu z nas – artystów/producentów – ma ogromne doświadczenie i coś do zaoferowania, ale po prostu nie ma jak tego pokazać. Przez to człowiek staje na rzęsach, stara się zrozumieć algorytm Instagrama czy TikToka, kreuje kontent, by być zauważalnym, co finalnie sprawia, że marnuje się i czas, i energię na rzeczy niezwiązane z muzyką.”
- Pysh zaś twierdzi: „Najważniejsze to sumiennie pracować – produkować, grać dobre sety, nagrywać je, publikować, prowadzić audycje, dbać o social media, press paczki, wychodzić z kontaktem do ludzi. (…) Chodzi o sumienność – muzyka, sety, pomysły na posty, świeże zdjęcia, relacje z imprez. (…) Ważna jest naturalność – nie trzeba udawać kogoś, żeby być zauważonym. Dziś działamy na rynku światowym, więc nie można się bać. Warto wyznaczyć cele, w czym jesteśmy najlepsi, co możemy robić sami, a w czym potrzebujemy wsparcia. Kto lubi filmiki – niech nagrywa, kto lubi pisać – niech pisze, kto lubi żartować – niech tworzy funny content. To też kwestia pewności siebie i zabawy – w końcu to branża rozrywkowa i muzyczna, wszystko powinno dawać radość, także luz i do przodu!”
Z czym się w tych wypowiedziach zgodzicie, a z czym nie?
Każda z tych wypowiedzi opisuje niejako inny etap rozwoju sceny. Samopromocja długo była u nas piętnowana jako „parcie na szkło”, bo nie mieliśmy kultury promocji twórców. Dziś widzimy zmianę, ale dopiero się tego uczymy.

Czego zagraniczni artyści mogą nauczyć polskich?
Jakich lekcji od zagranicznych artystów powinni nauczyć się ci z Polski? W jakim obszarze i czego konkretnie?
Konsekwencji, profesjonalizacji, jakości komunikacji. Tamte sceny miały na to lekko 50 lat. My wciąż jesteśmy gdzieś na początku i nie ma w tym nic wstydliwego. To zjawisko dotyczy artystów, klubów, promotorów oraz wielu innych branż niezwiązanych ze sceną klubową. Taki prosty przykład, aby zobrazować, z czym się mierzymy: w latach 90. duże zagraniczne sieci (markety) musiały nam pokazać, jak wygląda nowoczesna dystrybucja i sprzedaż żywności na masową skalę. Nawet w tak stosunkowo prostej dziedzinie brakowało kompetencji. Co dopiero budowanie struktur i własnego know-how w obszarze kultury czy szeroko pojętego rynku muzycznego.
Wrócę jeszcze na moment do kwestii grup. Kuba wspomniał: „Niestety, barter, znajomości i kolesiostwo są dziś podstawą działania polskiej sceny. Wymienianki zawsze istniały, ale dziś to zdominowało cały system. Kluby i kolektywy często bookują siebie nawzajem, co utrudnia dostęp z zewnątrz. To nie jest zdrowa sytuacja, bo ogranicza różnorodność i rozwój. Nie mam nic przeciwko współpracy i wspieraniu się nawzajem, ale problem w tym, że często to jedyna droga, wciąż powtarzalna. Scena działa na jednym patencie i nie rozwija się przez to w żadnym kierunku. Artysta, który nie należy do żadnej grupy, nie ma szans się przebić.” Jednak dla przeciwwagi dodam od siebie – jeśli artysta nie należy do żadnej grupy, to jak sam ma tworzyć community? A przecież kultura klubowa to kultura społecznościowa, gdzie często nie wielkie budżety czy zaawansowane strategie marketingowe budują realny movement, jak choćby było w przypadku Świętego Bassu, o czym oni sami powiedzieli mi w wywiadzie.
To uproszczenie. W młodych rynkach, jak Polska, relacje zawsze odgrywają większą rolę niż struktury, zwłaszcza gdy struktury jeszcze nie istnieją. To etap rozwojowy. Patologie oczywiście się zdarzają, ale nie rozciągałbym tego na całą scenę.
Wiele mówi się o tym, że w mniej rozwiniętych krajach, jak np. Rumunia czy Gruzja, sceny prężnie funkcjonują w sposób oddolny i poprzez wspólne działania – wszyscy promują siebie nawzajem. Zresztą obecność rumuńskich czy gruzińskich artystów w polskich klubach jest regularnością. Tymczasem polscy artyści o cyklicznym graniu w zagranicznych klubach mogą pomarzyć – jest to zarezerwowane jedynie dla garstki z nich i to raczej zdarza się raz na jakiś czas, a nie jest comiesięcznym standardem. Dlaczego?
Bo nie mamy systemu eksportu kultury, który w wielu krajach rozwijał się przez dekady. Brak agencji, managementów, wsparcia państwa i budżetów PR sprawia, że polscy artyści muszą rywalizować z krajami o znacznie silniejszych strukturach.
Festiwalizacja sceny. Co oferują festiwale?
Czy można powiedzieć, że festiwalizacja sceny elektronicznej uderza w polskie kluby? Jak wynika z badań, które zrobiliśmy na potrzeby naszych bileterii, wychodzi na to, że ponad połowa ludzi woli wyjść raz na 2-3 miesiące na większy event, gdzie gra kilka dużych nazwisk i zapłacić za to odpowiednio więcej pieniędzy, niż wychodzić do klubu co weekend czy co dwa. A może kluby też powinny przejść na podobny tryb i np. organizować większe imprezy 1-2 razy w miesiącu?
Tak. Festiwale oferują „duże przeżycie na raz”, a to odpowiada nawykom konsumentów w młodym, szybko zmieniającym się społeczeństwie.
Skoro o festiwalizacji mowa – Kuba zwraca uwagę na Wisłoujście jako przykład zbudowania eventu na polskim line-upie. Eventu – dodajmy – który cieszy się ogromnym wzięciem. Z czego to wynika? Czy da się jakkolwiek przełożyć elementy fenomenu Wisłoujścia na realia klubowe?
Nie wchodząc w szczegóły, wydaje mi się, że ekipie Wisłoujścia udało się skupić ludzi wokół idei wspólnotowości – jednej wielkiej klubowej rodziny, która raz w roku spotyka się w Gdańsku, by celebrować wspólne chwile. Dziś to właściwie destination festiwal. Czy da się przełożyć to na realia klubowe? Myślę, że można próbować. Zajmujemy się tym w DD od 2,5 roku.
Wywiad z Kubą zwieńczony jest jego manifestem, który nawołuje do zintegrowania się w celu zmian na polskiej scenie, wzmocnienia jej i oparcia o rodzimych artystów. Czy to realna wizja, czy raczej utopia? Co musiałoby się zmienić, by to faktycznie miało szansę powodzenia?
Oczywiście, że tak. Natomiast trzeba pamiętać, że wciąż jesteśmy na początku tej drogi, nie na jej końcu. Wymaga to zmian strukturalnych, dialogu, edukacji, stworzenia standardów, dojrzałości rynku i konsekwentnego poprawiania procesów. Mamy to szczęście, że żyjemy i działamy w czasach, kiedy jest przestrzeń i są zasoby, żeby zajmować się budowaniem kompetencji w tych obszarach.

Sprawdź także
My pytamy, Siasia odpowiada: „W rok od zera do setu na festiwalu – czy w Polsce to w ogóle może się udać?”
Jak wyglądają zarobki DJów/DJek w Polsce, a jak powinny? [część I]
Dlaczego w polskich klubach nie grają polscy artyści? Kuba Sojka o toksycznych relacjach rodzimej sceny
Ola Teks: „Zawsze będzie moda na autentyczność i prawdę”
Sprawdź także
My pytamy, Siasia odpowiada: „W rok od zera do setu na festiwalu – czy w Polsce to w ogóle może się udać?”
Jak wyglądają zarobki DJów/DJek w Polsce, a jak powinny? [część I]
Dlaczego w polskich klubach nie grają polscy artyści? Kuba Sojka o toksycznych relacjach rodzimej sceny