Jurek Przeździecki: „Miejsca takie jak Berghain, wyświęciły pokolenia „szamanów” – wywiad

Wywiad
Jurek Przezdziecki

Jurek Przeździecki to kultowa postać na polskiej scenie elektronicznej. Nagrywał dla samego Svena Vatha, a dokładniej dla jego labelu Cocoon. Ponadto jest autorem przedsięwzięć takich jak Bigwigs, Epi Centrum czy Tumult Hands (wspólnie z Jackiem Sienkiewiczem).

W wywiadzie przeprowadzonym w niesamowitym studio usytuowanym w budynku Polskiego Radia, Jurek opowiada o łączeniu światów muzyki klasycznej i techno, początkach muzyki new beat i industrialu, fenomenie szamańskiego tańca i testowaniu swojej muzyki w klubach.

Jurek Przezdziecki

Biletomat.pl

Kup bilet na dowolny koncert lub imprezę!

Znajdź Bilety

Bezpieczne i proste zakupy

fot. Jagnus, Berg

Jurek Przeździecki – wywiad

Artur Wojtczak: Jesteś jednym z artystów, którzy odebrali klasyczne wykształcenie muzyczne. Czy było to ułatwienie czy wręcz przeciwnie – utrudnienie w komponowaniu / produkowaniu muzyki tanecznej?

Jurek Przeździecki: Z jednej strony to ułatwienie, a z drugiej potencjalne ograniczenie w kompozytorskim spojrzeniu. To są dość sztywne założenia, taka matryca, która ma uporządkować strukturę muzyczną np. jakim akordem utwór się zacznie i na jakim skończy.

Stosowanie tych zasad nauczyło mnie dyscypliny, ale w pewnym okresie stało się moją obsesją. Przykładowo Classicalism EP, Full tone EP, czy album Biscuits Symphony są tego przykładem. Utwór Sinfonietta jest inspirowany muzyką Grażyny Bacewicz, The Polish Quote jest oparte na cytatach z nokturnu Chopina… Dziś uważam, że te światy są jednak zbyt odległe i nie ma potrzeby na siłę je łączyć.

Jak postrzegasz projekty muzyczne będące mariażem muzyki poważnej z elektroniką, jakie są dziełem np. Carla Craiga czy Weissa w Polsce? Czy to sięganie po nową publiczność czy udowadnianie, że techno to „prawdziwa muzyka”, jak powiedział mi niedawno duet Orbital?

Jurek Przezdziecki: Nie wiem co miał na myśli Orbital mówiąc, że techno to „prawdziwa muzyka”, biorąc pod uwagę, że sama muzyka wymyka się jakiejkolwiek definicji.

Podejmowanie prób łączenia stylistyk może być ciekawe, ale warto jest zadać sobie pytanie: w jakim celu to robię? Przykładem jest przedstawienie The Bells Jeffa Millsa. Uważam, że ten eksperyment za niezbyt udany, bo obnażył prostotę muzyki techno i pokazał, że z rozdmuchanego medialnie show powstał dadaistyczny cover.

Z drugiej strony współpraca Carla Craiga z orkiestrą jest dowodem na to, że można zrobić to na przyzwoitym poziomie. Jeśli Craig chciał coś udowodnić, to pewnie to, że jest muzykiem z pokorą, otwartym na muzyczną dekonstrukcję i nie narzucającym własnego ego.

Jurek Przezdziecki

fot. Jagnus, Berg

Studiowałeś kompozycję i teorię muzyki współczesnej. Czy nowoczesna muzyka poważna jest w stanie zainteresować ludzi chodzących do klubów?

Jurek Przeździecki: Współczesna muzyka poważna bardzo się zmieniła na przestrzeni ostatnich lat. Coraz częściej wykorzystuje elektronikę i zdobycze nowych mediów. Eksperymentalna muzyka noise przestała być hermetyczna i weszła na salony ambientu. Filharmonie zapraszają muzyków komponujących elektronikę, a taneczne festiwale wykształconych pianistów. Wcześniej lekko zantagonizowane, dziś te światy wyciągają do siebie rękę. Budowana jest płaszczyzna ponad podziałami i uprzedzeniami. Myślę, że jest to dla każdego, w tym „klubowicza”, doskonały moment, by odkryć coś nowego.

Jurek Przezdziecki

fot. Jagnus, Berg

Podczas studiów na ASP byłeś zafascynowany muzyką industrialną oraz new beatem. Zresztą rok 2019 to triumfalny powrót tych brzmień w unowocześnionej formie: brutalistyczne, industrialne techno uderza na nowo za sprawą Heleny Hauff czy VTSS. Potem kupiłeś pierwszy instrument typu Korg, komputer Atari i spotkałeś się z duetem Tromesa. Opowiedz coś z tego okresu…

Jurek Przezdziecki: Pamiętam ten okres doskonale, byłem zafascynowany pierwotnym rdzeniem muzyki i mroczną, maszynową surowością – to było na studiach, na Akademii Sztuk Pięknych.

Pierwsze muzyczne próby miałem za sobą i mimo, że nie były skończoną formą muzyki to były przedsmakiem. W połączeniu z dużo ilością muzyki, której non stop słuchałem pojawiła się myśl, żeby zrobić coś poważniejszego. Równocześnie poznałem Tromesę, którzy tworzyli już muzykę i właśnie z nimi założyłem swój pierwszy projekt – Bigwigs. W ciągu kilku lat objechaliśmy większość kontynentów, grając dwukrotnie w Japonii, Australii, Brazylii, Południowej Afryce, USA, Kanadzie i Europie… Graliśmy na największych, światowych festiwalach, będąc kompletnie nieznani w Polsce. Muzyka, którą tworzyliśmy była bezkompromisowa, nie podlegała żadnym zasadom, była poza gatunkiem określanym jako psy-trance. Jeśli istnieje muzyczna wolność to Bigwigs byli jej esencją. Byliśmy bardzo wesołą trupą, a każdy nasze pojawienie było pamiętane na długo (śmiech).

Z Jackiem Sienkiewiczem stworzyłeś kiedyś Tumult Hands, nagrałeś też materiał z Andrzejem Karałowem. Wierzysz, że nieprzypadkowo spotykamy ludzi, na swojej drodze?

Jurek Przeździecki: Jacka i Andrzeja łączy niezwykła łatwość improwizacji, która od wielu lat jest dla mnie fundamentem tworzenia muzyki i wspólnego muzykowania. Zarówno muzyka Tumult Hands, jak i utwory powstałe wspólnie z Andrzejem to efekt czystej, wielogodzinnej improwizacji. Praca w takim systemie jest możliwa tylko w sytuacji totalnego „współ-czucia” muzyki. Nie umawiasz się na nic, po prostu płyniesz i współdzielisz muzyczną przestrzeń.

Przypadek jest sensem improwizacji, rodzajem muzycznego wyzwolenia. Wszechświat jest pełen przypadkowych ludzi, ale przecięcie z nim swojej drogi, nie jest już chyba przypadkowe.


W ubiegłym roku w jednej z audycji dla radiowej Czwórki opowiadałeś o kulturze plemiennej i fenomenie transu. Co jest najsilniejszym ogniwem łączącym praczasy ze współczesnością w kontekście tańca? Wszelki taniec na ziemi jest tylko gałęzią niebiańskiego korowodu. Gdziekolwiek tańczący tupnie nogą, tam z kurzu powstaje nowe źródło życia.

Jurek Przeździecki: Myślę, że najsilniejszym jest potrzeba zjednoczenia w najbardziej bezpośredni sposób. Tancerze są blisko, bez względu na kolor skóry, płeć, religię czy miejsce w hierarchii społecznej – porusza ich jeden, wspólny bodziec – muzyka. Wystarczy rytmiczne bicie w bębny by spirytystyczna energia udzieliła się grupie i przeniosła świadomość do innej rzeczywistości.

Trans taneczny jest domeną plemion prymitywnych, sekt i kultów ale my, zapatrzeni w smartfony i social media, również czasami go potrzebujemy. Mistyczna i lecznicza natura tańca jest dla nas czymś innym niż dla szamanów z afrykańskiej wioski. Jednak funkcja jest podobna – uleczyć duszę z codziennych chorób i oczyścić zestresowany umysł.

Można powiedzieć, że muzyka elektroniczna i miejsca takie jak Berghain, wyświęciły nowe pokolenia „szamanów”. Archaiczny rytuał po prostu zastąpiła współczesna technologia.

Jurek Przezdziecki

fot. Jagnus, Berg

Sam od lat nie chodzisz na imprezy, jesteś z dala od używek będąc jednocześnie artystą, który nagrywa nowe płyty będące w zgodzie z najnowszymi trendami w elektronice. Czy ta muzyka równie dobrze funkcjonuje w studio, co w klubie?

Jurek Przeździecki: Staram się jak najczęściej grać moją muzykę w klubie, żeby sprawdzić jak działa na ludzi. Wiele utworów po skończeniu, rozsyłam zaprzyjaźnionym DJ-om, by potem zebrać klubowy feedback. W większości odbiór jest bardzo dobry, chociaż są miejsca, gdzie brakuje tego „muzycznego skalibrowania”.

Myślę, że stwierdzenie, że jest to muzyka dla wszystkich byłoby na wyrost. Dla mnie funkcją muzyki nie jest tylko „fizyczne” poruszenie słuchacza, ale doświadczenie momentu, który towarzyszył mi w studio. Jeśli to „coś” podczas tworzenia było mocne i intensywne – chcę, by tak samo było odebrane na parkiecie. Powszechna „funkcjonalność” muzyki klubowej jest dla mnie nie do zniesienia i szkoda czasu, który dla artysty powinien być twórczym doświadczeniem.

Jurek Przezdziecki

fot. Jagnus, Berg

Album Excrescence, który wydałeś w labelu Synewave jako Epi Centrum, to potężna dawka ekstatycznego techno nawiązującego do źródeł z Detroit. Jak długo pracowałeś nad albumem i jakich instrumentów używałeś?

Jurek Przeździecki: Album powstawał w latach 2016-2018. Nie zakładałem nawiązania do nurtu Detroit, a raczej autentycznej surowości muzyki połowy lat 90.

Tytuły utworów są subiektywnym komentarzem do relacji miedzy ludźmi, złudzeń, którymi żyjemy i emocjonalnej pustki. Starałem się to wyrazić w samej formie dramaturgicznej utworów. Nie jest to muzyka “zaangażowana”, ale raczej opisująca. Album to osobista historia – dzielisz się nią z innymi, więc musi być ciekawa i prawdziwa. Chciałem to sprawdzić, więc na pewnym etapie odłożyłem go na pół roku na półkę. Chciałem wiedzieć czy muzyka na albumie ciągle mnie porusza. To był dobry pomysł, a wsparcie samego Damona Wilda, który dał mi tyle czasu, bardzo mi pomogło. Sam w międzyczasie testował wybrane utwory w klubach – min. w Berghain. Moje studio mieści się w starym budynku Polskiego Radia w Warszawie, gdzie właśnie odbywa się nasz wywiad.

Jurek Przezdziecki

fot. Jagnus, Berg

Sercem studia jest duży system modularny Buchla 200e oraz Easel. Brzmienie tego instrumentu jest unikalne i nie da się go powtórzyć w żaden inny sposób. Większość motywów i sekwencji na albumie właśnie pochodzi z tego instrumentu.

Następny to Macbeth Elements, który jest zbliżony w barwie do VCS Synthi, mimo to ma swój charakter. Mimo, że Buchla jest ze mną od wielu lat, to system modularny Eurorack dopiero od niedawna. Używam go do brzmień perkusji i linii basowych.

Bardzo ważnym urządzeniem jest procesor Iotine Core 3 firmy NIIO Analog, któremu zawdzięczam takie barwy jak w utworze Forsaken Minds. Miksuję na stole APB Dynasonics o przeznaczeniu live. Używam 4 kompresorów, które najlepiej sprawdzają się w moim wypadku – API 2500, 2x Chandler Germanium i Elysia. Za efekty odpowiada procesory Eventide H8000FW oraz Timefactor i Space. Improwizację nagrywam w programie Logic Pro X i tam dalej obrabiam i miksuję.

Gdzie będzie można usłyszeć materiał z tej płyty na żywo?

Jurek Przeździecki: Na początku sierpnia festiwal Wisłoujście, gdzie będę występował w sobotę. Zapraszam serdecznie wszystkich i mam nadzieję, że już wkrótce będę mógł zaprosić na kilka ciekawych występów na jesieni solo i w kooperacji. Do zobaczenia!

Jurek Przezdziecki

fot. Jagnus, Berg


Polecamy również


Imprezy blisko Ciebie w Tango App →