Jan Blomqvist – WYWIAD DLA MUNO.PL

4 033
Wywiad
Jan Blomqvist – WYWIAD DLA MUNO.PL

Ucieczka w góry, imprezy z Oliverem Koletzkim, ponad 100 występów w roku oraz praca nad albumem - o tym i o kilku innych sprawach rozmawialiśmy z Janem Blomqvistem, jednym z najbardziej utalentowanych młodych muzyków z Berlina.

Jan Blomqvist to aktualnie jeden z najbardziej rozchwytywanych młodych artystów z Berlina. Jego niepowtarzany głos oraz kombinacja organicznych dźwięków z electro popem i deep housem zapewniły mu ponad 100 występów tego roku na całym globie.

Karierę muzyczną rozpoczął już jako młodzieniec w punk rockowym zespole, z którym koncertował w północnej części Niemiec. Po przeprowadzce do Berlina, Jan postawił na muzykę elektroniczną. Tak powstał dzisiejszy styl artysty, który można przyrównać do mikstury Radiohead, Muse, Bodi Bill, Stephana Bodzina i Jamesa Holdena.

JAN BLOMQVIST (BERLIN) – WYWIAD

Czy doświadczenia z Twojej rockowej przeszłości pomagają Tobie w tworzeniu muzyki elektronicznej?

W pewnym sensie na pewno, ponieważ przez lata tworzenia muzyki na gitarze nauczyłem się sporo o harmonii. Poznałem, które akordy współgrają ze sobą, a które nie. Również doświadczenia z występów na żywo z punk rockowym zespołem są dla mnie bardzo ważne. Nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć na scenie. Nawet najgorzej zorganizowany gig w klubie jest niczym w porównaniu z punk rockowym koncertem w ciemnej piwnicy, zlokalizowanej pośrodku niczego. Ale to wszystko. Całej reszty, miksowania, realizacji dźwięku, masteringu, aranżu numerów czy całych live setów musiałem nauczyć się od nowa. Do niektórych instrumentów, jak syntezatory czy automaty perkusyjne, musiałem podejść jak zupełny laik i nauczyć się nich od zera. Aktualnie skupiam się na shakerze. Bardzo trudno nagrać poprawny shaker, kiedy nie jest się perkusistą. Ale z każdym dniem jestem lepszy. Bycie poprawnym nie było najważniejsze w punk rockowym bandzie, jak i nigdy nie skupiałem się tak mocno na aranżu. Najważniejszą rzeczą jaką zdobyłem dzięki muzyce elektronicznej to dobrze wyszkolony słuch. Można go rozwinąć dzięki zmianie pokoju z bardzo głośnym odsłuchem, na miłe studio z profesjonalnymi monitorami.

Fascynacja muzyką elektroniczną sprowadziła Ciebie do Berlina, czy rozpoczęła się od przeprowadzki do tego miasta?
Nie, ta fascynacja była we mnie odkąd skończyłem 14 lat, kiedy to odkryłem zespół The Notwist. Mieszkałem wtedy na wsi i wszyscy interesujący ludzie jeździli na imprezy goa do Hamburga, zostając tam na cztery dni. Myślałem sobie wtedy: „wow, to musi być niesamowite, muszę kiedyś tego spróbować”. Przeprowadzka miała wpływ na rozwój tej fascynacji, zwłaszcza że trafiłem do Berlina w 2004 roku. Wtedy muzyka elektroniczna obierała nowy kierunek, z technicznych brzmień na bardziej minimalowe i deep house’owe. Wiele klubów, które do dziś uważa się za najlepsze na świecie, otwierało się właśnie w tym okresie. Bycie tam w tym szczególnym momencie wpłynęło na mnie i zrobiło wrażenie.
Czy pamiętasz moment, w którym zdałeś sobie sprawę, że tak wiele osób fascynuje Twoja muzyka?

Nie bardzo, ponieważ moi znajomi zawsze ją lubili. Ale z każdym występem powoli zdaję sobie sprawę, że to grono osób stale się powiększa.

Współpracowałeś z takimi berlińskimi sławami jak Oliver Koletzki, Niconé czy Sascha Braemer. Czy znałeś osobiście tych artystów wcześniej?

Znałem Olivera Koletzkiego z Bar25. Często się tam spotykaliśmy. Po jakiejś imprezie wpadł do mnie na after party i powiedział, że chce wydać mój kawałek. Myślałem wtedy, że żartuje ze mnie, ponieważ chodziło mu o popowy numer z tempem 65 bpm. Nie potraktowałem jego propozycji poważnie, ale wróciłem do niego trzy lata później, kiedy skończyłem swój pierwszy, 90 minutowy klubowy live set. Saschę poznałem po swoim pierwszym wydawnictwie w Dantze. Bardzo lubię Niconé, świetnie się razem bawimy. Zazwyczaj jeśli gdzieś jest Sascha Braemer, całkiem niedaleko musi być też Niconé. Tym gościom nie zależy tylko na sławie i wielkim nazwisku. Oni po prostu kochają muzykę.
Czy możesz opisać jak wygląda Twoja praca w studio? Od czego zazwyczaj zaczynasz?
Zazwyczaj zaczynam z gitarą, poszukuję melodii która mnie nakręci. W jakiś sposób gitara mówi mi, co musi przyjść następnie. To jak język, nie muszę nawet nad tym myśleć, wszystko przychodzi samo. To ta łatwiejsza część. Po 30 minutach mam pierwszy szkic. Później, potrzebuje minimum czterech tygodni, aby zapełnić pomysł odpowiednimi dźwiękami. Czasem jednak może to trwać latami. „Somthing Says” kosztowało mnie dwa lata pracy i kilka siwych włosów na głowie. Najważniejsze jest to, że z każdą ukończoną piosenką czuje się lepszym producentem. Mam tylko nadzieję, że nie tracę swoich umiejętności jako piosenkarz, kiedy to mój umysł coraz bardziej zapełnia się wiedzą ze studyjnych, technicznych i produkcyjnych procesów.
Czasem wspominasz, że wolisz pracować w studio samemu, dlaczego?
Ponieważ zawsze mam konkretny pomysł na to co chce uzyskać w procesie produkcji. Tworze w głowie cały numer i chcę żeby brzmiał dokładnie jak go sobie wyobrażam. Bardzo trudno to wytłumaczyć innym, często próby kończą się frustracją. Oznacza to też, że bardzo trudno mnie przekonać do czyichś pomysłów. Jestem trochę dupkiem kiedy tworzę muzykę. Dlatego wolę pracować sam, nie chce nikogo denerwować w studio. Jest tylko jeden gość który może mnie znieść – Felix – mój klawiszowiec. Jest bardzo cierpliwy.
Czy Twój „organiczny”, instrumentalny styl powstał przez przypadek, czy to było zamierzone działanie?
Taki był plan. Zawsze brakowało mi tych „żywych” dźwięków w muzyce klubowej. Miałem taki pomysł od samego początku, chciałem wprowadzić pianino do klubów. Również basy były dla mnie zbyt ‚statyczne’, więc miałem pomysł, aby pokryć je z moją gitarą. Nadal lubię attack jaki może dać normalna gitara. Kiedy zacząłem rozglądać się za występami w 2004 roku, wiele klubów mi odmawiało. Twierdzili, że nikt nie chce słyszeć klawiszy i wokali na żywo w klubie techno. Dla mnie wszystko się zmieniło dzięki hype’owi Nicolasa Jaara. Nagle wszystkie kluby zdały sobie sprawę, że wokale i klawisze na żywo to niezły pomysł i że dzięki temu ludzie szaleją na parkiecie jeszcze bardziej. Kluby stanęły przede mną otworem, nawet jeśli robiłbym to samo, co chciałem robić 5 lat wcześniej.
Masz teraz sporo koncertów, na pewno niesie to za sobą stres i zmęczenie. Co robisz, gdy chcesz na chwilę oderwać się i odpocząć?

Chciałbym uciec w dzikie góry, gdzie nie ma żywej duszy. Taki jest plan. Ale dobrze też działają na mnie małe wakacje, podczas których zwiedzam berlińskie kluby, w których czasem nie było mnie od lat. Spotykam się wtedy ze starymi znajomymi. Możliwe że gdybym dalej pasjonował się punk rockiem, odpowiedziałbym tak samo.
Czy mógłbyś opowiedzieć nam coś o albumie, nad którym pracujesz?
Pracuje nad nim każdego dnia, jest niemal skończony. Jestem bardzo zadowolony z finalnego efektu, który jest już tak blisko. Przez ostatnie dwa lata byłem sfrustrowany, ponieważ nie byłem zadowolony ze swojej muzyki. Ale teraz wszystko się zmieniło, odkryliśmy z Felixem kilka sztuczek, zorganizowaliśmy swoją pracę na nowo. Na razie jedynym problemem są wokale, które nie do końca pasują do naszych nowych, syntezatorowych brzmień. Musimy opracować inne pomysły, co niesie za sobą ciężką pracę z tekstami. Wszystko musi razem brzmieć idealnie, a teksty muszą być wyjątkowe. Te wszystkie wokalne spawy są bardzo trudne, przez co też czasochłonne. Ale właśne to jest tak bardzo interesujące w muzyce elektronicznej, szukanie idealnych dźwięków, instrumentów i aranżacji, bez gubienia tego prostego, głównego pomysłu. Album będzie zawierał nie tylko klubowe kawałki jakie już wydawałem, ale też piosenki z uboższą sekcją perkusyjną. To album, a nie singiel czy klubowa epka, chciałem pozostawić go otwartym na każdy styl muzyczny, jaki czuję. Pojawi się już wkrótce, pewnie byłby gotów o wiele wczesnej, ale 100 moich występów na żywo w tym roku znacznie ogranicza czas, jaki mogę poświęcić na pracę w studio.
Czy jest jakieś wspomnienie z Tatarak Festival w Polsce, które szczególnie utkwiło Ci w pamięci?

Najfajniejsze wspomnienie z tego festiwalu to leżenie na plaży aż do wschodu słońca, w towarzystwie znajomych, których poznałem na miejscu. Show było wspaniałe, świetna publika i dużo pozytywnego feedbacku. Staramy się być bardzo skoncentrowani podczas występu, cały czas jesteśmy skupieni na następnym kroku podczas grania, więc często po nim nie pamiętamy żadnych szczegółów. Mieliśmy niezłą frajdę, to pamiętam na pewno.
Rozmawiał: Mariusz ‚Zariush’ Zych