J.Phlip dla Muno.pl – WYWIAD!

4 407
Wywiad

Zapraszamy i zachęcamy do przeczytania wywiadu z główną gwiazdą dwóch nadchodząych imprez z cyklu Pets Recordings Showcase - J. Phlip!

Młoda producentka pochodząca z małego miasta w stanie Illinois (tak, ten sam gdzie leży również Chicago) to bez wątpienia jedna z ciekawszych obecnie amerykańskich producentek. Znana głównie za sprawą olbrzymich ilości bassu, oraz nieco frywolnego podejścia do muzyki tanecznej, J.Phlip to stały członek rodziny Dirtybird, czyli labelu należącego do Claude’a Von Stroke’a. Ciężko nie ruszać się do jej produkcji, tak samo nie sposób ustać w miejscu podczas jednego z jej DJ setów. Dlatego też postanowiliśmy zadać młodej amerykance kilka pytań na kilka dni przed jej pierwszymi występami w Polsce w ramach Pets Recordings Showcase.

WYWIAD: J.PHLIP (DIRTYBIRD / PETS)

Dużo przeklinasz? Na twoim profilu Facebookowym można przeczytać, że ktoś powinień wymyć twoją buzie mydłem.
Może czasem zdarzy mi się użyć kilka przekleństw, ale jeśli usłyszałeś kiedyś mój numer „Bootyberg”, to będziesz dokładnie wiedział, skąd to się wzięło.
W każdym razie, wychowałaś się w Champaign w stanie Illinois, w jaki więc sposób zainteresowałaś się muzyką elektroniczną? Czy miało to coś wspólnego z wpływem Chicago, który oddalony jest kilka godzin od twojego rodzinnego miasta? Czy może internet był już po prostu wystarczająco rozwiniętym źródłem informacji na temat muzyki?
Poznałam muzykę elekroniczną z kilku żródeł tak naprawdę, ale internet sam w sobie nigdy nie był głównym. Moja pierwsza styczność z muzyką house miała miejsce dzięki lokalnej, sobotniej audycji radiowej, która nazywała się Radioactivity. Pewnego razu zadzwoniłam do stacji w ramach konkursu i wygrałam płytę Bena Watta „Lazy Dog Volume 2”. I w taki właśnie sposób dowiedziałam się, czym tak naprawdę jest muzyka house. Do tego czasu wiedziałam tylko czym ogólnie jest muzyka taneczna, ale pojęcia bladego nie miałam na temat poszczególnych gatunków.
Dodatkowo, w każdy weekend grywali jacyś house’owi DJ-e w Champaign. Moim ulubieńcem był taki jeden lokalny, który na pewno kupował sporą część swojej muzyki w Chicago. Swego czasu było też kilka klubów, które sprowadzały DJ-ów z Chicago. Oraz, już w ramach ciekawostki – Green Velvet i Mazi studiowali w Champaign i ponoć regularnie grywali rave’y i różnego rodzaju imprezy w okolicy, ale to było zanim ja miałam cokolwiek wspólnego z muzyką taneczną. Tak więc śmiało można stwierdzić, że Champaign miało swoją własną mikro scenę.

Często jeździłaś imprezować do Chicago po tym, jak wkręciłaś się w muzykę taneczną?
Oczywiście! Smartbar i Lava Lounge były moimi klubowymi domami w Chicago. Tak samo jak Gramaphone i Hot Jams były moimi ulubionymi sklepami z muzyką.
A kiedy dokładnie nastąpił moment, w którym postanowiłaś spróbować swoich sił jako DJ?
Jak miałam 18 lat, pewnego razu poszłam spać do swojego dobrego znajomego po całonocnej imprezie. On był DJ-em, tak więc gdy się obudziliśmy, pokazał jak się zgrywa beaty na swoich Technicsach. I to było to, więcej nie trzeba mi było, żeby wiedzieć, że granie jest dla mnie. Praktycznie od razu kupiłam zestaw gramofonów paskowych za sto dolarów. I tak zaczęła się moja przygoda z miksowaniem.
Mieszkałaś kiedyś przez jakiś czas w samym Chicago? Jak ma się tam scena? Z tego co wyczytałem, to zdaje się to nie być najłatwiejsze miejsce do organizowania imprez. Czy tak jest faktycznie?
Owszem, mieszkałam w Chicago przez dokładnie rok. I tak, nie jest tam łatwo. Gdy tam byłam, to czułam, że nie ma żadnego wsparcia dla współczesnej muzyki tanecznej. Fakt, można było iść usłyszeć starszych, klasycznie brzmiących DJ-ów w każdy poniedziałek w Boom Boom Room i ludzie się świetnie tam bawili. Na swój sposób było to niesamowite, wiadomo. Ale z drugiej strony jeśli Smartbar sprowadziło jakieś świeższe nazwisko, klub świecił pustkami. Ja zdecydowanie wolałam być częścią tej drugiej sceny, ale niestety ówczesne Chicago nie było miejscem do tego.
Nie wiem jak jest dokładnie, ale ostatni raz jak tam grałam z Claudem Von Stroke’iem to mieliśmy świetną imprezę. Słyszałam jednak bardzo różne rzeczy od swoich znajomych DJ-ów. Niektórzy mówili, że było świetnie, inni, z kolei, że było martwo. Tak więc może tak po prostu w Chicago jest, że raz jest dobrze, raz nie? W wielu miejscach w stanach tak właśnie bywa, bo trzymanie undergroundowej muzyki tanecznej w USA przy życiu to ciężki kawał chleba.

Skąd pomysł na późniejszą przeprowadzkę do San Francisco?
Zawsze fascynowało mnie to miasto. I po kilku wycieczkach tam, oraz kilku zagranych imprezach, w tym z Dirtybird, po prostu musiałam to zrobić. Od dawna i tak chodził mi ten pomysł po głowie, tak więc jak tylko poczułam tamtejszą atmosferę, to wiedziałam, że muszę się tam przeprowadzić.
Wspomniałaś o ekipie Dirtybird. W jaki sposób ich poznałaś?
Boże, chyba z milion razy opowiedziałam już tą historię (śmiech). W wielkim skrócie – poznałam Justina Martina jak grał w Chicago jakieś osiem lat temu i pomyślałam sobie, że to bardzo szczególna osoba. Bardzo lubiłam zarówno muzykę, którą wydawał nakładem Buzzin’ Fly, jak i pierwsze wydawnictwa, które ukazały się nakładem Dirtybird. Byłam zafascynowana całą ekipą, tak więc dorwałam ich wszystkich w Miami i tak jakoś wyszło, że spędziliśmy ze sobą kupę czasu. Uwielbiam ich wszystkich do dnia dzisiejszego!
Czy wówczas właśnie postanowiłaś zabrać się za produkcję?
Chciałabym! W tamtym czasie miałam dziwny staż w firmie produkującej gry komputerowe, grywałam jako support w ramach tourne po stanach DJ-a Colette’a i Reida Speeda, pracowałam za barem, oraz grywałam lokalnie jako DJ kilka razy w tygodniu. Na to wszystko miałam studia inżynierskie do skończenia, a ostatni semestr okazał się najtrudniejszy ze wszystkich. Nie miałam czasu na produkcji zanim nie skończyłam studia. W sensie, mogłam, ale zaszłam za daleko, żeby je rzucić.
Twoje brzmienie, tak samo jak reszty ekipy Dirtybird, ostatnimi czasy ma w sobie olbrzymie wręcz ilości bassu. Co takiego ma w sobie San Francisco, że tylu artystów tak właśnie brzmi?
Każdy z nas zawsze uwielbiał dużo bassu. Zresztą, linia bassowa w pierwszym numerze jaki kiedykolwiek zrobiłam była robiona na 50 hz-owej fali sinusowej. Niżej więc praktycznie zejść nie można…

Jaki masz plany na przyszłość? Zamierzasz jakimś przypadkiem wydać album?
Właśnie nabyłam swój pierwszy analogowy sprzęt – The Dave Smith Tempest. Oczywiście musiałam wybrać najbardziej skomplikowaną maszynkę. Masę czasu zajęło samo przeczytanie instrukcji, nie mówiąc już o jej bardziej praktycznym użytkowaniu. Ale idzie mi teraz coraz lepiej, a niebawem będę miała cały miesiąc wolny, więc na pewno poświęcę trochę czasu na napisanie paru EP-ek! No i mam do skończenia remiks dla Soul Clap. A mój własny album? Hm, może jak będę miała 30 lat, albo jak chłopacy przestaną mi się podobać (śmiech).
Obecnie mieszkasz w Berlinie. Jaki jest najlepszy aspekt życia w stolicy Niemiec?
Jest cała masa dobrych rzeczy! Jednak najlepszy to fakt, że jest tanio, wobec czego życie artysty jest zdecydowanie mniej stresujące.
A najgorszy?
Zdecydowanie pogoda. No i brak plaży.
O scenie w na zachodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych (w szczególność Los Angelos i San Francisco) robi się coraz głośniej, a niektórzy artyści z Europy decydują się na przeprowadzkę tam. Wrócisz kiedyś tam?
Chodzi mi to głowie ostatnimi czasy, jako że grywam tam coraz częściej. Ale na tę chwilę mam dość przeprowadzek, tak więc póki co zostanę na miejscu. Ale kto wie co przyniesi przyszłość!
Kupujesz wciąż płyty? Jeśli tak, to co ostatnio sobie kupiłaś?
Tak! Parę tygodni temu sporo kupiłam w Oye Records w Berlinie. Moja ulubiona płyta z tamtej paczki to Heeeman „Bang’t”.
Ulubiony kawałek pop wszechczasów?
Nie przepadam jakoś specjalnie za popem, ale skoro już muszę coś wybrać, to powiem „D.M.S.R” Prince’a. Numer dla mnie szczególny, bo od ojca dostałam go na winylu.


Latest tracks by j.phlip