Czyżby w Warszawie rósł mini-festiwal techno? Relacja z Instytutu

7 074
Wydarzenie
Czyżby w Warszawie rósł mini-festiwal techno? Relacja z Instytutu

"Tegoroczna edycja Instytutu stanowiła kolejny krok naprzód w rozwoju tego kultowego cyklu, który oczami zewnętrznego obserwatora nie stoi w miejscu i zdaje się aspirować do miana warszawskiego mini-festiwalu techno". Zapraszamy na relację z ubiegłotygodniowego Instytutu!

Kolejna edycja niedawno reaktywowanego, kultowego wydarzenia muzycznego jakim jest Instytut, przyniosła sporo nowości, które zmieniły oblicze tej imprezy. Z roku na rok można zaobserwować rozwój wydarzenia nie tylko w zakresie organizacji czy line-upu, ale i frekwencji.
Pierwsza edycja „nowego” Instytutu z Kaiserdisco, Carim Lekebuschem i Joelem Mullem ograniczała się do jednej sceny i choć wydarzenie wzbudziło duże zainteresowanie, frekwencja była zaledwie przyzwoita.
Rozpoczęcie współpracy z T-Mobile Electronic Beats jesienią zeszłego roku pozwoliło Instytutowi otworzyć się na szersze grono odbiorców poprzez uruchomienie drugiej sceny, na której królowały lekkie brzmienia. Kiedy w Hali Najwyższych Napięć łomot spuszczali publice Marcel Dettmann oraz Chris Liebing, w namiocie T-Mobile Electronic Beats koili zmysły Michael Mayer oraz Stimming.
Tegoroczna edycja wyniosła Instytut do rangi mini-festiwalu. Najpierw ogłoszono, że do użytku słuchaczy oddana zostanie jeszcze jedna scena mieszcząca się w sąsiednim budynku – Hali Wysokich Napięć. Następnie, że za program artystyczny trzeciej sceny odpowie digitalowy label Luzztro Records, związany z warszawskim klubem Luzztro, słynącym z najdłuższych w stolicy afterów.
Line-up majowego Instytutu od początku wzbudzał jednak pewne kontrowersje. Dało się słyszeć zarzuty o brak świeżości, czy o zbyt wysokie postawienie poprzeczki zaproszeniem Richiego Hawtina. Koniec końców, organizatorom udało się zachować zdrowy balans w bookingach i zadowolić szerokie spektrum fanów elektroniki, i to przy jednoczesnym braku sceny, na której królowałyby wyraźnie lżejsze brzmienia.
W Hali Najwyższych Napięć, której monumentalna bryła góruje nad terenem imprezy i robi niesamowite wrażenie na przybywających rejwerach, muzyczne przedstawienie otworzył ambientowo Terstin, spokojnie i z wyczuciem wprowadzając napływający tłum w to, co miało wydarzyć się później. Na już rozgrzany parkiet swojego seta, przypominającego pędzącą lokomotywę, rzucił przedstawiciel krakowskiej sceny – Deas, grając z mocnym technicznym uderzeniem i melodyjnymi akcentami. Po nim kontrolę nad DJ-ką przejął Shifted, który zaprezentował set w charakterystycznym dla siebie stylu: mechanicznym, surowym, przesyconym metalicznym, niekiedy wręcz ascetycznym brzmieniem. W trakcie jego występu parkietowa machina weszła na najwyższe obroty. Jego następca – Mathew Jonson – zwolnił nieco tempo imprezy, a zaprezentowany przez niego live act, jako jedyny tej nocy, był raczej zaproszeniem w muzyczną podróż nastawioną na obcowanie z szerszym wachlarzem dźwięków. W czasie jego występu, w odróżnieniu do poprzedników, można było trochę „popływać”.
W tłumie dało się wyczuć największą ekscytację, kiedy za deckami stanęła legenda we własnej osobie – Richie Hawtin. Set, którym nakarmił publiczność był zróżnicowany i dość energiczny, odpowiedni jak na tę porę imprezy. Dodatkową atmosferę zbudowało otwarcie gigantycznych wrót Hali Najwyższych Napięć, odsłaniając majaczący za horyzontem wschód słońca, który po chwili przeszedł w piękny poranek. Warto nadmienić, że w czasie seta Richiego za DJ-ką odbyły się… zaręczyny, a szczęśliwa para (wybranka powiedziała „tak”!) została nagrodzona pamiątkowym zdjęciem z gwiazdą i darmowymi wejściówkami na następną edycję Instytutu.
Pod względem oświetlenia Hala Najwyższych Napięć została przygotowana naprawdę porządnie. Zastosowane rozwiązania świetlne były bardzo efektowne i dobrze widoczne. Udało się zbudować atmosferę rasowej wielkopowierzchniowej imprezy, jednak nie odciągając uwagi od głównego aktora tego przedstawienia, tj. muzyki. Część osób narzekała, że z tyłu sali dało się słyszeć wyraźny pogłos, dlatego zdecydowanie lepsze doznania dźwiękowe mogli mieć tańczący na przedzie, gdzie czuć było moc potężnych liniowych głośników. Kwestia dźwięku z pewnością powinna zostać dopracowana, ale organizatorów usprawiedliwia nieco fakt, że idealne nagłośnienie wnętrza o tak wielkiej kubaturze z pewnością nie należy do łatwych.
Czarnym koniem Instytutu okazała się Hala Wysokich Napięć. Jej wnętrze, pełne ogromnych urządzeń i instalacji, budowało ciężki industrialny klimat. Na tej scenie postawiono na mniejsze fajerwerki wizualno-świetlne, co było zdecydowanie dobrym posunięciem. Hala została wyposażona w potężne nagłośnienie, które radziło sobie zdecydowanie lepiej niż to w Hali Najwyższych Napięć. Dało się odnieść wrażenie, że muzycznie druga scena skutecznie podbiła serca publiki, która przybywała do środka tak tłumnie, że w pewnym momencie konieczne było limitowanie liczby wchodzących przez pracowników ochrony.
Tutaj muzyczną ucztę rozpoczęła jedyna reprezentantka płci pięknej tego wieczoru – Anja Kraft, słynąca z bardzo solidnych, poprawnie stopniujących atmosferę warm-up’ów. Warszawska DJ-ka należycie przygotowała parkiet pod to, co miało wydarzyć się potem. Set Randomera runął na dancefloor jak grom z jasnego nieba. Był to bezsprzecznie najmocniejszy występ Instytutu, wypełniony ciężką stopą, szybkim tempem i szaleńczą energią. Abstract Division również pozytywnie zaskoczyło prezentując dynamicznego seta, nieco bardziej wyrafinowanego od poprzednika i ciepło przyjętego przez rosnący z minuty na minutę tłum tańczących. Pokaźną grupę rejwerów, którzy pozostali w Hali Wysokich Napięć w czasie, gdy na scenie obok grał Richie Hawtin, dobił jeszcze Concept of Thrill, którego closing set zarówno pod względem selekcji, jak i techniki jedynie potwierdził zasłużone miejsce artysty w aktualnej czołówce polskich DJ-ów.
Pokładane w nim oczekiwania spełnił także namiot Luzztro Records, który pozostawał wypełniony tańczącymi przez cały czas trwania imprezy. Trzecia scena Instytutu pokazała, że Luzztro dysponuje w Warszawie tak twardym elektoratem, że pozazdrościłaby mu go każda partia polityczna. Na szczególne wyróżnienie zasługują tutaj niezwykle nośny set trójmiejskiego duetu Cranz – nowego nabytku Luzztro Records oraz energiczny closing weterana Luzzter i warszawskiej sceny – Truanta, który potrafił odciągnąć całkiem sporą grupę od występu Richiego Hawtina. Świetne wrażenie robiły wizualizacje, o które zadbała poznańska ekipa .wju, odpowiedzialna m.in. za wizualną oprawę imprez w Starej Rzeźni, czy sceny Citites Tent na zeszłorocznym Audioriver.
Organizacyjnie nie obyło się bez drobnych potknięć. Jeżeli Instytut aspiruje do bycia imprezą na europejskim poziomie, delikatnej poprawy wymaga infrastruktura. Momentami kolejki po piwo były tak długie, że trzeba było stać w nich niemal kilkadziesiąt minut. Podobnie rzecz się miała z toaletami. Te niedociągnięcia nie były jednak w stanie popsuć nikomu przyjemności z imprezy, która przyciągnęła rekordową ilość osób.
Podsumowując, tegoroczna edycja Instytutu stanowiła kolejny krok naprzód w rozwoju tego kultowego cyklu, który oczami zewnętrznego obserwatora nie stoi w miejscu i zdaje się aspirować do miana warszawskiego mini-festiwalu techno. Sądząc po atmosferze, która panowała na parkietach wszystkich 3 scen i po zadowolonych twarzach uczestników – jest to bardzo dobry kierunek. Trzymamy kciuki za organizatorów i kolejne edycje!
Tekst: Pawiel Wladkowski

Instytut 13-05-2017 Techno Warsaw from Pawel Malczyk on Vimeo.