Filip Janicki: Chciałem być traktowany tak samo, jak wszyscy – wywiad

fot. Helena Majewska
Wywiad
Filip Janicki - Fot. Helena Majewską

"Kiedy zaczynałem się uczyć jako DJ, nigdy nie chciałem być postrzegany jako osoba z problemami ze słuchem" - opowiada Filip Janicki, znany w kręgach muzycznych jako Phil Jensky i Deaf Can Dance. Dlaczego przestał grać w Cyberpunka 2077? Czyją muzykę jako pierwszą zaczął chłonąć "na nowo"? Jak od małego radził sobie z niedosłuchem? Jak to jest być selekcjonerem kolekcjonującym wspomnienia? O puszce Pandory naszej branży, spontanicznym występie na Garbiczu i współpracy z Summer Contrast. Zapraszamy do lektury.

Reklama

Kolejny artysta, którego licznik spędzonych na scenie lat, zbliża się do „magicznej” dwudziestki. Kolejny, którego bogata w doświadczenia i wspomnienia przygoda z muzyką elektroniczną, zasługuje na większa uwagę. Filip Janicki aka Phil Jensky & Deaf Can Dance jest – jak na polskie realia – postacią wyjątkową. Ten, jakże często powtarzany slogan, o wyjątkowości danego artysty, nie ma – przynamniej w moich oczach – trafniej oddającego przełożenia, jak w przypadku osoby, która od wczesnych lat dzieciństwa musiała zmagać się z niedosłuchem. Która, pomimo swojego zdrowotnego defektu, była w stanie dojść do miejsca, do którego większość osób ze sceny, pewnie nigdy nie dojdzie. Która nie boi się opowiadać o swoich słabościach, i która nawołuje innych do tego, by nie odpuszczali. Filip Janicki w pełnej krasie.

Filip Janicki - Fot. Michał Pawlak

Fot. Michał Pawlak

Filip Janicki (Phil Jensky/Deaf Can Dance): Cyberpunk, wspomnienia, PLUR – wywiad

Damian Badziąg: Zdążyłeś przeczytać książkę 30 lat polskiej sceny techno przed premierą Cyberpunka 2077?

Filip Janicki: Wiedziałem, że padnie to pytanie (śmiech). Szczerze? Dopiero niedawno zacząłem ją czytać. Wcześniej było kilka prób, ale nie lubię czytać takich książek wyrywkowo, więc dlatego ostatnio znalazłem na nią czas. By the way, Cyberpunka również nie przeszedłem. Czekam na patcha 1.2.

A jak sama gra, siadła? Użerasz się z bugami?

Filip Janicki: Gra ma olbrzymi potencjał, niezłą fabułę, dobrze nakreślone postacie oraz sam design wielopoziomowego miasta robi wrażenie. Niestety, przy rosnącej liczbie błędów i bugów po 50 godzinach grania, spada ekscytacja. Wytrąca gracza z imersji świata. Dlatego stwierdziłem, że poczekam na patche, żeby mieć większą przyjemność z gry. I tak, planuję przejść ją ponownie, ale dopiero wtedy, gdy twórcy gry wydadzą łatki usprawniające rozgrywkę i otaczający świat.

Musisz przyznać, że soundtrack samej gry, to istne mistrzostwo świata. Chyba nie dało się lepiej. 

Filip Janicki: O tak, zdecydowanie! Są aspekty, gdzie REDzi wywiązali się perfekcyjnie i muzyka totalnie oddaje klimat Night City. Były momenty, kiedy specjalnie się zatrzymywałem (np. w barze w Chmurach), żeby w całości posłuchać danego fragmentu. Najczęściej słuchałem stacji Night FM, Pacific Dreams oraz Radio Pebkac jeżdżąc na motorze po mieście. Jestem dumny z tego, że moi koledzy zostali uwzględnieni i ich produkcje znalazły się w samej grze. Dla małolatów to może być pierwszy kontakt z taką muzyką. Sam, będąc dzieckiem, chłonąłem soundtracki z gier komputerowych. Do dziś, jedna z nich jest na ciągłym ripicie, Fallout 1&2 Mark MorganVault Archives.

Filip Janicki. Życie na nowo

W jaki jeszcze sposób chłonąłeś muzykę? Co najbardziej przykuwało Twoją uwagę?

Filip Janicki: To trudne pytanie. Ciężko tak jednoznacznie odpowiedzieć. Ja dopiero w wieku 6 lat na „nowo” odkrywałem muzykę, bo w tym wieku dostałem analogowe aparaty słuchowe, więc w końcu mogłem odkrywać świat dźwięków tak, jak inni ludzie. Pierwszymi moimi muzycznymi mentorami byli rodzice, bo na początku słuchałem tej muzyki, która była w domu. Standardy jazzowe, kompozycje Ennio Morricone oraz muzyka Portishead, Sade, George Michael były na porządku dziennym. Upodobałem sobie jedną kasetę mamy, którą katowałem każdej nocy do spania. I tak przez wiele lat. Był to kanadyjski kompozytor Robert Haig Coxon, który komponuje muzykę medytacyjną/relaksacyjną (Cristal Silence IThe Silence Within). Czasem mam wrażenie, że upodobałem sobie wolniejsze brzmienia już wtedy, będąc dzieckiem.

Zanim pojawiły się aparaty słuchowe – bo przypomnijmy tym, którzy nie wiedzą, że urodziłeś się jako osoba niedosłysząca – jak radziłeś sobie z tym na co dzień? Łatwo było Tobie znosić fakt, że różnisz się od swoich rówieśników? 

Filip Janicki: Nie radziłem sobie. Wyjątkowo późno zostałem zdiagnozowany, że jestem niedosłyszący; wada genetyczna. Dostałem swoje pierwsze aparaty, jak miałem 6 lat. Wcześniej praktycznie nie mam wspomnień. Więc od tego okresu pamiętam, że musiałem czytać na głos mnóstwo książek, żeby wszystko nadrobić w stosunku do innych rówieśników. Moja mama dostała wybór: albo mnie oddaje do szkoły dla niedosłyszących, albo idę do zwykłej szkoły podstawowej. Całe szczęście wybrała drugą opcję. Aparaty, które nosiłem, były analogowe, duże, zauszne. Byłem zmuszony siadać w pierwszych ławkach, żeby dobrze słyszeć nauczyciela. Na początku nie było łatwo, ale jakoś sobie poradziłem.

Patrząc na dzisiejsze czasy, jak dzieci potrafią być wyjątkowo okrutne dla rówieśników pod kątem dokuczania, stwierdzam, że miałem trochę szczęścia. Nie gnębiono mnie, ale moja samoocena wyraźnie zmalała pod koniec klas licealnych. Siedząc we własnych, wyimaginowanych kompleksach, wstydziłem się mówić o swoim niedosłuchu. Wydawało mi się, że to nieprzekraczalna bariera między zdrowymi ludźmi, a mną, osobą niedosłyszącą. Wtedy wydawało mi się, że jestem sam. Kiedy zaczynałem się uczyć jako DJ, „nigdy nie chciałem być postrzegany jako osoba z problemami ze słuchem. Chciałem być traktowany tak samo, jak wszyscy, dlatego przez bardzo długi czas nawet moi przyjaciele byli nieświadomi mojej dysfunkcji i tego, że noszę aparat słuchowy. Z biegiem czasu zauważyłem, że zyskałem większy dystans do tej sytuacji, zmieniając słabość w moją siłę.”

Kariera znacznie przyczyniła się do ewaluacji mojej samooceny, jak i innych aspektów mojego życia, a cytat ten stał się kanwą biografii Deaf Can Dance. Z tego miejsca chciałbym uczulić wszystkie osoby, które zmagają się z własnymi słabościami i kompleksami, żeby nie odpuszczały.

Filip Janicki - Fot. Anna Arczewska-Chrobok

Fot. Anna Arczewska-Chrobok

Filip Janicki. Kolega Szkot

Dlaczego w pierwszej kolejności pojawił się Phil Jensky kosztem Deaf Can Dance?

Filip Janicki: W późniejszym czasie pojawili się nowi mentorzy, rówieśnicy, gdzie do 20 roku życia przeżyłem muzyczny kalejdoskop. Nie wiem, jak mam zestawić U2, Korn, Prodigy, cały wczesny polski rap (zacząłem od Molesty), muzykę lat 50. i 60. oraz kasety typu Hard techno vol. 6, gdzie można było posłuchać DarudeSandstorm nie w oryginalnym remiksie. Sama nazwa Phil Jensky wzięła się z czasów, kiedy przez krótki czas mieszkałem pod Edynburgiem. Została wypowiedziana przez pewnego znajomego Szkota, który próbował wypowiedzieć „Filip Janicki” po szkocku/angielsku. Phil Jensky – coś takiego wyszło i zostało.

Co porabiałeś w Edynburgu?

Filip Janicki: To były czasy wczesno-studenckie. Z moją ówczesną dziewczyną oraz koleżanką pojechaliśmy zarabiać sezonowo w czasie studenckich wakacji. Wtedy najlepiej było zarabiać na Wyspach, bo kurs funta był wysoki. A czemu akurat tam? Bo już tam byli „nasi” i zapraszali innych do „dzielenia się bogactwem”. Swoje zarobiłem, w większości poszło na ciuchy, ale doświadczenia jakie tam przeżyłem, pozostaną bezcenne. Chyba do dziś nie byłem na większym festiwalu niż wtedy, podczas Carling Leeds Festival (2006 i 2007, ponad 100 tysięcy ludzi), koncert Red Hot Chilli Peppers do dzisiaj mam w głowie.

Podobnie jak cytat z Henri Dorra i jego książki Symbolist Art Theories: A Critical Anthology?

Filip Janicki: Ten cytat poznałem po raz pierwszy dzięki Zbigniewowi Bońkowi (śmiech), który napisał ten cytat na swoim Twitterze: „Nazwać przedmiot po imieniu, to zniszczyć 3/4 uroku poetyckiego, który utkany jest ze szczęścia powolnego odgadywania”. Oryginał spodobał mi się na tyle, że załączyłem u siebie na fanpage’ach. Pewnym, śmiesznym faktem jest to, że nie jestem fanem piłki nożnej, a cytat ten znalazłem zupełnie przypadkowo.

Natomiast, jako niewątpliwy fan Gdyni, postanowiłeś wyprowadzić się do Warszawy.

Filip Janicki: O, to jedna z moich ulubionych kwestii. Bo choć urodziłem się w Gdyni i mam tam babcie, to moja mama znalazła pracę w Krakowie i tam się wychowałem. W tym roku minie 5 lat, odkąd wyprowadziłem się do Warszawy. Będąc jednorocznym dzieckiem nie miałem zbyt wiele do powiedzenia w kwestii wyboru miejsca zamieszkania.

Filip Janicki - Fot. Michał Pawlak

Fot. Michał Pawlak

Filip Janicki. Set w deszczu

W tym roku minie 5 lat, odkąd mieszkasz w Warszawie, natomiast w ubiegłym roku wybiło Tobie równe 15 lat grania. Twój pierwotny projekt, Phil Jensky, ewaluował razem z Tobą, mieszał różne brzmienia, eksperymentował. Z czasem doszedł Deaf Can Dance, Twoje muzyczne alter ego. Zaczynałeś w połowie pierwszej dekady XXI wieku, kiedy muzyka elektroniczna była w innym miejscu niż obecnie. Jak w Twoich oczach zmieniła się muzyka w tym czasie?

Filip Janicki: Muzyka od zawsze ewoluowała i zawsze wracała do korzeni. Wszyscy najwięksi inspirowali się klasyką danego gatunku i dodawali coś od siebie. Jednocześnie eksplorując niezbadane rejony muzyki. Nigdy, jednak nie mieliśmy do czynienia z taką ekspansją ekspresji muzycznych, jak we współczesnej elektronice. Powstało tyle gatunków, podgatunków i różnych, dziwnych dźwięków, że nie jesteśmy w stanie jednoznacznie ich zaszufladkować. Kiedyś były działy płyt w Empikach, teraz są playlisty na Spotify. Zupełnie inna selekcja muzyki, jak i sam jej odbiór. Kiedyś byli DJ-e, teraz są selekcjonerzy/kolekcjonerzy.

Do której kategorii byś siebie zaliczył?

Filip Janicki: Selekcjoner, który kolekcjonuje wspomnienia.

Które wspomnienia w takim razie z dotychczasowych 15 lat wspominasz najbardziej?

Filip Janicki: Pierwsze, co przychodzi na myśl, to występ przed Mano Le Tough w Starej Rzeźni w Poznaniu, podczas cyklu Circus Inferno w 2017. Pamiętam, że byłem oszołomiony wielkością i pomysłem wizualizacji, które przygotował na ten noc .wju. Samo miejsce swoim charakterem i monumentalnością potęgowało doznane doświadczenia. Impreza była wyprzedana. Przyszło ponad 2 000 ludzi. Zagrałem 3-godzinnego miksa, w trakcie którego swoją muzyczną podróż podzieliłem na 3 osobne sekcje muzyczne, każdą o innym charakterze.

Wydaje mi się, że to wtedy po raz pierwszy zaświtał w mojej głowie pomysł stworzenia drugiego projektu. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów drżała mi ręka podczas grania. Tak bardzo byłem przejęty skalą przedsięwzięcia. Najsilniej pamiętam poczucie wymiany energii między mną, a publicznością. To wyjątkowo rzadkie uczucie, ale odniosłem wrażenie, że byliśmy ze sobą w idealnej symbiozie. Podobne odczucia miałem podczas setów na Summer Contrast Festival i na ostatnim Audioriver. W otoczeniu drzew grałem na scenie Chill Out wolnego seta, a ludzie wokół tańczyli w deszczu.

Drugim, bardzo cennym dla mnie wspomnieniem, był spontaniczny występ z Foxall na Garbiczu w 2019. Była to dla nas pierwsza edycja festiwalu. Podczas jego trwania, spotkałem dawnego znajomego, którego nie widziałem z kilka dobrych lat. Okazało się, że jest stałym bywalcem Garbicza i jednocześnie będąc miłośnikiem wina, zawiaduje jedynym barem z winami, obok którego była zainstalowana prowizoryczna didżejka. Czasem ktoś z ekipy mógł tam zagrać w zależności od programu festiwalu. Zdarzyło się, że na poprzednich edycjach pojawiał się np. Acid Pauli, który grywał w afterowych porach. Miał kilka wolnych slotów do obsadzenia. Zaproponował, czy byśmy nie chcieli grać, kiedy będzie okazja.

Phil Jensky //AsID

Filip Janicki. Kartony pomalowane markerem

Filip Janicki: Cały bajer polegał na tym, że nie wiedział, kiedy to nastąpi, bo co kilka godzin były różne zmiany. Na terenie festiwalu nie było żadnego zasięgu, więc żeby uzyskać jakąkolwiek informację od drugiego człowieka, trzeba było pofatygować się samemu. Jak za dawnych czasów. Co chwila sprawdzaliśmy, czy już coś wiadomo. W pewnym momencie powiedział, że za chwilę możemy wskakiwać. Późne popołudnie, na barze prawie nikogo nie było. Nasi znajomi nie wierzyli, że będziemy gdzieś grać. Nie było czasu ich uświadamiać, że jest inaczej. Zaczęliśmy grać wolno, w naszym stylu, zbytnio się nie spiesząc. Po upływie pół godziny, zaczęli się przy nas zbierać ludzie i żywo reagować na to, co robimy.

Nie pamiętam, w którym momencie zorientowaliśmy się, że zrobiło się naprawdę dość tłoczno. Bar mówił, żebyśmy nie przestawali, bo wszyscy zamawiają wino. Po ponad dwóch godzinach grania, wszyscy byliśmy w muzycznej ekstazie. Kiedy zakończyliśmy seta, nie tylko dostaliśmy gromkie brawa, ale gdy zeszliśmy z didżejki był moment, że większość ludzi otoczyła i przytuliła nas z każdej strony, jednocześnie dziękując za naszą muzyczną podróż. Nigdy czegoś takiego nie przeżyliśmy. Takiej ilości dobroci i miłości wokół. Dla mnie to było prawdziwe i magiczne doświadczenie. Podczas grania ludzie do nas podchodzili i pytali się, jak można znaleźć nas i nasze sety. Nie mieliśmy nic do pisania, jednak Bar nas wtedy uratował. Dostali jakieś kartony i ręcznie wypisywali nasze pseudonimy markerem. Ludzie podchodzili i brali je jak zwykłe wizytówki. Została nam jedna, którą oprawiliśmy w ramkę. Jest okładką naszego seta stamtąd.

Jak doszło do współpracy z Summer Contrast, z którym jesteś związany od 2016?

Filip Janicki: W tym czasie byłem związany z agencja C&C Bookings i to Rafał załatwił mi granie na tym festiwalu. Przyjechałem zupełnie sam, poznałem mnóstwo ciekawych ludzi, zagrałem dziennego seta, zostałem po festiwalu. Wracając do domu, myślałem o tym, kiedy wrócę tam ponownie. Nawet nie jako grający, tylko uczestnik. Zafascynował mnie świat symbiozy między muzyka, a naturą i specyficznym klimatem, jakie to miejsce wytwarzali ludzie w nich uczestniczący. Chciałem dodać swoją własną cegiełkę w budowaniu tego miejsca. Z Hubertem (organizatorem Summer Contrast) zaprzyjaźniliśmy się, stwierdziliśmy, że mamy podobną wizję świata. Od tamtej pory jestem co roku i pomagam w organizacji.

Filip Janicki - Fot. Wojtek Rojek

Fot. Wojtek Rojek

Filip Janicki. Puszka Pandory

Motto festiwalu, jeśli można tak to nazwać, brzmi: „Kraina muzyki, miłości, natury, tolerancji, wzajemnego szacunku i zrozumienia”. Czym dla Ciebie jest Summer Contrast?

Filip Janicki: Miejscem, gdzie każdy może robić to, na co ma ochotę (z poszanowaniem innych). Program muzyczny (choć ważny) nie definiuje festiwalu. Definiują to ludzie i ich wpływ na otaczający świat. Miejsce, w którym dochodzi do bezwarunkowej wymiany pozytywnej energii między ludźmi, uważam za magiczny. Muzyka jest odpowiednim tłem dla miejsca, gdzie dorośli ludzie, na własnych zasadach, mogą poczuć się jak dzieci. Kiedy zwykły uśmiech nieznajomego, wyzwala w nas tę samą energię.

Pytam o to nie bez powodu. Stalkując Twoje profile w ramach przygotowań do wywiadu natknąłem się na dość wymowną wypowiedź: „Smutne w naszej branży jest to, że od ponad roku, Ci którzy najgłośniej krzyczą o PLUR, wcale nie są tacy plur. *Peace Love Unity Respect”. Możesz rozwinąć myśl?

Filip Janicki: Ten temat jest naszą branżową puszką Pandory. Ostatnie lata utwierdziły mnie w przekonaniu, że my jako branża, mamy trochę do nadrobienia w kwestii współpracy i odpowiedniej budowy naszej sceny. Brakuje nam jednoznacznych, etycznych granic, które powinniśmy dawno wyznaczyć oraz zaznaczyć, na jakiej zasadzie miałaby się odbywać współpraca między festiwalami, klubami, artystami, mediami. Zastanowić się wspólnie nad przyszłością naszej branży. Ostatnie „technodramy”, dyskusje na rożnych grupach na Facebooku dobitnie pokazują fakt, że często wylewa się hejt w takiej skali, że niczym się nie różnimy od tych, którzy dzielą naszą scenę polityczną. Przykre jest to, że gdy ktoś zachowa się nieodpowiednio albo pojawi się jakiś problem natury etycznej, często używamy niewłaściwych środków komunikacji, które prowadzą do eskalacji konfliktu, a nie jej deeskalacji. Wydaje mi się, że my, jako branża, powinniśmy sobą reprezentować coś więcej.

Czasy są wyjątkowo trudne. Rząd nie daje nam żadnych wytycznych, jak będzie wyglądała nasza przyszłość, większość z nas postępuje według swojego kompasu moralnego. Nie wszystkim to odpowiada, to zrozumiałe, ale chyba nas stać na to, żeby wypracować jakąkolwiek nić porozumienia, że jest coś, co nas wspólnie łączy, a nie dzieli. Nie chcę rozwijać bardziej tematu i wnikać w szczegóły, bo ten wywiad nie jest do tego odpowiednim miejscem. Potrzebna jest dyskusja. Z wieloma ludźmi. Tutaj chciałbym pozdrowić dziewczyny z Instytutu, które zorganizowały przed pandemią, coś na kształt branżowego spotkania, który mógłby być zalążkiem częstszych spotkań i wymiany poglądów na pewne sytuacje. Jesteśmy w trakcie pandemii, rozumiem, że są ważniejsze rzeczy, ale te kwestie będziemy musieli kiedyś w końcu wyjaśnić, jeśli nasza branża ma reprezentować ideały PLUR. Swoim wpisem chciałem zasygnalizować problem.

Filip Janicki - Fot. Marta Szpiganowicz

Fot. Marta Szpiganowicz

Filip Janicki. Odświeżony projekt

Deaf Can Dance – jak sam przyznałeś – „to nie będzie tylko downtempo i będę poświęcał zdecydowanie więcej uwagi przy tym koncepcie”. Jeśli miałbyś wybrać pomiędzy jednym a drugim, to z którym na chwilę obecną projektem jesteś bliżej związany?

Filip Janicki: Deaf Can Dance, zdecydowanie. Widzę przy tym projekcie niszę, która potrzebuje wypełnienia. Świadomości, że dobra muzyka i jej dynamika, wybronią się zawsze bez względu na ilość bpm. A w tym oceanie najbardziej lubię łowić. Jak każdy doświadczony rybak, mam swoje ulubione rejony, z którymi ciężko mi się rozstać. Dlatego chciałem kontynuować projekt Phil Jensky w trochę innej formie.

To znaczy?

Filip Janicki: Przez ostatni rok miałem dużo czasu nad zastanowieniem jak odświeżyć PJ. Wcześniejsza formuła, moim zdaniem, się nieco rozmazała. Poświęciłem swój czas na odkopywaniu perełek w moich starych katalogach z muzyką. Uświadomiłem sobie, że klimaty, które do dzisiaj mnie zachwycają, są dźwięki spod znaku IDM, hypnotic, techno, acid. Obecnie tylko taką muzykę zbieram w postaci płyt winylowych. Od zawsze lubiłem eksplorować nowe dźwięki, tym się kieruje w obydwu projektach, więc w mojej szybszej odmianie, widzę taką drogę.

Dziękuję Filip. Powodzenia w dalszej karierze i obyś po najnowszym patchu napotkał mniej bugów w Cyberpunku niż stron ma „30 lat polskiej sceny techno”!

Dziękuję bardzo za rozmowę, mam nadzieję, że granie w Cyberpunka będzie równie owocne!

fot. główne: Helena Majewska

Polub muno.pl na Facebooku:

Sprawdź także


Leon: „Kult roli DJ-ów ponad producentami jest lekko kłopotliwy” [wywiad]

15 lutego 2021
Filip Janicki: Chciałem być traktowany tak samo, jak wszyscy – wywiad

Kup Bilet Otwarty na dowolny koncert lub imprezę

Biletomat.pl
50 PLN

Jak kupić bilet?

Po kliknięciu "Kup bilet" przeniesiesz się do strony internetowej oficjalnego dystrybutora biletów i na jego stronie dokonasz zakupu.

Bezpieczne zakupy u oficjalnych dystrybutorów

Zakup biletu odbywa się na stronie oficjalnego dystrybutora biletów. Pamiętaj o tym, że jeżeli miejsca są numerowane, a bilety sprzedaje kilka firm, to każda z nich udostępnia inną pulę miejsc do wyboru.