Droog: muzyczne trio z Los Angeles – WYWIAD

3 951
Wywiad
Droog: muzyczne trio z Los Angeles – WYWIAD

Niebawem w sprzedaży ukaże się druga część kompilacji 'Rebel Rave' wytwórni Crosstown Rebels! Specjalnie z tej okazji postanowiliśmy porozmawiać z Droog, którzy odpowiedzialni są za zmiksowanie jednego z krążków tego wydawnictwa.

Los Angeles chyba nigdy nie było w jakiś znaczący sposób kojarzone z muzyką elektroniczną. I tak zupełnie szczerze, to mało kto mógł się spodziwać, że w mieście 2Paca i Beverly Hills 90210 uda się kiedykolwiek stworzyć mocno tętniącą scenę, którą chętnie odwiedzałaby spora ilość europejskich DJ-ów. Okazuje się jednak, iż w Los Angeles muzyka elektroniczna rozwija się na tyle dynamicznie, że niektórzy artyści z Europy postanawiają przeprowadzić się do amerykańskiej metropolii.
Flagową postacią tej szybko rozwijającej się sceny jest trzech DJ-ów, a od niedawna producentów, znanych jako Droog. Dotychczas artyści kojarzeni byli głównie za sprawą prowadzonej przez siebie wytwórni Culprit i organizowania imprez na dachu hotelu Standard w samym centrum Los Angeles. Teraz trio przygotowało pierwszy w sojej karierze oficjalny mix dla Crosstown Rebels!
O początkach ich kariery, imprezach na dachu oraz wytwórni Culprit rozmawiamy w ekskluzywnym wywiadzie dla Muno.pl z Droog!

WYWIAD: DROOG

Jak się poznaliście? 
Każdy z nas przybył do Los Angelos z różnych miast jakieś dziesięć lat temu. Znaliśmy się wtedy głównie z imprez. Później okazało się, że mamy ze sobą wiele wspólnego, jeśli chodzi o gusta muzyczne i mieliśmy już jakieś doświadczenie jako dj’e. Zaprzyjaźniliśmy się i zaczęliśmy grać razem. Głównym czynnikiem, który spowodował, że koniec końców staliśmy się kolektywem DJ-skim, było nasze zniechęcenie sceną w Los Angelos, ponieważ brakowało imprez, na których grano by taką muzykę, którą sami chcielibyśmy usłyszeć.
Jak doszło do tego, że zaczęliście organizować własne imprezy?
Spędzaliśmy ze sobą sporo czasu i graliśmy na imprezach dla znajomych przez parę lat zanim postanowiliśmy zabrać się za robienie własnych imprez, tak aby móc dzielić się naszą muzyką z szerszą publicznością. Nastąpiło to jednak z końcem 2005 roku. Na początku robiliśmy imprezy dość sporadycznie, ale z czasem udało nam się wyrobić markę, głównie za sprawą rezydentury w Avalon, czyli w jednym z największych klubów w Los Angelos.
Jaki jest Wasz wspólny muzyczny mianownik? Czy każdy z Was ma dokładnie taki sam gust muzyczny czy może są jakieś różnice?
Każdy z nas uwielbia dźwięki przypominające krowi dzwonek. I to w olbrzymiej ilości. Mówiąc już nieco poważniej to nie mamy dokładnie tych samych gustów. Ale mamy ze sobą na tyle dużo wspólnego, że każda mała różnica się wzajemnie uzupełnia i w żaden sposób nie psuje spójności całej reszty.
Dlaczego postanowiliście założyć własną wytwórnię? Czy było to coś, co zawsze chcieliście zrobić, czy był to pomysł, który powstał naturalnie wraz z rozwojem projektu?
Chyba nigdy nie chcieliśmy prowadzić i finansować niezależnej wytwórni z własnej kieszeni. Początkowo nie było to dla nas w jakikolwiek sposób pociągające. Pomysł zrodził się gdy na naszych imprezach zeczęli grywać nasi ulubieni młodzi producenci. Mogliśmy więc spędzić z nimi trochę czasu i podpatrzeć jak pracują w studiu. Zawsze podchodzili do tego co robiliśmy w Los Angelos z dużą dozą entuziazmu, który stawał się wręcz zaraźliwy. Przez to wszystko każdy z nas poczuł, że można stworzyć razem coś wyjątkowego. Słychać to również w produkcjach, które wyróżniają się na tle innych. Ogólnie rzecz biorąc, to bardzo się cieszymy, że postanowiliśmy się zabrać za label, bo marka Culprit tak na prawdę może przetrwać dłużej, niż nasza. Przynajmniej mamy taką nadzieję.
Często się kłócicie o to, co wydać nakładem Culprit?
Andrei zarządza codziennym funkcjonowaniem wytwórni, tak więc wiele decyzji jest podejmowanych tylko i wyłącznie przez niego. Jednak jeśli chodzi o decyzje bardziej, nazwijmy to, kreatywne, to staramy się je podejmować wspólnie. Dodam też, że zazwyczaj się zgadzamy, dlatego też nigdy nie doszło do rękoczynów z powodu jakiegoś wydawnictwa (śmiech).
Jesteście zadowoleni z dotychczasowych osiągnięć Culprit?
Wytwórnia zmierza w dobrym kierunku i jesteśmy bardzo dumni z wszystkiego, co dotychczas wydaliśmy. To w żaden sposób jednak nie oznacza, że zamierzamy spocząć na laurach. Jesteśmy w pełni świadomi, że nasza wytwórnia ma olbrzymi, jeszcze niewykorzystany potencjał. Ale wszystko w swoim czasie, Culprit ma w końcu dopiero dwa lata.

Pamiętacie pierwszą zorganizowaną przez siebie imprezę? Odnieśliście sukces, czy była ona klapą?
Na szczęście nigdy nie zaliczyliśmy jakieś widowiskowej klapy i niech tak już pozostanie do samego końca. Gdy zaczynaliśmy, organizowaliśmy tylko imprezy na małą skalę. Dopiero później przyszedł czas na te większe, bo byliśmy świadomi tego, że nie ma sensu robić zbyt szybko dużych wydarzeń. Dlatego też nigdy nie mieliśmy pustej albo prawie pustej sali. Pewnie, zdarzały się rzeczy, o których wolimy nie pamiętać. Podejmowaliśmy też decyzję, które z perspektywy czasu wydają się być idiotyczne, nie mniej jednak nasze imprezy zawsze w jakiś tam sposób się rozwijały. Dodam również, że obecny rok był do tej pory najlepszy. 
Jak duży jest dach hotelu Standard, gdzie regularnie robicie imprezy?  
Idealnej wielkości na nasze potrzeby – mieści 300 osób, czyli tyle, ile potrzebujemy, żeby ściągnąć każdego artystę, który nas interesuje. Miejsce to jest dość małe, ale za to bardzio intymne. Podczas grania bez problemu możemy mieć pełną kontrolę nad tym co się dzieje.
Jak poznaliście się z ekipą Crosstown Rebels?
Droog / Culprit i Crosstown Rebels mają już długą wspólną historię. Jamie Jones był pierwszy ‚rebeliantem’, którego zaprosiliśmy. I tak się złożyło, że zagrał na dwóch pierwszych imprezach na dachu hotelu Standard. Było to 4 lata temu. Niedługo potem zagrali u nas Damian Lazarus i Clive Henry. Z nimi również udało się nam bardzo szybko zaprzyjaźnić. Myślę też, że dość żywa mikro scena w Los Angeles miała niemały wpływ na przeprowadzkę Damiana do tego miasta w 2008 roku.
Czy nagranie miksu składającego się wyłącznie z numerów z katalogu jednej wytwórni było dla Was problematyczne?
I tak i nie. Szczerze, to nawet łatwiej jest coś nagrać jak masz ograniczoną ilość utworów do wyboru, ponieważ nie tracisz czasu na próbowaniu miliona różnych rozwiązań. Z drugiej strony jak masz do czynienia z wytwórnią z taką renomą, jak Crosstown Rebels, to siłą rzeczy wszyscy będą mieli wobec ciebie olbrzymie oczekiwania, a my chcieliśmy nagrać najlepszy możliwy miks. Damian dał nam tydzień na nagranie całości, co zdecydowanie wyszło na naszą korzyść. Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek byli tak skupieni na jednej rzeczy jak w przypadku tego rojektu.
Dlaczegonie sięgneliście po starsze utwory z katalogu Crosstown Rebels?
Prawdę mówiąc Clive Henry, który nagrał pierwszą część kompilacji, odwalił kawał dobrej roboty używając pełnego wachlarza katalogu Crosstown. Postanowiliśmy zatem skupić się na ostatnim roku działalności labelu. I tak zupełnie szczerze, patrząc na to, co było przez nich wydawane w ostatnich 12 miesiącach, nie mieliśmy najmniejszego problemu ze znalezieniem odpowiedniej muzyki. 
Jeśli chodzi o aspekt studyjny, to dopiero stawiacie pierwsze kroki. Czy będziecie bardziej widoczni na tym polu w najbliższym czasie, czy uważacie się przede wszystkim za DJ-ów, którzy będą tylko okazjonalnie coś wydawać?
Droog byli i zawsze pozostaną przede wszystkim DJ-ami. I nie robimy teraz muzyki, bo czujemy, że musimy (choć tak naprawdę musimy, żeby stać się bardziej rozpoznawalni), lecz dlatego, że jest to bardziej fascynujący proces. I stanowi on dla nas nowe wyzwanie. Dwa lata zajęła nam nauki o produkcji, bo żaden z nas nie miał jakiegokolwiek doświadczenia. Musieliśmy dosłownie od zera wszystkiego sami się nauczyć, żeby być w miejscu, w którym obecnie jesteśmy. Mówiąc krótko, należy się spodziewać więcej muzyki od nas w przyszłości.
Plany na jesień/zimę?
Popyt na nas jako DJ-ów rośnie praktycznie z tygodnia na tydzień. Właśnie skończyliśmy nasze cykliczne, letnie imprezy na wcześniej wspomnianym już dachu, tak więc do końca roku będziemy dużo podróżować w Stanach, Meksyku, Europie, oraz w Ameryce Południowej. Niebawem wydamy wspólną EP-kę z Inxeciem, która ukaże się nakładem wytwórni Audiofly – Supernature. Pracujemy również nad remiksami.
Macie w planach przeprowadzkę do Europy?
Nigdy nie należy mówić nigdy, ale w chwili obecnej nie czujemy takiego bodźca. Kochamy Los Angelos i spora część rzeczy, które robimy związane są właśnie z tym miastem. Wolimy walczyć o scenę tu, niż być kolejnym artystą mieszkający w Berlinie, Londynie, albo Barcelonie. Z drugiej strony wycieczki – szczególnie te latem – do Europy są dla nas korzystne, ponieważ jest poprostu zdecydowanie więcej roboty za Atlantykiem. Rozumiemy też, że artyści muszą tam jeździć czasami na dłużej. I niezależnie od tego, jak banalnie to zabrzmi, to prawda jest taka, że serce naszego kolektywu bije w Los Angelos.
Ulubiony kawałek wszech czasów?
Nie da się wybrać tylko jednego. Na tą chwilę „Wanna Be Starting Something” jest chyba najlepszym możliwym wyborem.


Droog – Autobrennt Podcast – September 2011 by R_co

Droog – Pulse Podcast – 24-02-2011 by R_co